www.mamboteam.com
 
Strona główna
czwartek, 21 listopad 2019
 
 

ARTYKUŁ ARCHIWALNY
Nowe wiersze Jana Majewskiego

Jan Majewski urodził  się w 1924 r. w Łukowie na Podlasiu. Jego ojciec był znanym społecznikiem, obdarzonym talentem pisarskim. Zdobywał nagrody za krótkie opowiadania na ogólnopolskich konkursach. Był autorem monografii o Łukowie. Jan Majewski po ukończeniu studiów pracował jako lekarz na wsi, a następnie - od 1955 r. w szpitalu psychiatrycznym w Kocborowie, gdzie był długoletnim ordynatorem. Po przejściu na emeryturę zaczął pisać wiersze. W 1994 r.opublikował tomik pt. "Wiersze starego psychiatry", dwa lata później "Berło z leszczyny", w 2000 r.  "Pana pejzażu" jako 9. pozycję biblioteki dwumiesięcznika literackiego "Topos", w 2002 "Podmiot i figurę". Teraz skompletował wiersze na następny tomik. Prezentujemy kilkadziesiąt z nich.

NAD GETSEMANI


Ziemia śpi

Zamyślona Selene przechadza się pośród
oliwek – dźwięczą srebrne liście
terkocze lelek – czas we wnętrzu ptaka
Nad Getsemani wiatr składa skrzydła
Selene klęka
Jej złote oko nie odróżnia
wczoraj od dziś
Tak samo błyszczy w dali Genezaret
wciąż mkną ibisy przez noc utrwaloną w brązie
Nie obeschła najmniejsza
cząstka krwi
W oku Selene wszystkie osoby
eschatologicznego dramatu na zawsze
stoją lub czynią swą powinność w miejscu
z dawna im wyznaczonym – Każda
jaskrawa barwna nadęta głośna
prócz jednej – która cicha
Selene wstaje z kolan – topniejący rąbek –
Eucharystia w monstrancji świtu
Horyzont rozjaśnia się
Poranny wiatr nad Getsemani
rozkłada drżące skrzydła – igra z gałązkami
Czas w ptaku głosi dobrą nowinę

 

CIRCULUS VITAE

Starałem się jak mogłem zachować suwerenność “ ja”
mimo to wielu wdarło się we mnie
niczym lawina zgiełku

Nikt z owych licznych nie zabawił długo
Czasem miałem poczucie że wśród nich zginąłem
– w chciwości spojrzeń sprzeczności dążeń
w pobojowiskach ich ciał
gdyż wielu padło w bezsensownej waśni

Dziś – gdy ich nie ma – nie mogę rzec
że byli gośćmi bądź intruzami
Po prostu przywiódł ich los
aby we mnie rzeźbili historię moich dni

Teraz gdy wiem już co znaczy osobno
stałem się bardziej sobą niźli kiedykolwiek –
ostrą postacią na tle
karkołomnej wędrówki ludów

Moja obecna cisza wciąż się uśmiecha do przygód
Są w mych wspomnieniach gwałty i rzezie
są słowa podłe i słowicze trele
splecione w jeden żywy wieniec

 

BUSOLA

Busola jest najprostszym strażnikiem kierunku

z pomiędzy innych – popatrz jak leci ptak

do zakrytego dalą lądu

jak płyną statki

Czy kiedykolwiek pomyliła się

sterując ze stanowisk ponad pięcioma zmysłami

kapryśnym dążeniem istnień

lub nieprzerwanym przepływem rzeczy

Być może tak przyległa

do jaźni

albo do tętna piły w kłodzie

jak myśl lub bezmyśl – czucie lub bezczucie

Tylko gdy ktoś nieznacznie odchyli wskazówkę

żyrokompasu – pozna

jego obecność i działanie po zawrocie głowy

Jeśli stłucze busolę znajdzie się w chaosie:

gdzie dół gdzie góra –

I to już będzie ten moment bez wyjścia:

ptak nie doleci statek utonie

 

 

UTRWALANIE OBRAZU

Chociaż już bez nas

będą tam nadal bure kartofliska

dopóki przetrwa obrzęd pola

z głogiem co kwitnie trochę przedwcześnie

ledwo się sypną liście

i z przysadzistą gruszą na granicznej miedzy

Niebem tak samo będą się toczyły

kamienne chmury – nisze deszczu

pod naszą nieobecność

i wiatr jesienny zagra na węgłach

zamiast skowronka

Zgięte kobiety będą nadal celebrować

jak wpierw – z trzonkami motyk w garści

żmudne wykopki – od czasu do czasu

prostując drętwe krzyże

Myszołów poszybuje z wolna –

o bystrooki – wypatrując myszy

Chłopcy rozniecą dawne ogniska

wrzucą w nie pyrki

Po chwili parząc dłonie wygrzebią z popiołu

sypki miąższ – który okraszony solą

zjedzą ze smakiem popiją dymem

My jednak gdzieś będziemy – co jest sprawą wiary

Może pod krzyżem na rozstaju

albo tuż obok – ukryte w kurzu

duchy tej ziemi

obecne po to ażeby uwiecznić

jej prawość i obyczaj pomiędzy gwiazdami

 

 

SCHYŁEK

W okresie schyłku

krnąbrni przestają wierzgać

myśl się uwalnia spod terroru

emocji – trzeźwieje

Doczesność – w tym przypadku osobniczy zasób

rozmaitych doświadczeń

oznaczonych przeważnie częściej

minusem niż plusem

ulega szybkiej dewaluacji

Pamięć chłodno z dystansu bada p r z e m i n i o n e

układając szczegóły

na martwym planie

przypominającym rżysko w dżdżu

Rżysko na którym jeszcze gdzieniegdzie

rozkwita spóźniony kwiat

lub przemoczony kłos opuszcza wąsy

nieczuły na smagnięcia północnego wichru

Schyłek spogląda obojętnie

na kierat jarzmo – i bezwzględną drogę

do zakładu pracy

teraz – kiedy bezradność zastępuje święto

zaś obowiązek co innego znaczy

Jest odchodzącym dana zdolność postrzegania

obu stron naraz

by mogli je porównać – za lub przeciw

spokojni – uwolnieni z oków

[pagebreak]

BALLADA O JESIONIE

Ty jesionie wyniosły powinieneś przeżyć

niejedno pokolenie bylin

gąsienic ludzi

ptaków osiadłych i przylatujących

Powinieneś przeżyć mnie

który do dziś pamiętam twoje stanowisko

wartownika przy głównej bramie

Na twych konarach chłopcy sklecili

pomost z deszczułek

aby poszerzyć oglądanie świata –

Z twym pniem się niemal całkiem zrosła

lęgowa budka szpaków

Była w tobie solidna długowieczność drzew

Dzięki niej nawet formy odwieczne

ufnie twym liściom powierzały

w dzień szelest – w nocy

księżycową sonatę

Nadal drga we mnie żywa klawiatura

twoich gałązek w dźwięcznym wspomnieniu

Właściwie nie wiadomo co cię pokonało:

szpak śpiewający przed otworem gniazda

nie wyczuł nic

Uschły pocięty zgorzałeś w piecu

Są nadal: brama dom byliny chłopcy

pomiędzy nimi ja –

wszystko co miałeś przeczekać

Jest fotografia – żywe okazałe drzewo

i jest pytanie bez odpowiedzi

 

 

PIWNICE ŚWIATŁA

Chciałbym być jednym z tych

którzy tak łatwo – kiedy tylko zechcą

schodzą w głąb siebie – do piwnic pełnych

cichego światła

Do tych podziemi w których można by się poczuć

najbardziej sobą – albo w których właśnie

przestają sobą być:

nikną granice jak wodne linie

O jak zazdroszczę

kiedy ich ciała nadal krzątają się tutaj

z ogołoconym wzrokiem

zaś oni bez ócz doznają objawień

Gdy powracają przynoszą coś

czego tu brak

napomykają o czymś przedziwnym

co może łatwo sprowokować drwinę

Niepojęta jest radość gdy piwniczny odór

zalatuje od nędznych w wietrzone pokoje

Mimo to oświeć mnie Wszechmocny

ile pokory sercu potrzeba

aby do nich dołączyć –

Zejść razem z nimi do tej celki w sobie

gdzie ,, ja ” zanika

pozostawiając ziemi błąd i – roztargnienie

 

 

GŁADŹ

Od dawna przeczuwałem że pośród skrajności

musi gdzieś istnieć doskonała gładź

na której żaden pyłek nie osiądzie

natomiast wszechświat przejrzy się w niej

mimochodem

choć nigdy jej nie dotknie

Długo szukałem tak śliskiej powierzchni

najpierw gołym okiem

potem pod coraz bardziej czułym mikroskopem

ale na każdej ze zbadanych

wkrótce osiadał cienką warstwą kurz

Kiedyś – gdy zobaczyłem twoje jasne czoło

Różanopalca

i czysty błękit w twych promiennych oczach

przez chwilę byłem niemal pewny

że to ty – ta nieprzystępna gładź

Jednak i to złudzenie

które mnie napełniło ciszą i spokojem

prysło natychmiast kiedy ujrzałem

jak wyczesujesz z włosów złoty łupież

jak strząsasz z lica rośne łzy

Tamten dzień dawno minął – przyznaję: zwątpiłem

lecz właśnie wtedy gdym zaprzestał szukać –

zrozumiałem:

że tylko pył nie przyjmie pyłu

i że tylko w nicości przegląda się wszechbyt

WIĘŹ

Tego się nie odczuwa świadomie – jednakże

kiedy jednego coś zaboli

na drugim końcu świata

tę dolegliwość odczują wszyscy

bo tak szerokim rozchodzi się kręgiem

jak uderzenia serca dzwonu

Czy ktoś się cieszy tam – gdzieś

czy smuci

trudzi się bądź spoczywa – kocha nienawidzi

przychodzi na świat lub go opuszcza

do wszystkich brzegów dociera ta fala

wzbudzona ruchem jednej cząstki

Zjawisko większej wagi

nieporównanie – niż dwa splecione miłośnie ciała

To raczej jedno w s p ó l n e ż y c i e w wielu

które przepełnia atmosferę

tak oczywiście

że jak wszelka powszedniość – niezauważone

I mimo że wraz z rozwojem czasu

z każdym dniem wkracza szerzej na minowe pola

dwuznacznych wyzwań –

Choć nieraz się wydaje

że wypalono rdzeń istnienia

aż po bezwzględne zero – wbrew okrutnym siłom

więź trwa

Życie ogółu rozwesela się

od pogodnej piosenki

samotnego pasterza na górskiej przełęczy

który je znowu gromadzi zbłąkane

i wiedzie dalej – w przejrzystość doznań

 

 

O CIERPLIWOŚCI

Cierpliwość

jeśli jest trudną sztuką

beznamiętnego oczekiwania

przypomina sen – solidnie zamknięta

we wnętrzu tych

co rozpoznali w pełni własne położenie

i już niczemu się nie dziwią

Jeśli jest farsą

nic oprócz życia nie dorówna

jej zniecierpliwieniu –

Maksymalnie napięty bezruch

i niemal aż do bólu natężone zmysły

Taki wysiłek nie może trwać długo –

wkrótce pryska

Cierpliwość skrajnie wyczerpanych

którzy ścigani

przez wszystkie ziemskie plagi

zdołali ujść pogoni upaść – zaczerpnąć tchu

jest raczej stanem odrętwienia w którym

budzi się cichsza lecz uporczywsza

niż wpierw – żądza istnienia

Świat wiele razy obserwował

cierpliwość myśliwego oraz wymuszoną

trwożną cierpliwość

potencjalnej zdobyczy –

Mimo to nigdy nie przestał się dziwić

łatwości z jaką druga

przedzierzga się w tę pierwszą – nie pozorowaną:

w naturalną cierpliwość głazu

obalonego pnia

szkieletu wymarłego gatunku

opuszczonej przez motyla poczwarki

i wielu innych rzeczy całkiem obojętnie

pławiących się w kałuży kwiatach słońcu – ekskrementach



OBCOŚĆ

Nieznajomy idzie przez miasto

Gdybyś mógł zobaczyć

co on naprawdę niesie w swej głowie – pod pachą

Bo to co widzisz zwyczajnym wzrokiem

na przykład: teczkę ciemne okulary

kapelusz z szerokim rondem

to są tylko atrapy przyszpilone chwilą

do wpierw zastrzeżonego przezeń

sekretu

On przejdzie obok ciebie

nierozpoznany

być może niosąc w sobie odpowiedź

na wszystkie twoje dręczące pytania

które ty sam – przez nieśmiałość

powstrzymasz nadinterpretacją:

czy mam prawo –

I nie przyjdzie ci na myśl że on może również

chciałby cię poznać tak jak ty jego

Niewielu ma odwagę

zbliżyć się

do tajemnicy nieznajomych – którzy

bezustannie idą przez miasto

I mimo że okazja stale powtarza się –

brak otwartości – więc nadal obcy

mijając się udają

niechęć lub chłodną obojętność

Wiele zgubionych rzeczy zaścieła ulice

 

 

( TA ) SOSNA

Sosna która wybiegła przed las

na drugą stronę gruntowej drogi

z wytyczonym zadaniem

jeśli młodo nie zginie – ma zwykle gruby pień

jest przysadzista

Jej konary –

twarde ramiona zapaśnika

akumulują w sobie cierpliwą zuchwałość

stworzeń zrodzonych nie do natarcia

lecz dla obrony

Postać szlachetna dumna

z masywną grzywą kłującej zieleni

ujmująco troskliwa dla szczebioczących trwożnie gniazd

przelotnie zawieszonych

w jej spontanicznym szorstkim szumie

Czując za sobą las – ( ta ) sosna

odwraca się od niego

jak z mocnej więzi i braterstwa troska

która stwardniała w żelbetowy trzon

przeciwko wszystkim groźnym żywiołom przestrzeni

wietrząc je z dala:

– wichrom w pancerzach z lodu

wężom błyskawic – nawałom szarańczy

Częstokroć między nią a borem

krążą wilki i sarny – wiewiórki i jeże

Mijając krępą zdają się mówić:

N a s z a u f n o ś ć w t y m d r z e w i e

Rozważne kruki w listopadzie

kołując z wolna w stygnącym powietrzu

– nagabują:

Wytrzymasz zimę – Sosno

Drzewo im odpowiada: Nie wiem –

ale mężnych kocham

I puszy się w konarach jak w murach fortecy

 

 

UCICHŁO ZNIKŁO

Już się nie śnią

jak okrwawione mięso – obnażone kości

ni wiatrołomy ni ruiny miast

na których tłumy ocalonych

mrówek i ludzi wydeptały ścieżki –

nowe linie życia

Już się nie śnią

grube pokłady gruzów z których wystawały

jak połamane żebra

szczątki konstrukcji zabitego w c z o r a j:

sprężyny nocnik odpryski lustra

składnice złomu

Już się nie śnią

wypłowiałym karminem rumowiska cegieł –

ciało miast powalonych przez bomby

nasączone trupim odorem

pod nałożonym na śmiertelne rany

opatrunkiem z liści

Już się nie śnią

jak się zdarzało dawniej –

przechodzącemu tędy w słoneczne południe

te prędkie szepty przeźroczyste twarze

Ucichły znikły Dziś nikt nie powie:

zmarłych spotkałem – tylko – że się przewidziało

 

 

SPOTKANIE

Spotkaliśmy się

pomimo że nas rozdzielały

wszystkie granice świata

Uśmiechnęła się – zajrzała mi w oczy

Spotkaliśmy się zatem nigdzie

i zarazem wszędzie

Dotyczyło to w równej mierze przestrzeni i czasu:

g d z i e ś k i e d y ś mocniej uderzyły serca

Gdzieś kiedyś

Pamiętam – trochę zaciążyła nam

chwila milczenia

Usiłowaliśmy ją wyjąć z doby

oprawić w coś

Ten górnolotny zamiar okazał się wszakże

jak na nas – o wiele za trudny

Przykro gdy się zsumują

dwie rezygnacje

Zatrzepotała rzęsami na których

nie było łzy

Jej wzrok zatrzymał się na chmurach

Powiedziała stłumionym głosem: D o –

Poprawiła włosy – odeszła

Czy to była ironia czy nieśmiała zemsta –

tego zapewne nigdy się nie dowiem

[pagebreak]

PODWÓJNY NURT

Widać ich dobrze przez szkło czasu

Kudłaci z krzemieniem

krępe osiłki w metalowej zbroi

szamani z magią kapłani z krzyżem

przysadziste kobiety które z wieku na wiek

coraz bardziej smukleją

Naokół – chociaż w szatkach – czysta nagość dzieci

O – jak się śpieszą

Dokąd – czy do krawędzi co się w przepaść zgina

czy do dalekiej gwiazdy

do której łatwo myśl doleci

lecz odpowiedzi od niej nie otrzyma

Wreszcie – może się kręcą wciąż w tym samym miejscu

nie wiedząc o tym

Cóż znaczą same kroki –

od nich przestrzeni nie ubywa

Nic nie widać w ciemności nic nie słychać w ciszy –

ledwo majaczą przez szkliwo czasu

Na mroczne groty nakłada się chłodny

półmrok katedr

Polecieli na księżyc – wrócili

Ciągle się łudzą że poruszą

bryłę świata –

Może i poruszą

Ostatecznie jest przecież niemała różnica

między szemrzącą muszlą

a komórkowym telefonem

Pozostaje drobnostka – kaprysy pogody

Lecz może w końcu osiągną coś za coś

co oczywiście przysporzy sporo

korzyści i strat

Jedni koniecznie chcą wstecz – drudzy przeciwnie: do przodu

Ktoś siwowłosy pyta o sens

ktoś z werwą odpowiada – że to: Dla młodzieży

ktoś zauważa że może jej nie być

O biedni o rozdarci

między materią rzeczy i ciała

a tym co czasem nagłym omiata ją blaskiem

ukazując najgłębsze

pragnienie duszy

Ile cierpienia trzeba – aby – te nurty pogodzić

Jakiej ufności – ażeby wytrzymać

 

DESKA DO PRASOWANIA

Bardzo się wydłużyła

ta deska między wczoraj a dziś

pojedynczego życia o którym powiedzieć

b r e v i s – za dużo l o n g a – za mało

Coraz to wolniej znużone kobiety

wkładają do żelazek rozognione dusze

sprawdzając poślinionym palcem

gorącość spodu

Na długich deskach do prasowania

których koniec umyka

oczom w oddali poza oknem –

leżą ogromne sterty wypranej odzieży

Nieomal widać jak pragnienia kobiet

schodzą w palce

i przez nie w pieszczotliwe pełzanie żelazek

po szorstkim tynku płótna

Ten kołnierzyk wygładzić – aby

mąż więcej kochał

Tę zmarszczkę – tamtą przycupniętą fałdkę

bo mogłyby zaważyć na karierze córki

Jakże jest długa zwyczajna deska

do prasowania

Jakie sterty bielizny

Ile żelazek pragnień – ognistych duszyczek

 

 

GEHENNA PO LATACH

Cóż tu zostało –

Nie ból – zabrali go umarli

Smutek przynoszą jesień i przechodnie

Tylko wciąż żywa groza tamtych lat wyziera

z celuloidowych oczu lalki

Niewiele znajdą n o w i w miejscach dawnych straceń

Spojrzą – odejdą –

Może zapamiętają nazwy:

O ś w i ę c i m T r e b l i n k a

Holokaust ledwo musną wyobraźnią

Młodość ma prawo nie nakładać

ciężaru cudzych zbrodni na swe zdrowe barki

Jeśli zrozumie – starczy

Nie ma powodu do zgorszenia – gdy

czyjś śmiech zadzwoni w uroczystej pustce

Tablice pamiątkowe nie służą pamięci

od faktologii wysycha źródło –

Gehenna sama przez się

jakby pragnęła o sobie zapomnieć

cicho odchodzi w zobojętnienie

Na te miejsca już pada kamieniem obrazy – kłamstwo

Człowiek się uczy na błędach błędów

lecz ta surowa ziemia

powinna zdzierżyć każdą przyszłość

zanim o n się nauczy prawdy i pokory

 

 

ZAPIS

Północne obłoki

kolejno – z namaszczeniem

wpływają

przez górną szybę zamkniętego okna

Rozwija się długi rulon

białej ciszy –

ruchome schody wyżyn po których zstępują

na ziemię: księżyc słońce gwiazdy

Czytam zapis nieba

na bezszelestnych arkuszach za szybą

do ostatniego obłoku

za którym płasko rozpościera się

pusty popielaty ekran –

Rozumiem że

przekazano mi wszystko

co było zapisane na tę chwilę

Otwieram okno – wpuszczam wiatr

wpuszczam woń kwitnącego krzewu – jęk tarczowej piły

Wyłączam komputer –

Jak Ezechiel połykam z a p i s – czuję słodycz

 

 

WĘZEŁ GORDYJSKI

Z wszystkich miłości

może powrotny czas pokaże

tę – co z nich była pierwszą prawdziwą

odwzajemnioną

choć żal spóźniony – tęsknota daremna

Podświadomość

może w ostatnim dniu przypomni

te dni i chwile

o których można powiedzieć: s z c z ę ś l i w e

dziwiąc się że tak prędko na zawsze gdzieś znikły

Przypomną t ę przy której

żądze – jak nasycone czarodziejskim wdziękiem

lwy – w krwi ucichłej jak jagnięta legły

zaś pocałunki drżące na ustach

więcej nie śmiały

Co wybrać jeśli we śnie wróci

taka jak niegdyś – czysta

Czy kłamstwo jawy czy przyśnioną prawdę

Człowiek nic nie poradzi – ale czas znów życie

zwiąże – lecz mocniej – w węzeł gordyjski

 

 

POŻEGNANIE Z OJCEM

Śni mi się bardzo odległy

marcowy dzień

zaplecze rodzinnego domu

bezlistny ogród

Powiewa wiatr – raz zimny raz ciepły

Wróciły szpaki obsiadły topolę

Refleksja: nowy rok

powinien zaczynać się w marcu

Tak – w marcu

w miesiącu pełnym wahań ociągania się

pokrytym gdzieniegdzie

strupami zleżałego śniegu

Śnię dalej:

cicho-burzliwe niebo przegląda się w zwierciadłach wód

Pod naruszonym przez przymrozki murem

żółty dereń

Widzę nieśmiało uchylone drzwi

Oto ogrodnik wchodzi na podminowany

kiełkami teren

Ogrodnikiem jest mój ojciec

Matka – i my –

trójka przedszkolaków

z patentem na cierpkie jutro

patrzymy na ojca przez okno

z obawą: wróci cało czy nie z podminowanego

ogrodu –

Schyla się zrywa nagle rozkwitły kwiat

o barwie krwi

Macha nim do nas kładzie na sercu

uśmiecha się – odchodzi Z tą chwilą budzę się

ze snu czy jawy w innym czasie

S ł o ń c e w s c h o d z i c z e r w o n o

 

[pagebreak]

NOTATKA

Wiosna 2003

Ruszyłem jak kra na rzece

– tęczowo mi

Słowa same odnajdują mnie

rybitwy zrywają

kolory z mych ust – zakwitają brzegi

 

 

ROZMOWA Z DIABŁEM

Kusisz –

To zajęcie się Tobie nigdy nie uprzykrzy

Widziałem Ciebie dzisiaj w kiosku –

sprzedawałeś

pornograficzne pisma

nieletnim

Piszę ,, Ciebie ” z dużej litery – ale bez szacunku

Nie masz godności więc się nie obrazisz

Chcesz zdobyć szlema – Dobrze – zagrajmy

lecz w i m i ę b o ż e

No – nie gniewaj się stary – zapomniałem o twej

fobii

Nie wypieraj się – byłem świadkiem

jak postawiłeś o jeden kieliszek za dużo

pijaczynie z parteru

Po czym on zarżnął swoją pobożną pyskatą żonę

nieświadom co czyni

Wiem że żywiłeś do niej urazę

Muszę przyznać że dzisiaj w sądzie – w todze adwokata

było Ci do twarzy

Wreszcie wyszedł Ci dublet:

krzywoprzysięstwo – zemsta na niewinnych

Powinieneś się cieszyć – długo pracowałeś

nad tą sprawą Gdzież twoja radość –

Pomówmy jeszcze o urodziwej

jedynaczce z dobrego domu – którą sprowadziłeś

wprost z drogi cnoty do burdelu

I o tym młodym katolickim księdzu

o twarzy serafina – co pod twoim wpływem

dopuścił się cudzołóstwa

A teraz – niepoprawny – czyż nie knujesz przeciwko mnie

maskując rubasznym śmiechem

kose spojrzenie

na nasz samolot linii airlines

Czyżby terrorysta –

Tym sposobem do piekła – Dziękuję – lećże sam

 

 

SZKOLNE ŁAWY

Szkolne ławy

w swej surowości podobne były

ławom kościelnym

Ustawione rzędami w białościennych salach

proste masywne krępujące ruchy –

opuszczane z ulgą

Ich czarno umaszczone ciała

składały się z płaskich stóp rozłożystych biódr – wnęki

pulpitu z otworem na

kałamarz – podłużnego wgłębienia

u szczytu – oraz z nieznośnej stromizny

twardego oparcia

Podczas ostatnich lekcji były

narzędziem tortur

z którego umęczonych elewów wyzwalał

na pauzy – dzwonek pedla

Niekiedy jednak w starszych klasach

ktoś łamał oschłą dyscyplinę ław

grą w kiksa – albo

kulką z papieru – w którą był ubity

miłosny list

Ale z reguły ław tych raczej nie kochano

aż do dnia w którym zatrząsł się świat

zatrzaśnięto szkoły

Dopiero wtedy odnalazły się:

nostalgia wdzięczność żal opamiętanie

szczera skrucha –

w czasie zbyt długich przymusowych

wakacji

 

 

IMIONA WODY

Wodo wodo

czy znasz wszystkie swoje imiona

– masz ich tak wiele

Dla wigilijnych wieczorów jesteś

misternie nikłym ornamentem – śnieżką

Wodo wodo

najczystsza perło smutku lśniąca na policzku

kropelko rosy na wiotkich kwiatach

w niepewnym brzasku

Cierpliwa – która drążysz skałę

Wodo wodo

królewska – bystro spływająca z gór

w długim orszaku imion

Dziedzińcowa fontanno dla ptaków i dzieci

w skwarze upalnego dnia

Wodo wodo

chlustająca w świat z rynien – pełna dźwięku

z głucho warczących chmur

płynąca niby pieśnią coraz okazalszym nurtem

do zlewisk – wzlatująca z nich

w przestronny błękit

rozproszonymi obłokami

aby powtórzyć swój odwieczny cykl

Wodo – mgło wodo – źródło

wodo święcona którą chrzczą i żegnają się

Wodo wodo

– lodowcowa skorupo na biegunach ziemi

co tu przesycasz ciała – a tam

leżysz jak wieko kryształowej trumny

na nieuprawnych nieznanych lądach

Wodo wodo

więcej twych imion nie przypomnę –

Skapnij łzo

obłoku uśmiechnij się

Święcona – pobłogosław nadchodzący dzień

 

 

DLA PIEŚNI

Przez chwilę byłem

pomiędzy snem a jawą

w nieokreślonej mglistej przestrzeni

nieświadom świata – czas nie płynął –

Błysnęła pierwsza myśl

z wolna budziły się niewinne zmysły

Nie pierwszy raz

rodziłem się tak na nowo ze snu

do umownego życia bez imienia – i bez

chociażby najmniej cennej rzeczy

która swoją jest –

o jakże pusty głodny

Podobno ominęła mnie snem

burzliwa noc –

lecz sen sam w sobie zapamiętałem:

jasny przejrzysty bardzo podobny do

wiosennego sadu

zaledwie w jednym płatku kwitnącej czereśni

W tym śnie

do wtóru wiatrom pisałem wiersze

Ktoś niewidzialny podawał mi słowa

proste piękne –

które się niemal same układały w strofy

ledwo muśnięte płatkiem serca

Tak się wciąż rodzę w pół-śnie pół-jawie

nieświadom skrytych działań

– poetą

Cokolwiek słowo to oznacza:

przeczucie bólu dar niebios harmonię –

jak słowik – dla pieśni

 

[pagebreak]

PODRÓŻNA PAMIĘĆ

Nasza podróżna pamięć

z upływem lat coraz bardziej zawodna:

lotne wyfruwa z niej

płynne wycieka – stałe wypada

Choćbyśmy zebrali ze świata

po trzykroć

cokolwiek jest w nim najbardziej udane

z nietrwałych wspomnień prędko znowu się wyślizgnie

Po czym nadchodzi pora

bez twarzy

bez krążenia wiatru i cieczy

bez kształtu dźwięku woni koloru

Rozprzestrzeniona w mroku

nie potrwa długo

zostanie zapomniana tak samo jak wszystko – co się

przytrafiło życiu

Zostanie zapomniana w intymnym momencie

w i e l k i e j z m i a n y – gdy pamięć uwalnia się

od pyłu widzialnego świata

na stromym brzegu posępnej rzeki

– już zapatrzona w całkiem

inny krajobraz

i chociaż jeszcze nie wie czego się spodziewać

zaciekawiona – i coraz bardziej dla wczoraj – obca

 

 

NA NIBY

Coraz ich więcej

Trą czoła i niby tworzą

niby sztukę:

niby obrazy kształty wiersze

niby muzykę – Niby

Wyrąbują usilnie w niepodatnej kłodzie e g o

niby piękno

Niby – bo do nich nigdy nie dociera

ta lekka fala co przesypuje

w dusze wybrańców

tak łatwo – niby z nikąd – to co najcenniejsze

w mule ziemi i nieba

Wystarczy że są

schyleni nieuważnie pod wiatr

oddźwięczni jak otchłań – co

odbija echo najcichszego szmeru

najbledszą z możliwych barwę

kształt bardziej nieuchwytny

od zmierzchu

Są ciszą która bez trudu wchłania

i bez oporu oddaje co wzięła

widzialnemu światu –

G ł o ś n i – urodzeni na niby

powracają skąd przyszli – w jałowe milczenie

Finis coronat opus

 

 

 

PRZYBYSZ

Siwowłosy który wysiada

z północnego pociągu

na wyludnionym dworcu śpiącego miasteczka

nie jest dlań obcy – wraca do dzieciństwa

Przemierza dudniąc pusty hol

po czym przystaje – kredowobiały

w plamce brudnego światła

na pierwszym stopniu niewidocznych schodów

Przez chwilę nasłuchuje rozgląda się niucha

ostrożnie schodzi w sierpniową noc

Ciemność jak zwykle o tej porze lata

gęsta lepka

pachnąca zielskiem kurzem jabłkami

Prawie bezwietrzna – miękko ociera się o przybysza

jak wielki czarny kot

Domy ukryte we śnie majaczą jak groby

Gdzieś na obwodzie niewzruszonej ciszy

ujada pies:

Pół wieku pół wieku –

merda ospale przez pół nieba

Na przeciwległym brzegu uśpionego miasta

odmyka się trumienne wieko:

nie połknięta przez ziemię resztka zwalonego domu –

dachówka

Świta – pierzchają mroki

Miasteczko znikło – ale mimo to

siwowłosy wciąż idzie jego centralną ulicą

Mnie i wyrzuca kolejowy bilet

Już wie że nie ma domu dworca i powrotu

Odnalazł tylko przerdzewiały ruszt –

relikt ogniska

Postanawia z nim pozostać do końca

 

 

OCALENI

Wieczór zwiódł nas

motyle zasypiały spokojnie

w kołyskach kwiatów –

Ale tej nocy co potem nadeszła

nie zapomnimy przenigdy

Rozpętało się piekło i wzruszone były

otchłanie i niebiosa

Stada wichrów pędziły przez świat pod postacią smoków

atom nie został przy atomie

A my – a my –

Twa krew co bardziej niż ogień gorzała

tej nocy miała smak mrozu

Mieliśmy siebie za umarłych

pogrzebanych w chaosie –

Tym większa była nasza radość i zdumienie

kiedy o bladym świcie

zbudziliśmy się żywi kochający

tak zwyczajnie

że niemal całkiem prozaiczni

w surowym świetle dnia

S ł o ń c e s z ł o w z w y ż

 

 

STROFY WIELKANOCNE

Nie posiadając boskiej mocy

nasze ciała

uczą się jednak Twej męki z dnia na dzień

Sprzeciwiają się – lecz pomimo to

wciąż wzbogacają wiedzę

Każda chwila dostarcza cierpiętniczych ćwiczeń

Jesteśmy ramionami krzyża

w które wnika

miażdżącym echem trzon stalowych gwoździ

po których ścieka Twa ofiarna krew

w niegodny piasek

Opór wzmaga udrękę

lęk wyolbrzymia grozę zgonu

jednakże z wolna nasze tkanki

oswajają się z bólem i śmiercią

Znużenie koi

odrętwienie uśmierza skowyt otwartych ran

rozgrzesza jęk i skargę –

Coraz jaśniej świeci P i e r w s z e S ł owo

jak grosz co nigdy nie czernieje w wiekach

Tak tanio się sprzedajesz Panie

– tak tanio

Oto chwila w której

sami mówimy: W a r t o

Bo chociaż nigdy nie mieliśmy w sobie

krzty boskiej mocy

lecz nasze ciała pomimo to

zdołały swą niedolą zmienić ciernistą koronę

w wierzbowe bazie – choć ledwie przez moment

trwa ów spektakl: ból – życie – umieranie – święto

Dopiero za tym wszystkim istnieje gdzieś wieczysta rze

czywistość rzeczy – w porównawczej skali

dana prawie darmo

miastu i światu

 

 

PUSTE KRÓTKIE SPIĘCIA

Młoda atrakcyjna

nieznajoma

prawie natychmiast wsiąka w bezpostaciowy tłum

pozostawiając w opuszczonym przejściu

na moment:

połyskliwą woń perfum

senną powłóczystość spojrzenia

pełne wargi

z czterech soczystych płatków peonii

Pozostawiając przestrzeń miękko rozkołysaną od

tańca jej biódr

minispódniczkę strzeliste nogi – i

nagłego wielbiciela z jeszcze nieświadomym

w pełni – poczuciem straty

Nieomal równocześnie zaczyna się koncertowy

ogłuszający start

wszystkich ziemskich pojazdów do gwiazd

Czas rośnie w drzewach nawałnicach skałach

po czym spada rój sekund na ziemię – gdzie z nagła

zauroczeni

oddalają przygodne wzruszenie

zapewniając sobie w ten sposób

w miarę spokojne jutro

wolne od ognia burzy dymu i popiołów

O rozbrajająca iluzjo

puklerzu z kurzu mgły wiatru piany

– O iluzjo

z rączym upływem czasu coraz oględniejsza

przeźroczystsza od szyby

 

 

CZASY I ŚWIATY

Wysoko odrzutowiec

rozcina niebo białą pręgą

drżą przęsła ciszy –

Obok nowego świata precyzyjnych technik

obosiecznych – trwa jeszcze stary układ

naprawdę stworzony

ptakiem drzewem

rybą – poczwórnym żywiołem

I nadal jeszcze dwa czasy płyną

w tobie i we mnie

na pozór zgodne – chociaż – w przeciwległe strony

Co dzień się zjawia w naszej

atawistycznej wyobraźni

praczłowiek – który patrząc na nową epokę

dziwi się trwoży się

rusza do przodu – cofa się

Nie rozumie

Uważnie śledzimy go

Trochę nas bawi niepokoi –

Współczujemy mu – lecz ostatecznie

pozostawiamy go samemu sobie

razem z tym jego w wiekach pociemniałym mitem:

w m u z e u m: niskie czoło – małpia

postura szkieletu

Po czym z dumą ruszamy

za grzmiącym hukiem startujących rakiet

w kosmiczną otchłań bez kwiatów i ryb

bez czterech ziemskich żywiołów – tam

gdzie rosną gwiazdy

przeciągle szumi cisza od kresu do kresu

i gdzie się rodzi wieczyście nigdy

nie narodzony Mesjasz

nagim dziecięciem w szorstkim rozpostarciu krzyża

 

 

NARODZINY

Na zimnym tynku – błękitnym tle

pośród białych obłoków

różowe niemowlęta – które dopiero co

narodziły się

wyciągają swe – pełne życia ręce

do umarłych

– W niewidzialnej klepsydrze

zaczyna krążyć

pierwsze ziarenko ich czasu

 

 





INNE DANE
DATA PUBLIKACJI: 2004-06-08 18:23:34
SERWIS: kociewiacy.pl




UPIEA v. 0.7
© Piotr Madanecki 2006
 
 
Top! Top!