www.mamboteam.com
 
Strona główna
sobota, 25 styczeń 2020
 
 
EDMUND ZIELIŃSKI. Opowiedział mi tata Drukuj E-mail
niedziela, 10 lipiec 2011

W długie zimowe wieczory był czas na opowieści rodzinne, wspomnienia, te z bliższej i dalszej przeszłości. Mój ojciec lubił w swoich opowieściach przytaczać przykłady skromnego zachowania czy relacji pomiędzy starszym a młodszym pokoleniem w rodzinie. Doskonale zapamiętałem kilka z nich.

Opowieść pierwsza...



W pewnym mieście żyło kilka biednych rodzin. Kiedyś w rodzinie było kilkoro lub kilkanaścioro rodzeństwa, co wiązało się z trudami wyżywienia i odziania dzieci. Zwykle posiłki były bardzo skromne, a czasem nie było ich wcale. Wtedy rodzina przymierała głodem. Dobrze, jeśli litościwi ludzie dostrzegali biedę i wspomagali skromnymi datkami czy kromką chleba. Żył w tym mieście piekarz, który codziennie wykładał kilka bochenków chleba dla biednych. Bochenki były różnej wielkości. Przychodziły dzieciaki z biednych domów i zabierały chleb. Ten litościwy piekarz zauważył, że mały Stasiu z licznej rodziny, która niedawno pochowała ojca, bierze zawsze najmniejszy bochenek chleba. Po jakimś czasie piekarz zapytał się chłopca, czemu nie bierze większego bochenka. A on odpowiedział, że pewnie są głodniejsi od niego, bo wyrywają sobie z rąk chleby większe. Następnego dnia Stasiu znów zabrał najmniejszy chlebek. Przynosi go do domu i kładzie na stole. Zgłodniała gromadka dzieciaków zebrała się wokół mamy, łapczywie zerkając na świeży pachnący chleb. Mama, staropolskim zwyczajem, wzięła nóż i na spodzie bochenka uczyniła znak krzyża świętego mówiąc; w imię Ojca i Syna i Ducha świętego amen. Kroi jedną kromkę, drugą, trzecią, a kiedy już zbliża się do środka bochenka, coś zazgrzytało pod nożem. Z chleba wypadł kawałek szczerego złota. Najpierw mama ze zdziwienia rozwarła szeroko oczy, a z ust posypały się słowa - złoto? W chlebie? To nie możliwe. To nasze? Tyle dobra, ile można kupić za to chleba, nie będziemy już głodni! Po chwili w głowie uczciwej kobiety przemówił rozsądek – przecież do chleba nie dodaje się złota. Pewnie przez przypadek znalazło się w cieście, to nie nasze, to trzeba oddać piekarzowi. Stasiu – pójdziesz do piekarza i oddasz to złoto, bo to pewnie jego. Stasiu zrobił jak mama kazała. Stanął przed ladą, wspiął się na paluszki i położył przed piekarzem grudkę złota, mówiąc, że to było w chlebie. Piekarz mile zaskoczony powiedział tak; Stasiu, widziałem jak codziennie bierzesz najmniejszy bochenek. Postanowiłem wynagrodzić ci twoje dobre serduszko i skromność, i włożyłem to złoto do chleba. Złoto należy do ciebie. A za wykazaną uczciwość przez twoją mamę, powiedz jej, że zatrudnię ją w mojej piekarni. Ja już jestem stary i ciężko mi stać za ladą. Uradowany Stasiu pobiegł czym prędzej do domu i powiedział o wszystkim mamie, oddając jej złoto. W domu zapanowała radość, że już nie będą głodni. Żyli odtąd w dostatku, dzieląc się chlebem z biedniejszymi od nich. Jaki z tego morał? A no taki, że uczciwość zawsze popłaca.


Opowiadanie drugie


Kiedyś na wsi gospodarstwa zamieszkane były przez rodziny wielopokoleniowe. Mieszkali w niej dziadkowie, ciotki, wujkowie, młode małżeństwo i dzieci. Tak było też w pewnej wsi. Mieszkali tu gospodarze bogaci, średniozamożni i ubodzy. Na skraju wioski znajdowało się gospodarstwo Macieja. Kiedy był jeszcze młody i w pełni sił z powodzeniem dawał sobie radę w gospodarowaniu, zwłaszcza, że pomagała mu żona i dorastające dzieci. Życie upływało, dzieci stali się dorosłymi. Najstarszy syn zwyczajem ojców objął po Macieju gospodarstwo, ożenił się i zaczął gospodarzyć po swojemu. Już nie potrzebne były mu rady ojca, chciał samodzielnie ze swą żoną układać sobie życie. Urodził im się synek i dali mu na imię Mikołaj. Potem przyszły na świat kolejne dzieciaczki i w domu zaczęło robić się ciasno. Siłą rzeczy Maciej z żoną zamieszkali w maleńkim pokoiku, zauważywszy, że synowa i syn traktują ich jakoś chłodno. A to kręcą się po domu i przeszkadzają, a to wtrącają się w gospodarowanie. Jak to dziadkowie, czasem doradzają ze zwykłej życzliwości, ale młodzi chcą być mądrzejsi. Radzi ze swych wnucząt, i od nich ich odtrącano. W końcu i pokoik zaczął być solą w oku synowej i syna. Smutno zrobiło się na duszy staruszkom. Nie tak wychowywali swoje dzieci, by na starość doznawać z ich strony upokorzenia. Często z cicha płakali nad swym losem. Żarliwie modlili się o zdrowie, by mogli jeszcze jakoś żyć i wzajemnie się wspierać. Mogli liczyć tylko na siebie. Zauważyli, że wnuczek Mikołaj jest dla nich miły i często ukradkiem wślizgiwał się do pokoiku dziadków, tuląc się do nich. Wtedy dziadek brał go na kolana i mówił o swojej młodości, o swoich dzieciach, opowiadał też bajki. Bywało, że Mikołaj zasypiał w życzliwych ramionach dziadka czy babci, co było największa radością dla tych styranych życiem ludzi. Zdarzało się, że do pokoju dziadków wpadała synowa, z miną na twarzy niczym burza gradowa, i wyrywała z rąk dziadków swego syna, złorzecząc do swoich teściów.

Minął rok, żona Macieja podupadła na zdrowiu i słabła coraz bardziej. Pewnie żal do syna i synowej za złe traktowanie niszczył jej serce. W końcu nie wstała już z łóżka, czując, że śmierć zbliża się wielkimi krokami. Powiedziała do Macieja, zawołaj księdza. Syn z synową jakby trochę zmiękli w swym usposobieniu do rodziców, ogarnęli mieszkanie, zmienili babci pościel, umyli ją, by broń Boże ksiądz nie pomyślał o złym traktowaniu rodziców. Po pojednaniu się Bogiem, babcia pełna świadomości, przywołała swoich bliskich do łoża śmierci, by się pożegnać. Najbardziej płakał i ściskał swoją babcię Mikołaj. Na ten widok kruszały się oziębłe serca jego rodziców. Uścisnęła swoją synową z zapewnieniem, że odchodzi z tego świata bez żalu do nich. Do syna tak rzekła. Marcinie mój synu. Został jeszcze ojciec. Zaklinam cię na wszystkie świętości, nie róbcie mu krzywdy. A ty mój Macieju módl się za moją duszę i proś Boga byśmy mogli spotkać się po śmierci. Wszyscy uklękli. Z jednej strony łóżka klęczał stary Maciej a drugiej mały Mikołaj. Każdy z nich ściskał dłoń umierającej, żeby jak najdłużej mieć przy sobie tą najbliższą im osobę. Umarła cichutko, a twarz jej jakby z lekka uśmiechnięta na wieczność zastygła.

Pogrzeb był skromny, jak skromne było życie babci Antoniny. W gospodarstwie Marcina życie potoczyło się zrazu jakby złagodzone wypowiedzią babci na łożu śmierci. Ale czas nie tylko goi rany, ale i odgrzebuje stare. Tak i tu zaczęło coś pękać we więzi rodzinnej. Samotny dziadek Maciej, tęsknił za żoną, zapominał się, coś rozlał, czegoś zapomniał, zaczął zawadzać tak synowi jak i synowej. Tylko mały Mikołaj ze smutkiem przyglądał się jak dziadek już się nie śmieje i traci swoje siły. W końcu i izdebka dziadka stała się kolejnym zarzewiem nienawiści i starego Macieja umieszczono w wygrodzonym pomieszczeniu stojącej w podwórzu obory. Dziadek znosił cierpliwie te straszne upokorzenia. Jego wyrko stało w pobliżu bydlęcego żłobu. Pomyślał – i ty Jezu w stajence leżałeś ogrzewany przez bydlątka. Przynoszono mu strawę w drewnianym talerzu, który służył jako poidełko dla drobiu. Jego derką było siano, które rano podrzucał bydlętom.

W końcu po wsi rozeszła się wieść o złym traktowaniu starego Macieja. Wyrodny syn, by ukrócić ludzkie gadanie postanowił wysłać ojca na żebry. Odział się Marcin w łachmany od lat noszone na zgarbionym grzbiecie, na ramie zawiesił worek, wziął do ręki kostur i rzekłszy Zostańcie z Bogiem! Wyszedł na gościniec. W którą iść stronę? A, gdzie oczy poniosą. Może znajdą się dobrzy ludzie, dadzą kromkę chleba czy miskę strawy. Jeszcze raz odwrócił się w stronę gospodarstwa, zrobił znak krzyża i poszedł.

Na podwórku przy płocie stał mały Mikołaj i przez szparę w sztachetach spoglądał ze łzami w oczach za oddalającym się dziadkiem. Ze złamanym sercem, biegnie przez podwórko w stronę domu. Po drodze zabiera z ziemi drewniany talerz. Na ten widok stojący w drzwiach ojciec pyta się, a dla kogo ten talerz? A dla ciebie – mówi z płaczem Mikołaj. Jak będziesz stary, spać będziesz w oborze i też w końcu wyślę cię na żebry. Tego już Marcin nie wytrzymał. Biegnie za ojcem, który skrył się już za horyzontem wiejskich pól i dostrzega w dali ojca klęczącego przy, na wpół spróchniałym, krzyżu przydrożnym. Biegnie i krzyczy ze łzami w oczach – tato wracaj, tato przebacz. Klęczał stary Maciej wsparty o sztachety płotu z głową opuszczoną na jednej z nich. Jego lico pokrywały strużki łez, a ciało powoli stygło w ramionach śmierci.


Opowiadanie trzecie

W pewnej miejscowości mieszkał człowiek, który nie gardził cudzym mieniem. Po prostu był znanym złodziejem. Kradł wszystko, a robił to w sposób bardzo sprytny, gdyż nigdy nie udało się go złapać. Niczym się w społeczeństwie nie wyróżniał, był przeciętnym obywatelem, czynnie angażował się w życie wsi, nawet chodził co niedzielę do kościoła. Ten fakt mącił w głowach mieszkańców, bo niby on kradnie, a jest w kościele przykładnym uczestnikiem mszy świętych? Tak to bywa jak mówi stare przysłowie Boga za noszki, diabła za Różki lub Bogu świeczkę diabłu ogarek.

Na swoje złodziejskie wyprawy zabierał swego synka o nieukształtowanej jeszcze świadomości. Syn stawał na czatach, a ojciec kradł – to kury, króliki czy gęsi. Przyszedł jednak czas, że syn zaczął uczęszczać na lekcje religii przygotowujące do I komunii świętej. Dowiadywał się na nich tak wiele rzeczy, o których do tej pory nie miał pojęcia. Kiedy poznawał dziesięcioro przykazań Bożych, jedno z nich szczególnie utkwiło mu w pamięci, mianowicie siódme, które mówi nie kradnij! To jak to jest, ojciec mówił, że tylko zabiera tym co mają więcej, a to przecież nazywane jest kradzieżą, a Pan Bóg zna nasze wszystkie uczynki i wszystko widzie. Tata pewnie znowu mnie weźmie na złodziejską eskapadę, co robić? Tak się też stało. Chłopiec nie miał tyle silnej woli ani odwagi powiedzieć ojcu, że to grzech. Tym razem tata upatrzył sobie krowę sąsiada. Skradają się nocą pod gospodarstwo sąsiada. Ojciec powiada do syna jak kogoś zobaczysz daj mi znać, żebyśmy nie wpadli. Ojciec oddala się na kilka kroków za węgieł stodoły, zerka na oborę, gdzie stoi upatrzona krowa. Już ma do niej wejść, wtem syn półszeptem odzywa się do taty, tato ktoś nas obserwuje. Ojciec stanął jak wryty i pyta gdzie! Syn mówi do taty Pan Bóg z nieba! Bardzo zawstydzony tata odstąpił od kradzieży. Objął swego synka, rozpłakał się i stał się naprawdę prawym człowiekiem.

1 stycznia 2011















 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!