www.mamboteam.com
 
piątek, 04 grudzień 2020
 
 
Mateusz Brucki - Moja Arkadia. Wiersze Drukuj E-mail
poniedziałek, 11 kwiecień 2011


MOJA ARKADIA






Moja arkadia


arkadia

mi się myśli


całe chmary pegazów

strącają ze swych skrzydeł

promienie świeżego słońca –

ziarnko po ziarnku


niebo ze śmiechu

płaczące manną

tęcze pachnące miodem

i niagary mleka


ty i ja nadzy

pod drzewem

którego owoce jeść

wolno


wkoło zwierzęta

i jeszcze zaspany bóg

w hamaku własnej brody

pięknem piękno zapijający


już klucz białych

kruków spieszy nad nami

otworzyć bramy po wieczność

/Z tomu: Wpół do wiersza, Pelplin 2008/

Na moście w Tleniu


wieczorny przelot rzeki od skrzydłami mostu

w karminy się dochwiewa nocturno błękitu

kołysanka dla chwili po sen w wodzie skrytej

niekończącej się nigdy jak prostota ostów


smyczkiem mojego czasu po samą rękojeść

zgrywam się z kwiatostanem ostatnich płomieni

czujemy się do szpiku jest niebo brak ziemi

kosmosy się zdarzają srebrzystym spokojem


/Z tomu: Wpół do wiersza, Pelplin 2008/


Landszaft


Szymonowi – Bratu



idziemy lasem pomiędzy domem a symbolem

iglaste cienie drzew sugerują patrzenie w lewo

to stamtąd zawyje ciemność i puste brzuchy wilków

gdy z żylastych gałęzi zmierzchliwie spełznie rdza


pod żadnym pozorem nie można dać się złapać

cóż z tego że wiosna walczy z szalikiem o miejsce na naszym karku

kiedy żelazny język mgły wciąż jeszcze kąsa w nagie dłonie


nie byliśmy gotowi na cholerną biedę


bez liścia nad głową słuchamy jak niebo potyka się o dachy

czasem jesteśmy skłonni wierzyć że ciepły komin woła w naszą stronę


daleko po prawej może i się coś świeci lecz o ile mamy kieszenie

to zaledwie wypchane przedwczorajszym deszczem

po prostu nie stać nas na kamyki wróżące drogę powrotną


/z tomu: Nie polecam nas bogom, Starogard Gdański 2010/

Wysnute z dymu i płomieni



języki naszego dnia skwierczały już niskopiennie

pod czarną tarczą domu kiedy otworzyliśmy

ogień w miękkim kominie powietrza i snuliśmy

co nieco na przyszłość dostrzegalną jak dym


żaby z pobliskich tafli płatały nam uszy jak gwiazdy

na niebie płatają ciemność i wierzą że jest w tym filozofia

że każdy z kotów ma swą boską drogę – przed siebie – donikąd


a koty były przy nas

nieruchome i wierne jak ciepło które nie każe jeść

i pozwala nie spać pomimo bezgłosu i cieśninki powiek


zanik poczucia mroku wygasł dopiero w świetle późnej pełni

która rozeszła się po kościach zasianych w ziemi przez ślepawe psy

i zbiegła się z głosem naszych matek że chyba już czas


nazajutrz

też będziemy dziećmi ale nasze ubrania

już zmieniły woń na identyczną sobie –


czy to dym – ktoś zapyta – nie

to nasza przyszłość

/z tomu: Nie polecam nas bogom, Starogard Gdański 2010/

Z potrzeby domu


„w ostatnim śnie cierpienia

jest dom rzeźbiony w słońcu”

Krzysztof Kamil Baczyński



poszukamy się

wzdłuż kieszeni jak po kropli poddasza

w której zachowamy skarby gdy nastąpi kurz


ale najpierw

spojrzymy w dziury dalekie od ideału i zgubimy

rzęsy na brzegu pościelisk zanurzonych w światła


światła są

zupełnie jak do ściany przyłóż mienią się

rozmowami które dopiero wschodzą i z każdym krokiem

skrzypią jak stopnie w doskonaleniu wierszy

o dywanach z połamanymi skrzydłami


tylko w nich

możemy mieć pewność że żaden groch nie wpadnie

w twarde oczy tapet a nasze języki staną się

bardziej drewniane od podłóg mebli i sufitu pod którego

sękami jest ogniskowo i dobrze


tylko tam nasze cienie

surowe jak początek marca

powoli bardzo powoli coś tam sobie rzeźbią


/z tomu: Nie polecam nas bogom, Starogard Gdański 2010/



Echo baśni




nie alicja lecz anna nie z krainy a szkła

i nie z czarów bo z prawdy której blisko do lustra

wiarygodna jak rzęsa w której kocha się łza

nim pokona policzek żeby schować się w ustach


by zamilknąć na chwilę i nie płoszyć tych chwil

między jednym a drugim rzutem oka jak kamień

na to co się wydarzy ile kto strąci bil

w czarne dziury co patrzą jak odbicie się łamie


w dwie nieszczęsne powieki które więżą ten wzrok

co spoglądał na światy i poprawiał makijaż

zanim się zdecydował który lepszy jest bok

żeby sen o dziewczynce mógł po prostu nie sprzyjać

/z tomu: Nie polecam nas bogom, Starogard Gdański 2010/

Epicentrum


na końcu oślepło słońce

od mojego wpatrywania się w twoje oczy”

Jerzy Fryckowski



w ostatniej miłości

towarzyszyły nam ciche wróble

i pióra które wyłupiliśmy starym archaniołom


(miękkie druciki twoich włosów

obsiadłem pocałunkami jak deszczem

i kropla w kroplę porównywałem nasze dłonie

zwinięte w mokry koczek kosmykami palców)


mówiłaś

że lipiec jest już niedaleko

i wtedy oboje będziemy na tyle dorośli

by wreszcie przestać się czerwienić od nadmiaru rąk

z uporem wsuwanych pod ubranie jak spojrzenia pod rzęsy


dookoła

pachniało skwierczeniem

słońce potknęło się o las i z lasu

bardzo dyskretnie przylgnął do nas księżyc


ziemia

na której leżeliśmy

przemarzła na głębokość kości

zakopywanych w niej przez twoje zwierzęta

ale zupełnie nam to nie przeszkadzało


leżeliśmy cicho

o krok od pęknięcia świata


/z tomu: Nie polecam nas bogom, Starogard Gdański 2010/



Zakątki


Tak się w tym zakątku

zaprzepaścił potok,

jak ja w twoich oczach.”

Tadeusz Bocheński



jest w twojej krwince miękkość z dna wystygłej rzeki

usłyszane gdzieś miejsca tak obce od wczoraj

że sen o palcach w rosie zdobywa powieki

i spod rzęs zaprzepaszcza mnie w rozpłynny chorał


przez mgłę cię stąd przechylam odbitą w jeziorze

z wodnych znaków na usta zmyślone po ciemku

jakby w bliznę po kropli ktoś modlitwę złożył

bo znów nie dostrzegł ciebie tak będącej – w ręku


więc grzęznę w przez przypadek napotkany potok

w oku kręci się prawda i tnie krew przez środek

byle z twoich zakątków móc trafić na złoto

w wybujałej z uścisku rozpadlince bioder


/z tomu: Nie polecam nas bogom, Starogard Gdański 2010/

Prawie pastorałka


wg obrazu E. Muncha pt.: „Chore dziecko”



zdrowaś od własnej krwi przelanej w łożu

ostatnią gwiazdą toczę się po niebie

w mróz co na chudym zawiśnie rozdrożu

gdzie łka bezrękie i beznogie źrebię


rodzisz jak rodzić mnie nie nauczono

we mnie psy leśne ujadają czasem

aż zgrzyta śniegu obolałe łono

pokryte śladem i wyciętym lasem


jesteś jak mi się nie potrafi bywać

tylko mnie do snu tej nocy nie kołysz

zdrowaś jedynie kiedy wieczność chciwa

widzi jak leżę spokojne i gołe

/z tomu: Nie polecam nas bogom, Starogard Gdański 2010/

Odkopany w Europie



teraz kiedy patrzycie w moje wapienne oczodoły

z dawno nie spotykanym piaskiem na miejscu abstrakcji

łatwo wam mnie posądzać o najtwardsze zbrodnie

ale zapamiętajcie że sądzicie po części


ani razu nie przekroczyłem opłotków historii

która do nas przyrasta jak lasy do ziemi

i zlepia ze sobą kolejne języki kronik

gorzkim nawozem milczenia


wszyscy jesteśmy jednakowo żyzni

wierzymy małym cudom na słowo zaślepienia

boimy się wulkanów pod którymi rodzimy następne pieluszki

albo ostrzymy noże żeby pokonać inne noże


lepiej popatrzcie na własne ręce

bez odpowiedzi ile ścian przesypało się przez nie


i ile jeszcze ruin podobnych do mnie

minie się z kłamstwem waszej ciekawości

zanim dokonacie odkrycia zupełnej ciszy pod ciemną płytą tlenu

zamiast milczącego śladu dławiącej przestrogi


moja wiedza kończy się w miejscu

gdzie zamiast kropki stawiam znak zapytania


/z tomu: Nie polecam nas bogom, Starogard Gdański 2010/


MOJA ARKADIA - PDF

 
wstecz
 
Top! Top!