www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 23 czerwiec 2017
 
 
Stanisław Sierko
WIERSZOWANE POCZTÓWKI STANISŁAWA SIERKI. Wiosenne czekanie na Palmową Niedzielę Drukuj E-mail
niedziela, 26 luty 2017
Za 50 dni Wielkanoc

 
STANISŁAW SIERKO. Dzisiaj Wigilia... Drukuj E-mail
sobota, 24 grudzień 2016
Czytaj całość...
 
STANISŁAW SIERKO. Nie będę krzyczał... Już za 9 dni Drukuj E-mail
piątek, 16 grudzień 2016
 
STANISŁAW SIERKO. Oni idą, my kroczymy... Już za 10 dni... Drukuj E-mail
czwartek, 15 grudzień 2016
 
STANISŁAW SIERKO. To czekanie ma sens - wiersze wielkopostne i wielkanocne Drukuj E-mail
wtorek, 15 marzec 2016


To czekanie ma sens


wiersze wielkopostne i wielkanocne


Stanisław Sierko


prolog


Czy to jest grzech ?


Wsłuchaj się w wiarę naszej wiary

Jeśli uczciwe masz zamiary

I niech chceń Twoich nic nie dziwi

Bo grzeszą tylko.... nieuczciwi





post wszak nie jest niejedzeniem



Wielki Post


to tylko przecież przedwiosenność

coroczne modły pozimowe

dni nieco dłuższych szara senność

drogi błotniste i krzyżowe


to przecież tylko powtarzanie

wiecznie tak samo, ciągle, stale

ukrzyżowanie, zmartwychwstanie

i nasze, polskie gorzkie żale


to tylko TYLKO lub AŻ TYLE

z głową co roku bardziej siwą

wierzę, że dni te będą siłą

i jeszcze nie raz mnie zadziwią






Karnawałowe pożegnanie


i znowu minął dzień miniony

nieodwracalnie bezpowrotnie

na farnej wieży biją dzwony

na śledzik słony

i Kaziuki

(cóż to?

nie wiedzą wnuki)


dzisiaj ostatni raz zatańczę

karnawałowe pożegnanie

w środę memento upopielę

i pościć zacznę dni czterdzieści





Post


post wcale nie jest

niejedzeniem

post jest jedzenia

zapragnieniem


i zrozumieniem

docenieniem tego

że mam chleb

i jeść mogę


a więc

na zdrowie

jedzcie z Bogiem




Fioletowe krokusy


fioletowe zakwitły krokusy

na trawniku

tuż przed kościołem

niczym postu zwiastuny

w Środę Popielcową

i nawet bociany przyleciały

aby z nami pościć

a więc

nie jest chyba tutaj tak źle




Płosząc gawrony


pokora

szara jak popalmowy popiół

cicha jak czuły szept przedśmierci

memento mori


po wyjściu z kościoła

prostuję kolana

i nerwowo strzepuję popiół

ze świeżo ufryzowanych włosów


płoszę gawrony

kraczące przed smutnym pomnikiem

Jana Pawła II


czarne wykrzykniki




Czterdzieści szarych dni


jak popiół

jak muł potopu z rąk Noego

jak Mojżeszowy szczyt Synaju

piasek z sandałów Eliaszowych

rynsztoków grzesznych

przez Niniwę

tak szarych dni czterdzieści

czekać

na palm hosannę

złowróżebną

a potem jeszcze płakać tydzień

nim je rozbawi

Alleluja



Wytrzymam


dwa śledzie

chude don Kichotem

widelca czarny cień

jak kiry

sól z łez warzona

przed Golgotą

i garść popiołu

co kark zgina


Post nadal Wielki


lecz wytrzymam



Nasze Żale


tak lubię Jutrznie

ale

teraz je smucą

Gorzkie Żale

rzewnie płaczliwe

tkliwo ckliwe

lecz

nasze rdzennie

jedyne

Polskie

i niezmienne



Uśmiechanie


smutno mi Boże

być powinno

głowa popiołem posypana

memento mori kraczą wrony

a ja

uśmiecham się od rana


dziwią się ptaki

i przechodnie

że nie jest smutno mi, o Panie

popiołem głowa posypana

a ja

uśmiecham uśmiechanie


smutno mi, Boże

być powinno

lecz refleksyjnie wyznam szczerze

memento mori mnie nie smuci

bo przecież

w zmartwychwstanie wierzę



Dni przejadłe


zanim rzeżuchę w jutra wsieję

witki wierzbowe w wazon wstawię

zanim niepewność i nadzieję

w niedzielne palmy z dziećmi wplotę

i uweselę zasmucane

muszę

przepościć dni przejadłe

muszę

rozplątać poplątane



O wszystkim pamiętam


idą święta

o wszystkim pamiętam

wyrażam skruchę

i pieszczę nadzieję

już kupiłem rzeżuchę

za tydzień ją wysieję

zamówiłem jajka

i kiełbasę białą


a u spowiedzi byłeś?

o!

jakoś mi się zapomniało



To wypada


wymyj okna

dojrzyj sąsiada

w Wielkim Poście to

uwierz, wypada


przyłóż ucho

do cienkiej ściany

usłysz

ktoś być może

jest tam

krzyżowany



Zamiast rekolekcji stanowej dla mężczyzn


żeby zostawiać buty w sieni

gdy wracasz z pola ubłocony

żeby nie czytać przy obiedzie

i dobre słowo mieć dla żony


żeby w niedzielę włożyć krawat

a po kościele nie pić piwa

żeby na spacer pójść z rodziną

potem poczytać Staffa Iwa-

szkiewicza Bursę Konopnicką

w radio posłuchać coś Szopena

przy czarnej kawie i ciasteczkach


to chyba trzeba mieć już w genach

to chyba trzeba mieć od dziecka



Cierpliwa niepewność


to wcale nie jest takie proste

czekać cierpliwą niepewnością

to wcale nie jest takie proste

kochać miłością


to wcale nie jest oczywiste

chociaż od dziecka już wiadome

że kochać trzeba by zmartwychwstać

by dom był domem



Wielkopostne rady


podziękuj

jeżeli potrafisz


pochwal

jeżeli umiesz


przeproś

jeżeli...


albo nie przepraszaj

żałuj

uśmiechnij się

obiecaj poprawę

i pość



Krótka rozmowa


ogrodem jestem

tyle we mnie kwiatów

a chwasty?

wypieliłem

u spowiedzi byłeś?

byłem



Spieszę się


uśmiecham się

do smutku

sycę się

Wielkim Postem

spieszę się

powolutku

malejąc rosnę

i jestem

umieraniem

w zmartwychwstanie



Kto wymyślił Wielki Post


Wielki Post

wymyślili syci

oszukali nas

sybaryci


straszą piekłem

i niebem kuszą

nas biednych

ale wolnych

a oni

muszą




Wciąż to samo


już mi się nie chce

wciąż to samo

nuda przez całe dnie pośpieszne

nerwowy budzik w każde rano


już mi się nie chce

jestem tym wszystkim nadzmęczony

wkurza głos dzieci marudzących

lekceważący uśmiech żony


już mi się nie chce

pościć więcej

zmartwychwstań wreszcie

prędzej

prędzej



W kamień mnie zamień


wierzę

że wierzysz

we mnie

więc jestem

niebieskim echem

Twojej wiary

czerwonym cieniem

Twej miłości

i staram się

zazielenić

niedzielnymi palmami



Ostrzeżenia


jeśli miast konia

osła dają

nie wsiadaj nań

lepiej idź pieszo


jeśli miast kwiatów

palmy sypią

nie raduj się

lecz zawróć z drogi


jeśli nad innych

cię wynoszą

strzeż się

Judaszy pocałunków


jeśli cię królem

chcą obwołać

to pewne

że cię ukrzyżują



Ostatnie wieczerze


ileż to razy

razem siadamy

nad przaśnym chlebem

wokoło stołu krzyżem żegnanym

i smętnym śpiewem


ileż to razy

przy krwawym winie

rozpominamy

to co minęło

i to co minie


ileż to razy

chleb był na kęsy

wino na łyki

i patrzyliśmy

krzywo po sobie

kto ma srebrniki



Święto mojego kapłana


weźcie i jedzcie

dziś jest przecież święto

czarnej sutanny

koloratki białej

i pijcie

na pamiątkę

byle nie za wiele

każdego do stołu przyjmę

wieczerzy nie poskąpię

i uściskam szczerze


tylko witajcie

proszę

bez ucałowania



Powołanie


koloratka

skrzydło anioła

Wielki Czwartek

idę

Bóg woła



Droga do Jeruzalem


tulę lutowe odwilżenia

wierzbowe witki pieszczę z drżeniem

jeszcze bezlistne, bezbaziowe

a już mi wieszczą przeznaczenie


błotnistą drogą brodzę wolno

dojście do celu wciąż odwlekam

tulę lutowe odwilżanie

idę, choć wiem co mnie tam czeka



Karoshi


przeznaczenie

nie zmienię

losu

choć kusi

nie słucham głosów

musi tak być

i tak będzie

żyć trzeba

w pędzie

w biegu

do drugiego brzegu

do drugiego człowieka


Styks czeka



Tak się stanie


i tak się stanie

niedziela strojna palmami

huczne powitanie


i pocałunek brata

i srebrnikami zapłata


i sąd

umycie rąk

ukrzyżowanie

i zmartwychwstanie


i tak się stanie



Bolesna pewność



pójdę tam śmiało

w przeznaczenie

wiem co mnie czeka

co się stanie

ukrzyżowanie


pójdę tam śmiało

nic nie przestrasza

droga daleka

przed sobą widzę cień Judasza

już na mnie czeka


pójdę tam śmiało

w bolesną pewność

pójdę z nadzieją

czy pójdziesz ze mną?



Kociewska smętność


już się lękasz

już drżysz

nad Wierzycą

wierzbo moja

płacząca dziewico


już przeczuwasz

hosannę palmową

złowróżebną

krwawo krzyżową


wierzbo moja

kociewska smętności

rzeko moja

nieodwracalności



Tam


tam

powitają Cię palmami

i osła dadzą jak królowi

byś nóg nie męczył

w swym dążeniu

tam

wszyscy kochać Cię gotowi

w żarze Judei

oraz w cieniu


tam

już czekają zniewoleni

srebrniki licząc do pierwszego

tam

jeszcze wierzą w sprawiedliwość

w prawo do chleba dla biednego


tam

obiecany raj na ziemi

i wybawienie z klątw niewoli

tam

Alleluja pieją niemi

tam krzyż nadzieją

która boli



Prośby


w kamień mnie zamień

przemień w krzemień


ogrzej mnie lawą

pokuś jawą


wierszem zmiel jaźnie i bojaźnie

oddal sąd kaźnie


naucz milczenia

przebaczenia


obdarz mnie darem zrozumienia

w zmartwychpowstanie


zamień mnie w kamień



Ból smutku


smutek

nie jest słabością


przytulony

do rozgrzanych kamieni

oliwnego ogrodu

milczę

milczę

milczę

kamienie stygną powoli


smutek nie jest słabością

smutek boli



Nieustanne czekanie


tam już czekają na mnie z osłem

palmami drogę mą ustroją

wrota na oścież mi rozewrzą

w królewskie stroje mnie ubiorą


tam już czekają na mnie pewni

że im przyniosę wybawienie

że rzymskie jarzma na pył skruszę

oblicze ziemi tej odmienię


tam wciąż czekają na mnie także

dzieci Judasza i Piłata

srebrniki liczą, krzyż strugają

tam oni na mnie wciąż czekają



Potomkowie Piłatów


znowu będą drwili

znowu będą mnie bili

ukoronują

oplują

octem napoją

ukrzyżują

nikt nie ukarze katów

wiecznie bezkarni

marni

potomkowie Piłatów



Muszę wytrzymać


czy sił wystarczy

wiem dokąd zmierzam

droga różańca

droga pacierza


czy sił wystarczy

ciągle pod górę

krzyż coraz cięższy

czy wygram z bólem


czy sił wystarczy

pot wzrok zasłania

muszę wytrzymać

do zmartwychwstania



Strach


siódme poty

Golgoty

strach


wywalili z roboty

brak kasy

krach


trójka dzieci

żona

i głód


chleba trzeba

nie wierszy

jak miód



Zapalania


zapal

swoim dzieciom

przysłowiowy kaganek oświaty


zapal

swoim drogim zmarłym

znicz pamiętania


zapal

sobie...

papierosa



Uciec od strachu


serce jak werble

kijem o szczeble

drabiny

uśmiech za uśmiech

i coraz puściej

błądzimy


krew wodogrzmotem

serce bezlotem

jak emu

uciec od strachu

głową do piachu

nie pytać czemu



Zasypianie


i znowu

sam zasypiam

z podkurczonymi nogami

pod nazbyt stromą ścianą

nocy monteverestami


i znowu

sam zasypiam

róg kołdry zimnej pieszczę

i zasypiając jestem

Mont Everestem


i znowu

sam zasypiam

nie wiem już po raz który

lękając się porannego zejścia

z tej góry



Ranny ból


jeszcze nic się nie stało

nic nie zraniło

nie zabolało

nic, nic się jeszcze nie stało


jeszcze wszystko przede mną

staje się

czai

ból ranny

i ciemność


jeszcze czekam pewnością

nicowany nicością

jeszcze wierzę nadzieją

pustą nocą


nad ranem

zmartwychwstanę



Przeznaczenie


on musi umrzeć

lat trzydzieści

nie uratujesz

matko syna

choćbyś łez morze

wypłakała

to przecież

nie jest twoja wina


on musi umrzeć

brak ratunku

choć tą diagnozą

Ciebie ranię

uśmiechasz się

przez łzy matczyne

uparcie wierząc

w zmartwychwstanie



dokąd idzie twój syn Józefie




Caritas in veritate


nie ma już Prawdy

Piłat nie pyta

nie ma Miłości

Miłość zabita


dzisiaj internet

wszystko wyklikasz

Prawdę i Miłość

gdzie

w encyklikach





Naga prawda


pójdę z Tobą

to długa droga

Droga Krzyżowa


aż do Wielkiego Piątku

do X stacji


tam Cię obnażę

i ostatecznie uwierzę

w zupełnie Nagą Prawdę



Przytul do brzozy cierpienie


każdy ma swoją brzozę

biała kora

na niej serce

i strzała Amora


każdy ma swoją brzozę

na łzy, na ból

niespełnionych marzeń

na zły podział ról


każdy ma swoją brzozę

więc nie gra tu roli CZAS

przytul do brzozy cierpienie

a brzóz wkoło wciąż gęstszy las



Siła słabości


pochylam się

nad pochylonymi

przy klęczących

klękam


modlę się

z modlącymi

odważnie

już się nie lękam


jestem silny

moją słabością

jestem silny

Twoją miłością



Padam


już nie mam siły

padam

nawet wiosna kłamie

nie wytrzymam

nie dam rady

nie dam


dwa razy upadałem

w śnieg

i powstawałem

do trzech razy sztuka

finis coronat opus

ukończę bieg



Zapłacz Jerozolimo


zapłacz ze mną

kochana dziewczyno

zapłacz ze mną

Jerozolimo


idę tą samą drogą

łzy wyschły zmiękły kamienie

idę, noga za nogą

drogi nie zmienię


po drodze upadam, wstaję

kupuję różaniec drewniany

idę, noga za nogą

zabliźniać rany


zapłacz ze mną

kochana dziewczyno

zapłacz ze mną

Jerozolimo


idę tą samą drogą

wzgardzony i oskarżony

idę, noga za nogą

sam, samotny, bez żony


po drodze ciebie spotykam

chustą krew z czoła ocierasz

na imię masz Weronika

a ja zero nad zera


zapłacz ze mną

kochana dziewczyno

zapłacz ze mną

Jerozolimo


idę tą samą drogą

apokryficzny bluźnierca

idę, noga za nogą

idę, sercem do serca


po drodze przeklinam rozpacze,

wiary, miłości, nadzieje

i płaczę dlatego, że płaczę

a kogut po trzykroć już pieje


zapłacz ze mną

kochana dziewczyno

zapłacz ze mną

Jerozolimo



Każdego roku


gasną już posty przeposzczone

tabernakulum pustką zionie

Judasz całuje mnie jak żonę

krzyże fioletem powleczone


biedzi się Piłat nad wyrokiem

i żadnej winy nie znajduje

tłum Żydów szydzi, nienawidzi

każdego roku mnie krzyżuje



To musiało się stać


byłem tak blisko

zanurzyłem usta

w tym samym powietrzu


zachłysnąłem się wonią

rezurekcyjnego kadzidła


ucichły drewniane

kołatki dzięciołów


wszystkie

nienapisane wiersze

przytuliły się przezornie

do parasola


to musiało stać się

właśnie w takiej chwili


kocham Cię



Któryś za nas cierpiał rany


uwierz mi proszę

uwierz

wiara góry przenosi

ucisza wulkany

uwierz mi, proszę

uwierz

któryś za nas

cierpiał rany


wybacz mi, proszę

wybacz

łaknę wybaczenia

grzechem pokalany

wybacz mi, proszę

wybacz

któryś za nas

cierpiał rany


pokochaj mnie, proszę

pokochaj

tak bardzo przeze mnie

kochany

pokochaj mnie, proszę

pokochaj

któryś za nas

cierpiał rany



Niemy krzyk


jedyne co mogę zrobić

to krzyczeć


krzykiem niemym

mailem, skypem, you tube

gg, nk, face bookiem

i sms-ami


jedyne co mogę zrobić

to płakać

wierszami



Uprzedź ukrzyżowanie


dokąd idzie Twój syn

Józefie

powstrzymaj Go

on miłość Jerozolimie niesie

a tam

śmierć czeka i zło


nauczyłeś Go kochać

po co?

oni go pochwycą

nocą


gdzie jest teraz Twój syn

Józefie, Adamie, Bogdanie

ratuj go

uprzedź ukrzyżowanie



jakże są różne krucyfiksy




Transmisja ukrzyżowania


będą tę śmierć

transmitować

na żywo

przez trzy dni


nie musisz nagrywać

przecież

za rok będzie tak samo


wygodny fotel

żarcie

piwo

popielniczka



Na rozkaz


Chrystus ukrzyżowany

rozstrzelana Matka Boska


ja ich nie chciałem zabić

taki był rozkaz



Dolorosa


brzoza

na krzyż rozdarta

krwawe łzy roni

jak matka

dolorosa



Moje krzyże


jakże są różne krucyfiksy

jakże odmienny kształt pasyjek

ileż przeróżnych znam Kalwarii

ołtarzy stacji i stacyjek


tyle już krzyży omodliłem

w różnych językach

w różnych krajach

i te w kościołach

i w muzeach

i te pod lasem na rozstajach


lecz gdyby ktoś zapytał nagle

który nad inne ja wynoszę

który z tych krzyży mi najdroższy

ten

co na własnych plecach noszę



Dni do krzyża przymierzam


dokąd idę

gdzie zmierzam

dni do krzyża przymierzam

do Golgoty noce


budzę się

idę

już widzę

płonie krzyża pochodnia


idę

dorastam co dnia



Mały krzyżyk


sił we mnie tyle drzemie

lecz co z tego dobrego wynika

jeżeli unieść nie potrafię

nawet małego, drewnianego krzyżyka



Wracam do czyśćca


a mimo to

nie tracę nadziei


tak blisko niebo

ono jest pierwsze

i ostatnie

a nawet ostateczne

omijam je

z nieśmiałości


hałaśliwe piekło

słychać z daleka

stary Dante

stoi przy furcie

codziennie

więc przyjdę jutro


dzisiaj

nie chcę stracić nadziei

wracam do czyśćca

na Ziemię



Śpiew świecy


czujesz tę pustkę

boli ciszą


tylko śpiew świecy

płacz wosku


ani jednego wiersza

ani półsłowa

nawet brak kropki


czujesz tę pustkę

ozłoconą


otwarte tabernakulum

serce poezji

w grobie


czujesz tę pustkę

dotykalnie głuchą

ciemną



Jeszcze nie wiem


głuche pukanie w drzwi

jak w trumnę

może to mi się śni

nie rozumiem

nie wiem

więc pytam

kto tam

to ja

Miłość

pukam do ciebie

nie odpowiadam

milczę

bowiem, Boże

jeszcze nie wiem

co odpowiem

czy otworzę



Wyprzedzę historię


zmęczony jestem

tym czołganie się


miny czaszek omijam

nie patrzę

w zapiaszczone oczodoły

pochylonych krzyży nie prostuję

nie odwrócę historii

a poznanie boli


zmęczony jestem

tym czołganiem się

ostrożnym

każde słowo

może stać się lontem


czaszki krzyczeć zaczną

oczodoły wybuchną

projekcją źrenic

krzyże staną się

mieczami krzyżowców

historia fiknie koziołka

i padnie

na fałszywe podręczniki


zmęczony jestem

tym czołganiem się


siwą peruką przysłonię

łysiejącą czaszkę

tęczowymi kontaktami

ubarwię wypłakane oczodoły

na krzyżu powieszę tabliczkę

z moim imieniem i nazwiskiem

wyprzedzę historię


zmęczony jestem


bezboleśnie dla świata

umieram



Grób księdza Pasierba


wierzę w nieśmiertelność

przecież umarłem


i nie chcę żadnego lastrika

połóżcie kamień

duży

kociewski


i nie płaczcie

jak niewierzący


nie żegnam

do zobaczenia



Dlaczego mnie nie kochasz


dlaczego płaczesz

siostro wierzbo

jestem niewierząca

jak wszystkie drzewa


dlaczego ćwierkasz

bracie wróblu

nikt mnie nie uczy religii

nie umiem modlić się


dlaczego szczekasz

najwierniejszy przyjacielu

idziesz do kościoła

a mnie przywiązujesz do budy


dlaczego mnie nie kochasz

dzisiaj



Nad grobem szwagra


w nasze czarne ramiona

chował się cichy ból

przestrzeń znikała

rzeźbiona serdecznymi gestami

ugłaskane słowa przechylały się

jak płaczące wierzby

drżały jak osika


jeszcze

na witkach wierzbowych

nie rozkwitły delikatne listki

nadziei wielkanocnej


powiedz mi

dlaczego tak się pośpieszyłeś

przecież zaprosiliście mnie na święconkę



Post Wielkiej Smętności


głodny jestem uśmiechu

jak chleb

prosto z pieca

ciepłego

głodny jestem miłości

jeszcze nieukrzyżowanego

głodny jestem

głód boli

głodny jestem

wiek nie gra roli

głodny jestem

Post Wielkiej Smętności

głodny jestem

zmartwychwstającej

Miłości



Eschatologia


pusto

słów braknie ustom

głowie myśli

jawa nie zjawia

sen nie wyśni


zamilknie echo

i znikną cienie

smutek pociechą

klęską zbawienie



Wciąż idą do Emaus


a On nie miał

nawet klepsydry

ni konduktu

ni mszy gregoriańskich

nikt nad grobem nie zagrał na trąbce

pochowano Go po kryjomu

w cudzym grobie

zimnym kamiennym

a uczniowie

uciekli spłoszeni

i wciąż idą

i idą

do Emaus



...


kiedy nastanie

najciemniejsza ciemność

wszystko stanie się

JASNE




i uwierzyłem tej kobiecie




Muszę uwierzyć w zmartwychwstanie


kamień się zdziwi przerażony

i jeszcze bardziej skamienieje

kiedy zostanie odrzucony

z czeluści śmierci

na nadzieję


płótno wypłaszczy się przestrzennie

aloesowym utrwalaczem

całunem co w Turynie drzemie

niemym dowodem jednoznaczeń


nim jednak wszystko to się stanie

muszę uwierzyć w zmartwychwstanie



Nadmilczenia


kamienie milczą najwymowniej

od Magdaleny aż po szańce

nawet rodzime szpaty polne

obłe różańce


kamienie milczą najwymowniej

wołać nie będą ludzkim głosem

choćby na drugim nie stał jeden

tragicznym losem


kamienie milczą najwymowniej

cmentarną ciszą umierania

w kamienie wrzeźbiam nadmilczenia

sens zmartwychwstania



Sojusznik wroga


dlaczego was smutek smuci

dlaczego ogarnia trwoga

On tu powróci

a

wątpiący staje się mimowolnie

sojusznikiem wroga



Niezauważony


trzy dni

mnie nie było

a może

cztery

i kto

kto to zauważył


czarne klepsydry litery



Pytanie pragmatyczne


nie zobaczysz moich łez

nie usłyszysz szlochu mego

byłem martwy

zmartwychwstałem


i co z tego



Kobieca tajemnica


ona mi pierwsza powiedziała

szeptem

w największej tajemnicy

że Go tam dzisiaj nie widziała

w kamiennym grobie

jak w kostnicy

że kamień milczał

odsunięty

że On zmartwychwstał

pierwszy w świecie

ona mi pierwsza powiedziała


i uwierzyłem tej kobiecie



Będzie bis


radujcie się, bracia

w smutku

klaszczcie na bis

do skutku

życiu, które żyjemy


przecież

zmartwychwstaniemy



Codzienność

kocham ten ból bolesny

krwawe rany

codziennie go oswajam

krzyżem drewnianym


przebudzeniem porannym

z pracy powracaniem

modlitwą przed snem zmęczonym

krzyżem wiszącym na ścianie


oswajam ten ból bolesny

niosę upadam powstaję

i każdej nocy umieram

a jutrznią wciąż zmartwychwstaję



Przedzmartwychwstanie


piszę pośpiesznie

nocą

dziwne pisanie

i wszystko wokoło jest dziwne

przedzmartwychwstanie


piszę pospiesznie

by zdążyć

oddziwnić wszystkie dziwności

kolejnym jutrem

świtaniem

przedzmartwychwstaniem



Ile dni pamiętasz


życie jest krótkie

jak wiersz


ile dni pamiętasz

ile rymów


ja

każdym wierszem

zmartwychwstaję



Wiara w drugi brzeg


wierzę

w drugi brzeg

i dlatego płynę


wierzę

w nieśmiertelność

z uśmiechem

każdego dnia ginę


wierzę

w drugi brzeg

przepłynę

zmartwychwstanę

i tam

na drugim brzegu

odpocznę

na wieki zostanę


wierzę

w ten drugi brzeg

wierzę w To


a może

to drugie dno


nie umiem pływać

nie potrafię budować mostów

ani łodzi


brodzę brzegiem

szukając brodu


idę w górę rzeki

im bliżej źródła

tym rzeka staje się węższa


gdy już dojdę zmęczony

napiję się źródlanej wody

nieśmiertelności


zbratam się z drugim brzegiem

na wieki wieków



Jeszcze nie śpię


gwiazdy liczę

niebieski różaniec

jeszcze nie śpię

kocham kochanie

nadzieja dnieje

już świta

kocham Cię

i zasypiam


obudzę się

dopłynę

zmartwychwstanę

nie minę



Przespane rekolekcje


znowu będziemy

smutkiem wielcy

nierozgrzeszeni

i bluźnierczy

aż do niedzielnej rezurekcji

nic nie pojmując

z rekolekcji

przespanych

ale zaliczonych

bo tak wypada


znowu będziemy zasmuceni

wątpieniem

że zmartwychwstaniemy



Nie dożyjemy końca świata


nie dożyjemy końca świata

przed Wielkanocą umrzeć trzeba

papież bezsilnie rezygnuje

meteoryty lecą z nieba


nie dożyjemy końca świata

w proch obrócimy się i w pył

zmartwychwstaniemy wielkanocnie

gdy żywy szepnie o nas

BYŁ



To tu i tam


kiedy już będę TAM

bezpowrotnie nieodwracalnie

kiedy naocznie i namacalnie

doznam i poznam

TO w co wierzyłem

wtedy odpocznę

uszczęśliwiony

tym, że TU jestem

tym, że TAM byłem



Jak pierwszy dzień wiosny


wszystko kiedyś jest pierwsze

może nawet zawsze

niepowtarzalnie i nieodwracalnie

tak jak kolejny pierwszy dzień wiosny


wszystko kiedyś jest pierwsze

jedyne tylko twoje

urodzenie

dzień każdy

i śmierć


wszystko kiedyś jest pierwsze

jak kolejny pierwszy dzień

zmartwychwstania wiosny



Dzień Pamięci Zmartwychwstania


To nie jest

Dzień Jajka

To nie jest

Dzień Wody Lania

To Święto Wielkiej Nocy

To Dzień Pamięci

Zmartwychwstania



Przebudzenia


dzisiaj znów zasnę

w przebudzenie

aby przebudzić się

w zaśnięcie


hoc est enim corpus meum


najświętsze z najświętszych

zaklęcie



Nadpoetycka realność


nigdy bym w życiu nie uwierzył

gdybym sam tego nie doświadczył

gdybym nie przeżył

aż skóra cierpnie

włos się jeży

nigdy bym w życiu nie uwierzył


a jednak prawda to najszczersza

sam to przeżyłem

i przeżywam

gdy nocą piszę

kiedy bywam

urealnieniem

tego co nie do uwierzenia

aż skóra cierpnie

włos siwieje

a ja wciąż pisząc

mam nadzieję


nigdy bym w życiu nie uwierzył

że Ty uwierzysz, że ja wierzę

i dzieckiem czekam

dzieckiem marzę

łzawo i szczerze

chociaż już me prawnuki w progu

kołatki wielkanocne stroją

na rezurekcji przebudzenie

ja wierzę w Ciebie

ufam Bogu

nadpoetyckim realnieniem




Posłowie



Oto po raz kolejny Stanisław Sierko zaprasza nas w podróż bardzo specyficzną – bo pełną refleksji i spostrzeżeń, dotyczących zdarzeń, stanów i rzeczy, których wcale nie trzeba poszukiwać w poezji. Sierko bowiem nie stwarza bytów nierealnych i patetycznie pięknych, nawet się im nie przygląda. Opisywanie codzienności w najprostszych jej przejawach staje się powoli jego znakiem rozpoznawczym – powoli, bo Autorowi raczej nigdzie się nie śpieszy, idzie swoimi słowami pomalutku, pochylając się nad swoją – naszą – codziennością. Czeka. A to czekanie ma sens…


Wiersze Wielkopostne i Wielkanocne z definicji kojarzą się z religijnością, a przynajmniej z jakimś jej przejawem. U Sierki jest tak i nie jest. Autor na szczęście skutecznie unika retoryki kościelnej, homilijnej. Sierko nie miłuje, tylko kocha, nie stąpa, tylko idzie, nie rzecze, tylko mówi. Jest ludzki. Bardzo prosty w przekazie. Tylko, że ten przekaz nie jest wcale taki prosty. W pozorności prostych, najprostszych słów znajdujemy wielką głębię refleksji tak dojmująco humanistycznej, że z wielkim zdziwieniem nie raz przy lekturze wierszy możemy stwierdzić (z całą pewnością stwierdzimy!) – to o mnie.


W wierszach Sierki jest mnóstwo miłości, przyglądania się jej, dogłębnej analizy, zawartej zazwyczaj w kilku słowach i wiele nadziei – na miłość. Wiary, epatowania wiarą, patetycznego przyklękania nie znajdziemy w nich wcale. Może dlatego, że Autor wierzy po prostu, a może czekanie na miłość i nadzieja na nią są kwintesencją, sednem wiary. W tych wierszach ani razu nie pada słowo „Bóg”, a jest wiele odniesień do człowieka, do jego słabości i wielkości. Wielowymiarowość tej humanistycznej analizy stanowi w sumie nie tylko refleksję poetycką, ale jest także cennym rozważaniem filozoficznym. Znajdziemy w wierszach Sierki lęki – „(…)i znowu sam zasypiam nie wiem już po raz który lękając się porannego zejścia z tej góry”, znajdziemy pogodzenie i umiłowanie własnych, nawet trudnych dróg – „(…) lecz gdyby ktoś zapytał nagle który nad inne ja wynoszę który z tych krzyży mi najdroższy ten co na własnych plecach noszę” i znajdziemy także – a właściwie przede wszystkim wielką wyrozumiałość –

post wcale nie jest

niejedzeniem

post jest jedzenia

zapragnieniem


i zrozumieniem

docenieniem tego

że mam chleb

i jeść mogę..."


Sierko w wielu utworach podkreśla swoją dojrzałość oraz gotowość do wyruszania w kolejne drogi, także tą ostatnią. Jest w tym pewnie nutka kokieterii, ale jest także drogowskaz – oto jestem człowiekiem gotowym – zdaje się mówić Autor – człowiekiem dokończonym, moje szukanie trwa, ale ono nigdy się nie skończy. Czekam, ale moje czekanie ma sens. Jestem gotów, tak jak gotów byłem wczoraj i jak gotów będę jutro. Sierko nie jest przemądrzały, nie udziela rad, nie daje gotowych receptur. Sam prosi „zamień mnie w kamień (…)obdarz mnie darem zrozumienia

w zmartwychpowstanie”…

Te wiersze nie są kazaniem wielkopostnym, gdzie postraszy się nas grzechem i karą za niego, nie są naukami o tym, co dobre, a co złe. Są natomiast obrazem tego, co ludzkie. Są manifestem wyrozumiałości – dla siebie i poprzez siebie – dla ciebie.


zapal

swoim dzieciom

przysłowiowy kaganek oświaty


zapal

swoim drogim zmarłym

znicz pamiętania


zapal

sobie...

papierosa.”


Zapal sobie papierosa” – żyj, nie musisz zawsze być przykładnie mądry, nieskazitelnie pobożny, na pokaz nabożny i genialny. Nie musisz – nie staraj się, bo i tak nie będziesz. Zapal sobie papierosa, bo to ludzkie, a ty jesteś człowiekiem. Zrób to, co w istocie możesz, więcej nie musisz. Taką postawę – pochwały zwyczajności i pokory wobec niej znajdujemy także tutaj:


Wielki Post

wymyślili syci

oszukali nas

sybaryci


straszą piekłem

i niebem kuszą

nas biednych

ale wolnych

a oni...muszą.”


Sierki nikt piekłem nie jest w stanie postraszyć, ani skusić obietnicą bliżej nieokreślonego nieba. Nikt także nie musi mu mówić jaka jest miłość – bo on sam wie, że nikt tego nie wie. Nie znajdziemy w tych wierszach gotowych definicji na cokolwiek, ale znajdziemy przejmujące opisy wielu stanów, w których trwamy, wielu bólów, które czujemy, wielu lęków, które nam towarzyszą. I w tym kontekście czekanie ma sens. Jest nadzieją. Na zmartwychwstanie tych wielu rzeczy, które – zdawałoby się umarły już w nas.


kocham ten ból bolesny

krwawe rany

codziennie go oswajam

krzyżem drewnianym


przebudzeniem porannym

z pracy powracaniem

modlitwą przed snem zmęczonym

krzyżem wiszącym na ścianie


oswajam ten ból bolesny

niosę upadam powstaję

i każdej nocy umieram

a jutrznią wciąż zmartwychwstaję.”


Sierko jest z tych poetów, którzy nie raz umarli i nie raz powstali. Z martwych. Więc kto raz stracił miłość i znowu w nią uwierzył i czekał na nią – z nadzieją – powinien nad każdym wierszem Sierki podumać przez chwilę. Krótszą lub dłuższą… Ten tomik to wielkie humanistyczne rekolekcje.



Mieczysława Krzywińska



 
STNISŁAW SIERKO. Tomik wierszy podchoinkowych "To czekanie ma sens" Drukuj E-mail
czwartek, 04 grudzień 2014
Z przyjemnością informuję, że 10 grudnia br. ukaże się nakładem Wydawnictwa Diecezjalnego "Bernardinum" mój tomik wierszy podchoinkowych.... a już 11 grudnia będzie go można nabyć na przykład w bibliotece w Skórcz.
Stanisław Sierko


To czekanie ma sens

Wiersze adwentowe i gwiazdkowe

PDF

 

Okładka


 
STANISŁAW SIERKO. Osobiście przyleciał na moją obronę pracy magisterskiej Drukuj E-mail
wtorek, 03 czerwiec 2014

Auto nota biograficzna - część 1

Lata 1949-1972

Urodziłem się cztery lata po wojnie. W Gdańsku, nad szemrzącą Radunią. Babcia Stasia płukała w niej wypraną na blaszanej tarce bieliznę, a my, bose antki, pluskaliśmy się obok. Gdy zmrok zapadał, ulicą jechał rowerzysta wyglądający jak Don Kichot. W dłoniach trzymał, niczym rycerską kopię, długi drąg, zakończony metalowym hakiem. Zatrzymywał się przy stylowych latarniach i tym drągiem pociągał delikatnie zwisający z klosza łańcuszek. W ten sposób zapalał romantyczne, gazowe latarnie. Pluskotliwy szmer Raduni i migotliwy blask gazowych latarni słyszę i widzę do dzisiaj.
Czytaj całość...
 
STANISŁAW SIERKO. Codzienne, nocne rozmowy z Weną w drodze do piekła Drukuj E-mail
poniedziałek, 03 marzec 2014
Codzienne, nocne rozmowy z Weną w drodze do piekła
nowy tom poezji

Czytaj całość...
 
STANISŁAW SIERKO. Na nutę zmierzchu (wiersze) Drukuj E-mail
sobota, 10 sierpień 2013

i już sam nie wiem / czy jestem oknem / czy stoję w oknie


Zapraszam do lektury wierszy Stanisława Sierki
tm
Czytaj całość...
 
 
Top! Top!