www.mamboteam.com
 
Strona główna
poniedziałek, 17 luty 2020
 
 
SANDRA REZMER. Ballada o Rycerskiej 3 Drukuj E-mail
niedziela, 13 maj 2012

Rycerska 3. Podwórko. Pan Tadeusz mówi, że najładniejsze w mieście. A przecież ja tu mieszkam i rządzę


BALLADA O RYCERSKIEJ 3

Jestem zdziwiona stwierdzeniem pana Tadeusza, bo co tu ładnego? Dwupiętrowy budynek ma kształt litery L. Pan Tadeusz jest wszystkiego ciekawy. Chce obejrzeć piwnice. Idę po klucze do sąsiadki. Kobiety nie ma, ale sytuację ratuje pan Stephun. Parka z balkonu obserwuje, jak schodzimy do piwnicy. Zalatuje pleśnią. Nie wiadomo, czy to gotyckie cegły. Nie można ich obejrzeć, gdyż zasłaniają je graty. W drewnianej belce schodowej tkwią dziwne, na pewno bardzo stare kółka z kutego żelaza...























Rozczarowani wychodzimy. Idziemy po schodach do najstarszej osoby. Hmm… najstarszej. Przed sześćdziesiątką. Ale zaraz. Z piętra widać siedem samochodów. Najdroższy jest nasz, nissan. Przy murze, między chlewkiem a częścią domu chłopak kopie piłkę. Pukamy do mieszkania pani Maryli Podolnej. Po chwili rozmawiamy, najpierw w drzwiach.

- Czy może pani zdradzić, ile ma pani lat, pani Marylo?

- Pięćdziesiąt sześć. Ale będę długo żyła, bo moja babcia umarła w wieku 102 lat.


Patrzę na pana Tadeusza. Ile może mieć lat? Okazuje, że jest w tym samym wieku, co pani Marylka. Pchamy się do środka. Oj tam pchamy. Pani Marylka serdecznie zaprasza.

- I widzicie, jak to jest? Wystarczy uśmiech, kilka słów, konkretne wyjaśnienie, po co się przychodzi i każdy chce już opowiedzieć swoje życie. Reszta już należy do was – mówi pan Tadeusz wychodząc.


Korytarzyk jest nijaki. Wchodzimy do pokoiku i – zaskoczenie! Ładne, kolorowe ściany, wszystko gustownie urządzone i spory telewizor.


- Kochanie, mieszkam tu ooo, dwadzieścia dwa lata. Kiedyś było lepiej, gdyż ludzie mieli pracę. Z początku miałam małe dzieci. Jeździłam do rodziców. Nie mieliśmy kłopotów z sąsiadami. Po wprowadzeniu się tutaj i ja pracowałam. Potem wszystko stało się nagle. Odszedł mąż i straciłam pracę. Mieszkałam z trojgiem dzieci: Piotrem, ma dziś 33 lata, Andrzejem - 32 lata i Sylwią - 27. Piotr kilka lat temu ożenił się i wyprowadził. Andrzej wyprowadził się, gdy miał 25 lat. Powodem jego wyprowadzki byłam ja. Chciał, żebym miała lepiej w życiu. Sylwia opuściła mnie w wieku 22 lat. Nie chciała odchodzić, lecz przyjechał po nią mój teść i ją zabrał. Wielu wspaniałych mieszkańców tej kamienicy nie żyje. A w ciągu 20 lat zmarło około 40 osób. Moi rodzice? Ojciec umarł na tętniaka, a matka choruje na serce. Ma bajpasy. Jestem samotna. Mój drugi facet pięć lat temu zmarł na moich rękach. Mieliśmy się pobrać. Był dobrym człowiekiem.


Justyna robi zdjęcia.


- Jak się teraz tu pani mieszka?

- Jest o wiele gorzej. Kiedyś nie parkowano na podwórku samochodów. Można było bawić się, grać i usiąść. Teraz nie ma warunków. Było czysto, a teraz jest bałagan.

- Rozmawia pani z którymś sąsiadem?

- Tak, najwięcej rozmawiam ze Sławomirem Lichym. Dobry chłop. Bardzo mi pomaga. Utrzymuję raczej dobre stosunki z sąsiadami. Kłótnie omijam. Jacy powinni być sąsiedzi? Uczynni. Czasami powinni zapytać, co słychać, ale nie wtrącać się w nie swoje sprawy. Chwilami mnie wkurzają. Ale z reguły są dobrzy, spokojni.

- Dobrze się tu pani mieszka?

- Dobrze. Tylko nie pomyślałam o starości. Mogłam wybrać pierwsze piętro...Kiedyś ten budynek był w lepszym stanie. Teraz jest zniszczony. Miasto się nimi nie interesuje.

- Ale ma pani piękne mieszkanie. Musi pani gdzieś pracować, bo skąd ono się takie zrobiło. Ile lat pani pracowała na to wszystko?

- Pracuję przy chorej matce i dostaje za to pieniądze. Takie mieszkanie mam dzięki sponsorowi (śmiech).

- Aha. Dzięki sponsorowi... (konsternacja)

- Dzięki synowi, którego nazywam sponsorem. Mieszka i pracuje w Anglii.

- Aha, syn to sponsor. Nie tylko pani. Przecież wiem, że gdy przyjeżdża, dzieciaki z podwórka dostają słodycze.


Tu muszę zrobić zbliżenie. Andrzej, gdy przyjeżdża, najpierw idzie się rozpakować do mamy, potem, gdy wszystkie dzieciaki są już na podwórku, schodzi na dół. Dzieciaki „podlatują” do niego się przywitać. Potem Andrew (Endrju, bo tak na niego mówią) daje najstarszej osobie pieniądze i mówi: „Masz, młoda, idź coś kupić dla całego podwórka”. I wtedy zazwyczaj wszyscy idą razem do na przykład Biedronki, żeby każdy mógł coś sobie wybrać. Zwykle kupują chipsy, jakieś cukierki, wafelki i ogólnie co kto chce. Czasami się kłócą, że na coś nie wystarcza, bo ktoś inny chce coś jeszcze, a ktoś chce co innego. Gdy już sobie nakupują, wracają na podwórko i dziękują Andrzejowi.


- Widzę, że Andrzej bardzo panią kocha. Jak mu się tu mieszkało?

- Bardzo ciężko.

- Czy jedyną przyczyną jego wyjazdu była praca?

- Tak. Do wyjazdu skłoniła go bieda. Z tego podwórka sześć osób wyjechało do Anglii.

- Czy była pani kiedyś za granicą?

- Tak, u koleżanki. W Birmingham.

- Jak wygląda pani dzień?

- Wstaje o godzinie 6 rano, o 8 wychodzę na zakupy, idę do matki, wracam, siedzę potem w domu, szybko kładę się spać po swoich serialach. W święta jestem sama. Raz w tygodniu dzwoni Andrzej. Gdy puszczę strzałkę, od razu oddzwania.


Sandra Rezmer
Fot. Justyna Meyer
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!