www.mamboteam.com
 
środa, 26 luty 2020
 
 
ANDRZEJ GRZYB. Wierszyna, Mała Polska na Syberii Drukuj E-mail
wtorek, 13 sierpień 2013
Na lotnisku w Moskwie ludzkie mrowisko. Ci, którzy przylecieli z Warszawy, a chcą polecieć dalej, muszą powędrować z trzeciego piętra, wliczając parter, w dół i z parteru na trzecie piętro. Krasnojarsk nie, Czelabińsk nie, o jest wejście do bramki irkuckiej. Czeka ponad stu podróżnych. Jest w tej grupie proboszcz katedry katolickiej w Irkucku. Stoimy tuż obok siebie, ale jeszcze się nie znamy. Poznamy się jutro.















Jest już po północy. W ciżbie płacze dziecko. Budzi się co chwilę, wierci w maminym nosidełku i popłakuje. Chce spać, a tu gwar i miejsca nie ma, żeby matka z dzieckiem usiadła. W końcu ktoś ustępuje matce miejsce. Za kilkanaście minut wpuszczą nas do samolotu. Wtedy gwar ucichnie, wszyscy wygodnie się rozsiądą w wielorybim brzuchu airbusa. Ukołysze nas do niespokojnego snu miarowe mruczenie odrzutowych silników.

Pod nami coraz niżej rozpalona tysiącami światełek Moskwa. Za każdym rozjaśnionym żarówką oknem ktoś myśli o dniu, który minął, o dniach następnych, o rodzinie, o pracy. Ktoś kocha, ktoś cierpi w samotności. Ktoś dojada kolację, ktoś modli się, ktoś złorzeczy. Tak jak u Saint-Exupery’ego.

Moskwa zdaje się nie mieć końca. Dzielnice znikają za obramowaniem samolotowego okienka i pojawią się następne. Kolejnymi ulicami i domami rozjarzonymi pełgającym światłem. Samolot zatacza półokrąg wchodząc na wyznaczony pułap i kurs.

W spopielałej czerni nieba po lewej rozpala się brzask nowego dnia. Gonimy czas, gonimy dzień, ten, który rodzi się przed nami. Lecimy na Wschód, na Syberię. Kapitan przywitał się, przedstawił załogę i zamilkł. Pod nami, dziesięć kilometrów niżej, w mroku świecą prze chwilę w perspektywie samolotowego okienka miasta i wioski. Tysiące światełek, kilkanaście i kilka. Może to Niżnyj Nowogorod, może ta ledwo widoczna szeroka wstęga pośród szarej zieleni to Wołga, a tam poniżej i powyżej chmur wystają cienie Uralu.

Rozpoczyna się nasza syberyjska opowieść. Historia podróży, którą będzie można, kiedy ją spiszę, oskarżyć o brak obiektywności. Tak, będzie to moja opowieść, oczywiście subiektywna. Podróżuję z Grzegorzem, więc mogłyby powstać dwie opowieści, z całą pewnością inne, bowiem nie ma dwóch identycznych opowieści o tych samych zdarzeniach. Gdyby ktoś trzeci zunifikował nasze opowieści, powstałaby trzecia historia o tej samej podróży, też tylko pozornie obiektywna. Tak dumam, nim zapiszę choćby słowo więcej.

Po chwili, która trwa w ciszy mąconej pomrukiwaniem odrzutowych silników, po chwili, która trwa może godzinę, otrząsnąwszy się z półsnu, widzę szarozielone przestrzenie Syberii. Wypatruję pod nami śladów ludzkiego brania w posiadanie. Prostej, nienaturalnie prostej linii drogi, wycinki pod linię energetyczną, prostokątów, patchworkowych figur wszelkiego rodzaju uprawnych pól i leśnych wyrębów. Niewiele tego. Obramowanie okna wypełnia pokarbowana, spopielała, wątła szarość tajgi. Terytoria Północne Kanady miały zdecydowanie inny odcień. Były rudoszare, szarość syberyjskiej tajgi wyraźnie podszyta jest zielenią.


1

W dole przepływają jedne z większych rzek świata Ob z Irtyszem, a dalej przed Wyżyną Środkowo-Syberyjską Jenisej. Wydaje się, że całe połacie tajgi to jedno wielkie topielisko. Szarozielony dywan błyszczy szaroniebieskim światłem wszechobecnej wody. Bagna i rozlewiska. Dalej większe i mniejsze pogórza i góry. Tu rzeki meandrują. Widać jak w esach-floresach wyprzedzają swój bieg. Zawracają. Kluczą. Opływają wzgórza, by wrócić na naturalny kurs i wlać się do którejś rzeki-matki. Niektóre z tych dopływów, te większe, tworzą przy ujściu fiordy. Tak to z góry, tak to przynajmniej z perspektywy niebieskiej, ale ludzkiej wygląda.

Już w Irkucku Grzegorz opowiada, jak onegdaj spotkał rosyjskiego Polaka, który spytał, skąd jest.

- Z Polski, z Lublina.

- A Lublin to pod Gdańskiem. Kiedyś byłem.

No tak, pięćset kilometrów to nie odległość. Na Syberii tysiąc kilometrów to nie odległość. Samolotem można pokonać ją w godzinę. Samochodem, jeśli jest przyzwoita droga, w ciągu jednego dnia. A jeśli drogi są polno-leśne, to powiedzmy w trzy dni. Jeśli drogi nie ma to w tydzień albo trzy. Zawsze to raczej okolica niż gdzieś daleko.

Ktoś z boku dorzuca: mówi się, że Syberię w XIX wieku zdobyli Kozacy, a ucywilizowali Polacy. Nie tylko, choć głównie popowstaniowi zesłańcy i katorżnicy. Prawda, ale czy do końca? Na początku XX wieku w ramach projektu Stołypina zasiedlono Syberię Rosjanami, Białorusinami, Ukraińcami i Polakami.

Podniebną drogę przelecieliśmy do Moskwy i teraz dalej lecimy do Irkucka. Razem około osiem tysięcy kilometrów. Do Pacyfiku zostanie jeszcze kilka. Zależy, jak podróżować, z grubsza około cztery tysiące, a może pięć. Jemy kolację, jak przystało dwudziestopierwszowiecznym wygodnisiom, w, no tak, hotelu Marriott w centrum Irkucka. Oczywiście tylko potrawy miejscowe. Wybieram rybę na desce cedrowej (sik, może będący odmianą europejskiej siei), Grzegorz inną rybę, bajkalskiego omuła. Prócz czarnej herbaty, jak najbardziej międzynarodowej, bo pochodzącej z Chin, pijemy wpierw wódkę bajkalską, a później syberyjską, bo tak zalecają pomorscy rybacy, żeby ryba nie pomyślała, że kot ją pożera. Ryby smakowicie przyrządzone, choć kucharz z wyglądu raczej jest Chińczykiem. Ilu jest Chińczyków w Irkucku, tego nikt nie wie, Mają niedaleko, a są liczni i ruchliwi, wszędobylscy, pracowici i cierpliwi.


2


3

Krótkie spotkanie z księdzem biskupem katolickiej diecezji irkuckiej Cyrylem Klimowiczem, sięgającej do Pacyfiku z Kamczatką włącznie. Obszar trzydzieści i trzy razy większy od terytorium Polski. Wiernych około pięćdziesiąt tysięcy. Odwiedzamy katedrę. Potem kawa i ciasto. Miła rozmowa, choć same kłopoty. Katedralny dach przecieka w trzynastu miejscach, fundamenty kruszą się, tyki odpadają. Wiadomo, warunki atmosferyczne i teren aktywny sejsmicznie. A władza raz przyjazna trochę grosza sypnie, a innym razem pokaże figę. Lecz kto powiedział, że zawsze ma być łatwo i przyjemnie. Trzeba służyć Bogu i ludziom, mówi biskup Cyryl. Jutro Wierszyna i w stulecie msza w polskim, drewnianym kościółku. Pojutrze Bajkał.


* * *

Nim słońce wstało, ja wstałem. Przechwałka albo dolegliwość wieku przejrzałego. Raczej drugie niż pierwsze.

Jedziemy do Wierszyny. Przez nadbajkalski, górzysty Sajan Wschodni. Wsie tu porządniejsze niż między Nowogrodem Wielkim a Moskwą. Po pierwsze, Moskwa nie odessała ludzi, a po drugie, lud tutejszy, syberyjski zahartowany historią, mrozem i upałami, potrafiący radzić sobie na przekór wszelkim trudnościom. Rosjanie i Buriaci przywykli do srogich warunków, tak czy owak, jakoś prosperują. Pól uprawnych wcale niemało, rozwinięta hodowla i gospodarka związana z leśnymi ostępami.

Domy malowane, typowe rosyjskie, drewniane, ogrodzone, z charakterystycznymi wrotami. Wprawdzie tu i ówdzie widać, że gospodarze wymarli lub porzucili swoje sadyby, ale tuż obok odnawia się budynki i ogrodzenia. Na niektórych między rzeźbionymi okiennicami satelitarne talerze. Może i część odnowionych domów, przynajmniej w pobliżu mniejszych i większych od Irkucka miast, to dacze, ale tych miejscowych, zamieszkałych z dziada pradziada, zdaje się być więcej.

W Wierszynie, małej Polsce na Syberii, jubileusz stulecia parafii i kościoła. Wita nas niebieski baner po polsku i rosyjsku. Przed małym drewnianym kościółkiem, niedawno odnowionym, a właściwie cały czas odnawianym, jubileuszowa krzątanina.

Najpierw jednak droga. Sto kilkadziesiąt kilometrów z Irkucka do Wierszyny. Wpierw asfalt, potem asfalt miejscami zanikający i w końcu prawdziwie syberyjski gruntowy trakt. Rudogliniasta, szeroka, wielokoleinowa droga. Na szczęście nie pada, więc w miarę przejezdna. Widoki bajeczne. Jeśli chcesz pewnie dojechać, to powinieneś mieć starego uaza, no, niech będzie zdezelowana Łada czy Żiguli albo samochód terenowy typu Land Rover, radzą nadbajkalscy mieszkańcy. Na odcinku, gdzie asfalt zanika, zabieramy dwie polskie dziewczyny. Studentki. Z uaza Buriatów, który jechał w przeciwnym kierunku, przesiadają się do nas. Proszą o podwiezienie do Wierszyny, bo chcą zdążyć na mszę w stulecie kościoła. Buriaci kombinowali, żeby im pomóc. Najprostsze okazało się zatrzymanie naszego samochodu i przesiadka. Kierunek właściwy, no i towarzystwo niewątpliwe bardziej swojskie, choć dziewczyny szczerze chwalą dobre chęci Buriatów. Gdzieś tam chcieli ich dowieźć, potem przesadzić do innego uaza i być może zdążyliby na początek albo na amen jubileuszu. Ich koledzy i koleżanka też jadą, ale się rozłączyli. W ogóle to jadą z Polski od maja; pociągami, stopem i jak się da. Z Wierszyny po uroczystości chcą przez Gruzję i Turcję (może Afganistan albo Osetię) wrócić do kraju. Mój Boże, to niepohamowany młodzieńczy optymizm. Podróżują i kropka. Wierzą, że jest bezpiecznie, że dotrą do domów bez szwanku. Nam włosy jeżą się na głowie, a one szczebioczą, że jedyną wadą jest to, że na okrągło jedzą pasztety w puszkach i makaron. Świat jest piękny, pełen miejsc, w których jeszcze nie były, szalenie ciekawy, wart obejrzenia, wart trudu podróży. Mają telefony i amerykańskie „jest dobrze”, pięknie i jutro ruszają dalej. Studiują archeologię. Opowiadają o cennych starożytnych przedmiotach, które można tu bez fatygi kupić na targowisku. W tajdze na biwakach do ogniska częściej przychodzą świstaki niż ludzie. Nie, wilków i niedźwiedzi nie widziały. Owszem, słyszały, że ktoś kogoś tu czasem zabije, tak jak to zdarzyło się tysiąc kilometrów w głąb Syberii z rosyjską rodziną, zarąbaną siekierą tylko dlatego, żeby pasterz mógł się przejechać ich samochodem. Przedwczoraj pływały w Bajkale, ale krótko, bo woda zimna. Jutro ich tutaj już nie będzie. No, może odpoczną jeden dzień, bo warto u Polonusów dobrze zjeść i trochę się oprać, ale najważniejsza jest droga, więc nie będą marudzić. Przecież wiele tysięcy kilometrów przed nimi. Słucham i chcąc, nie chcąc, wierzę własnym uszom. Mówią szczerze, uśmiechają się. Jak dwa razy dwa jest cztery, tak jak mówią, zrobią. Świat stoi przed tymi chuchrami otworem i nie zamierzają świata zawieść. Pójdą i tak czy siak, sprawdzą naocznie, czy świat końca nie ma, a nie ma, bo Ziemia jest okrągła i każdy koniec jest też początkiem.




4



5

6

Rozpoczyna się jubileuszowa msza. Wokół kościoła p.w. świętego Stanisława Biskupa i Męczennika spory tłumek. Są wierszynianie i sąsiedzi z dwóch wsi. Polscy Rosjanie. Trzecie, czwarte pokolenie tych, którzy w 1910 roku, zaproszeni przez cara, obdarzeni ziemią (do wykarczowania) i kilkuset rublami na zagospodarowanie tu na Syberii, sto trzydzieści kilometrów od Irkucka osiedlili się. Przybyli tu z okolic Dąbrowy Górniczej. Kiedy mówią po polsku, bo język ojczysty zachowali, słychać gwarę śląską. Witają gości ze Słupska, Gorzowa, Kielc i Warszawy. Jest wyprawa rowerowa studentów, która w maju wyruszyła z Polski, żeby dojechać do Wierszyny na początku lipca, na jubileuszową mszę. Zakonnicy i księża z Polski i hierarchowie diecezji irkuckiej. Jest Nuncjusz Apostolski abp. I. Jurkovicz, i emerytowany arcybiskup J.P. Lenga, były ordynariusz diecezji w Karagandzie, i oczywiście biskup diecezjalny irkucki Cyryl Klimowicz. W ubogacanym wciąż kościele wpierw święcone są nowe witraże ofiarowane przez wiernych. W koncelebrze prowadzonej przez arcybiskupa bierze też udział ojciec Karol Lipiński, proboszcz parafii wierszyńskiej, jak się okazuje, obchodzący tego właśnie dnia urodziny. Nastrój podniosły. Powaga i radość. Liturgia w języku polskim i rosyjskim.



7



8



9

Spora grupka sióstr zakonnych ustawia dzieci i dorosłych czytających lekcje i posługujących przy ołtarzu. Nuncjusz apostolski wygłasza kazanie. Przypomina historię, drogę tych, którzy tu z Polski przyszli i dzielą los z Rosjanami i Buriatami. Niosę do ołtarza kielich mszalny, dar Senatu RP dla kościoła i parafii. Rowerzyści kładą na ołtarzu uszkodzony kask koleżanki, która zjeżdżając ze stromizny, miała ciężki wypadek. Leży w szpitalu, ale już, na szczęście, odzyskała przytomność. Proboszcz katedry irkuckiej ogłasza, że komunia święta będzie dzisiaj wydawana z podarowanego przez polski Senat kielicha. Każdy niesie, co ma. Dzieci polne kwiaty i świece. Słupszczanie stułę. Mężczyzna za mną szczerozłote wotywne serce. Młodzież rzeźbiony zegar, ojciec oblat, organizator wyprawy rowerowej z Polski, relikwię księdza Popiełuszki. Dwoje młodych z grypy rowerzystów złożyło na ołtarzu swoje srebrne obrączki ślubne. Pojutrze tu wezmą ślub kościelny. Obiecują, że wrócą do wierszyniańskiego kościoła za kilka lat z dziećmi, aby odebrać ten symboliczny depozyt miłości. Są filmowcy i dziennikarze. Pozdrowienia dla wiernych przekazuje ksiądz arcybiskup i biskup Cyryl. Uroczysta, jubileuszowa, bo w stulecie kościoła, msza dobiega końca. Ojciec Karol i przedstawicielka Polonii wierszyńskiej zapraszają wpierw do wspólnego zdjęcia, a potem do Domu Polskiego, gdzie będzie obiad i jubileuszowych uroczystości ciąg dalszy. Po wspólnym zdjęciu osobno na małej ławeczce siadają wierszynianie. Robię zdjęcie. W obiektyw świątecznie spoglądają: Walentyna Mitrenga, Antoni Niedbała - najstarszy mieszkaniec Wierszyny, obok niego wnuczka Karolina Kowalenko, Piotr Danilenko, Zinaida Danilenko, ich córka Anastasija Danilenko, Irena Krysa, Antonina Soja, Zenona Niedbała, Sabina Niedbała, bracia Figurowie.




10



11



12



13



14

Dom Polski jest kilkaset metrów dalej. Pani Galina Janaszek, dumnie nosząca śląski strój ludowy, współorganizatorka dzisiejszych uroczystości, na skróty przez podwórze szkoły prowadzi mnie do Domu Polskiego. Budynek Domu Polskiego drewniany, wrota szerokie z małą furtą, kuchnia letnia, stodoła, amfiteatr. W głębi odnowione domy pierwszych polskich wierszynian. Skansen z żurawiem. Z inscenizowanej opowieści, przedstawionej po obiedzie, wynika, że na początku dwudziestego wieku Polacy, którzy tu przybyli, wpierw za radą Buriatów zbudowali sobie ziemianki, żeby przetrwać pierwszą syberyjską zimę. Bo mimo że to południowa, bajkalska część Syberii, to mróz tu bywa czterdziestokilkustopniowy, a śnieg leży do połowy maja. Warunki surowe, ale ziemia urodzajna. Pola i tajga nakarmią, jeśli się wie, co i jak trzeba robić, to można tu przeżyć.


15



16



17



18

W inscenizacji przypomina się budowę kościoła, a potem jego obronę przed nadgorliwymi komunistami, którzy zamknęli kościół i chcieli go zniszczyć. Kilkoro wierszynian za obronę kościoła w 1937 roku było więzionych. Mężczyzn z tej grupy dręczono niekończącymi się przesłuchaniami, a potem rozstrzelano i pogrzebano pod Irkuckiem. Nie ma ich na tutejszym cmentarzu. W inscenizacji bierze udział ojciec Karol i dawny nauczyciel z tutejszej szkoły, Buriat, który przybył tu po wojnie, jak mówią – z wojska, i znalazł sobie tu żonę. Widać, że Polacy i Rosjanie szanują tego człowieka, że on, tym, co robił, kiedy uczył, zasłużył sobie na szacunek i wdzięczność.


Na widowni goście, hierarchowie katoliccy i wierszynianie, młodzi starzy. Są też przedstawiciele władz obwodu, powiatu i gminy. Są polscy senatorowie i polski konsul generalny z Irkucka, który jest przedstawicielem rządu polskiego na obszarze równym irkuckiej diecezji.




19



20



21

Podczas mszy ojciec proboszcz irkuckiej katedry wspomniał, że niedawno tu w Wierszynie ochrzczono siedemnaścioro młodych ludzi, więcej niż przez ostatnich kilkanaście lat.


Młodzi tańczą, śpiewają, mówią wiersze, po polsku i po rosyjsku. Jest też zespół pieśni i tańca z okolic Dąbrowy Górniczej i trochę poezji śpiewanej z Krakowa, jest rosyjski zespół ludowy w pięknych zielonozłotych strojach.


Przemawia biskup Cyryl, potem przedstawiciel obwodu i rejonu, a także polski konsul generalny z Irkucka Marek Zieliński i goście z Polski. Wszyscy gratulują, dziękują Bogu i ludziom, przekazują podarki dla kościoła, parafii i szkoły. Najlepiej, jak to przeważnie bywa, bawią się dzieci. Swawolą, bo przecież to prawdziwie wyjątkowe święto.


Mówię, że przyjechałem z Borów Tucholskich, z Pomorza, spod Gdańska, Starogardu i Pelplina. Jeden z księży wspomina zmarłego biskupa pelplińskiego Szlagę. Inny pyta, czy znam księdza prałata Cieniewicza. Znam, tak, uczył mnie w Czarnej Wodzie religii jako wikariusz łąski, a teraz jest proboszczem dużej parafii w Tczewie. O, tak, tak, znamy się z prałatem Cieniewiczem, długie lata znamy się, proszę pozdrowić. I widzisz, jaki ten świat mały – mówi jeden z zakonników.


Wierszynianie są uśmiechnięci, gościnni i słusznie dumni. To przede wszystkim ich święto. To miejscowi, tu wspominani w przemówieniach i obecni na amfiteatralnej widowni pokonali trudności. Żyjąc tu, dali prawdziwie dobre świadectwo wiary i polskości. Dali, nie, dają nadal. Cieszą się prawnukami, którzy mówią po polsku. Zachowali mowę i wiarę przodków, a łatwo nie było. Mówią o swoich losach prosto i szczerze. Mają świadomość zasług przodków i są dumni, że nieraz, na przekór losowi, radzą sobie, żyją, jak Pan Bóg przykazał.


Spotkanie dobiega końca, a wciąż przybywają nowi goście. Autobusami, samochodami osobowymi. Z Polski i sąsiednich wsi. Już przy pożegnaniu przedstawiciele towarzystwa regionalnego z Dąbrowy Górniczej przekazują ojcu Karolowi piękny krzyż procesyjny poświęcony przez biskupa katowickiego. Kolejny, niezbędny w misyjnej pracy, dar. Ojciec Karol bierze krzyż w ręce i mówi, że pierwsza procesja będzie zaraz. Zaprowadzi ten krzyż z wiernymi i darczyńcami do kościoła. Jak mówi, tak robi.


Jeden z wierszynian opowiada o innym krzyżu. Tym, który jest na sporej górze łupkowej, tuż-tuż za opłotkami Wierszyny. Kilka lat temu zimą przyjechał tu Amerykanin. Turysta, taki światowy łazik, obieżyświat. Mieszkał kilka dni w Wierszynie, rozmawiał, podziwiał, że tu zachowano katolicką wiarę i obroniono kościół, a teraz myśli się o jego odnowieniu i nim wyjechał, jakby dziękując za gościnę, skonstruował spory drewniany krzyż. Nie bacząc na trzaskający mróz, poszedł na łupkowy szczyt górujący nad wsią i tam go zatknął. Któryś z miejscowych niedowiarków poszedł wiosną sprawdzić i przekonał się, że ten krzyż tam jest.


Żegnamy się, lecz nim wyjedziemy, przystajemy na wierszyniańskim cmentarzu. Kilkaset metrów za wsią na stoku pagórka pochowano pierwszych osadników, a dzisiaj grzebie się ich synów i córki. Prawosławne krzyże na nagrobkach i katolickie krzyże. Są też mogiły bez krzyża. Polskie, rosyjskie i buriackie. Razem żyli i obok siebie spoczywają na tym cmentarzu. Z nagrobnego zdjęcia spogląda Buriat, a nazwisko jego Nowak. We wspólnym grobie pod zmurszałym drewnianym krzyżem spoczywają Antonina Mitręga (1888-1967) i Stanisław Mitręga (1879-1931), na innym grobie nazwisko Mitręga powtarza się, dalej w brzozach Jan Pietrzyk syn Tomasza, obok Tomasza Pietrzyka i krok dalej Helena Pietrzyk, i dalej Jadwiga Myczko z domu Ślusarczyk (1872-1946), i Wacława Strokosz z domu Myczko (1901-1934), i Kaleta, i Olszak. Matki i ojcowie. Synowie, córki, kuzyni, ciotki, wujowie. Na krzyżach i nagrobkach nazwiska, daty i pożegnania w polskim i rosyjskim języku. Groby stuletnie prawie i nowe, takie, na których nie zwiędły jeszcze kwiaty w pogrzebowych wieńcach.




22



23

Wracamy do Irkucka. Rozmawiamy o udanym jubileuszu, uroczystym, niezwykłym. O serdeczności gospodarzy. O tym, co potrzebują. Nie wodociągu, a studni głębinowych. Nie hotelu a przysposobienia choćby kilku pokoi noclegowych w Domu Polskim. Nie luksusu a rzeczy koniecznych, prostych, praktycznych. O, choćby od roku nie mają nauczyciela języka polskiego w szkole, a chcą mieć, bo dzieci sporo, mówią, jak mówi się w domu, a powinni nauczyć się pisać, czytać, no i mówić lepiej po polsku, bo przecież te dzieci będą kontynuować polskość swoich przodków. Powinny wiedzieć o historii i kulturze dalekiego ojczystego kraju. Są polskimi Rosjanami, a może rosyjskimi Polakami, jak nie powiedzieć, maja polskie korzenie.


- Czyż nie warto o to dbać? Warto, - mówi wierszynianka - na co dzień i od święta. Dlatego dobrze, że tu w gości przyjechało na jubileusz tylu Polaków. Niektórzy z nas jeżdżą do Polski i wracają, bo tu jest nasze miejsce, nasza Mała Polska, syberyjska, nadbajkalska, nasza Mała Polska. - Uśmiecha się. - Pamiętajcie o nas – dodaje – tak, jak my o Polsce pamiętamy.


Między Wierszyną a Irkuckiem drogę przebiega świstak, choć pewien nie jestem, jak tu nazywają tę ziemną wiewiórkę. Kiedy pokazał się drugi, wysiadam i robię szybkobiegaczowi zdjęcie. Trzeci wpadł pod koła. Kierowca mruknął: - No i gdzie się tak spieszył?


***


Nad syberyjskim sądem arbitrażowym krąży stado jerzyków. Przyleciały tu z dalekich, ciepłych stron, żeby zbudować gniazda, wykarmić pisklęta i odlecieć jesienią gdzieś w południowe strony. Może do Azji Mniejszej, może do Chin, Indii albo Afryki. Ci krzykliwi ptasi podróżnicy nie znają granic. Całe ich życie to podniebna podróż, przysiadają tylko na chwilę, nieporadnie, w locie za to są królami ptasiego życia. Nim rankiem ożywa irkucka ulica, słychać ich wyraźny, ostry, podniebny krzyk. Budzą ze snu miasto.


Po śniadaniu, a jakże, szwedzkim, spotkanie z panem Ignacym, polskim przedsiębiorcą, który wybudował hotel na bajkalskiej wyspie Olchon i tam osiadł. Przez wiele lat prowadził w Irkucku firmę, najpierw meblarską, potem budowlaną. Teraz zwolnił tempo, lecz żeby całkiem nie leniuchować, wybudował hotel i kamping na surowej, lecz pięknej bajkalskiej wyspie. Ta wyspa, jak mówi, daje moc. Nawet bez szamana można jej doznać.


Mówi o mocy kamieni, o sile cedru. O tajemniczej wiedzy szamanów. Czuję tą moc, tą siłę. Ma ją w sobie. Jego łysiejącą głowę okrywają kruczoczarne włosy. Jest młodszy, silniejszy. Miraż. Może to moje zmęczenia. Może moc kamieni i cedru z Olchonu. Może magia jego opowieści. Po chwili jeszcze raz widzę go o wiele młodszego, gotowego przenosić góry i wyrywać dęby. Kto to zrozumie, kto wytłumaczy? Szaman czy fizyk kwantowy.

Ruszamy nad jezioro Bajkał do Listwianki położonej tuż przy wypływie rzeki Angary z tego słodkowodnego syberyjskiego morza. Trzeba zobaczyć tę perłę o wciąż niedocenionym potencjale turystycznym. Mimo coraz większej otwartości Rosji. Główny powód tego niedocenienia jest jak najbardziej naturalny – odległość, ale ta przecież skurczyła się dzięki samolotom.




24



25

Jedziemy drogą wzdłuż Angary. Zatrzymujemy się w miejscu pamięci, gdzie w latach trzydziestych rozstrzelano i grzebano domniemanych wrogów ludu z Irkucka i nadbajkalskich okolic. Dla NKWD wystarczał nieostrożny żart, donos, żeby po długich przesłuchaniach i torturach rozstrzelać. Na polanie opisano kilka zbiorowych mogił. Długich na 14,7 m lub na 8,7 m, głębokich na około 5 metrów. Stajemy przy pomniku, składamy wiązankę białoczerwonych kwiatów ku pamięci wszystkich tu spoczywających, a szczególnie Polaków w części bezimiennych i tych, którzy za obronę kościoła i inne „wrogie” sowieckiej ojczyźnie czyny zostali tu przywiezieni z Wierszyny i zamordowani. Na końcu placu pomnik-ściana pamięci. Zdjęcia i nazwiska, a między nimi płytka z nazwiskiem Andrzeja Olechowicza, Polaka urodzonego w roku 1884, rozstrzelanego 4 września 1938. Na płytce niżej dodana data 1937. Imienne tabliczki mają tylko ci, których udało się zidentyfikować, i ci, o których pamięć upomnieli się bliscy. Na szczycie ściany pamięci ktoś farbą o kolorze skrzepłej krwi napisał dwa słowa „Za szto”?


Kilkaset metrów dalej trawiasty stok, za którym rozpoczyna się podejście do pasa lotniska irkuckiego. W dali widać rozlewiska Angary i zamglone, górzysto-leśne, niezmierzone przestrzenie Syberii, a może nawet Chiny.


Droga prosta, szeroka i gładka. Pod górę i w dół. Las i rzeczki. W dolinach tajga, na wyżynach tundra. Mniejsze i większe dopływy Angary, wypływającej z Bajkału. Do Bajkału, mieszczącego jedną piątą słodkiej wody na naszej planecie, wpływa 336 rzek. W szerokich przełomach rzeczek torfowiska porośnięte karłowatym, na poły martwym lasem. Drogi ni dróżki tu nie ma. Dziewicze ostępy. Królestwo nadbajkalskiego jelenia, łosia, niedźwiedzia i wilka.


Dawniej w europejskich lasach królował dąb, w opowieściach ludowych mocarny, długowieczny, twardy. W lasach nadbajkalskich taką role pełni cedr, służący na wiele sposobów tutejszym ludom. Z niego robi się sprzęty codziennego użytku. Cedr ogrzeje, a jak trzeba, to i nakarmi.


Stajemy przy wypływie Angary z Bajkału, syberyjskiego słodkowodnego morza, największego zbiornika wody na Ziemi ze średnią głębokością ponad 700 metrów, ktorego największa zmierzona głębokość to 1642 metry. Trzeba zrobić zdjęcie Kamienia Szamana. Oczywiście. Żeby doznać mocy tego kamienia, trzeba na nim stanąć. Na drugim brzegu widać port. Statki handlowe, turystyczne i kutry. Pogoda słoneczna, czyste, błękitne niebo. Bajkał o wodach czystych jak łza mieni się błękitami i szafirami. Do Kamienia Szamana podpływa łódź motorowa, ktoś nieporadnie wdrapuje się na śródrzeczny głaz.


Być na Syberii, w Irkucku i nie zobaczyć Bajkału to tak, jakby być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. Wjeżdżamy do Listwianki. Bajkał po prawej, lesiste góry po lewej. Hotele, domy wypoczynkowe, domy mieszkańców miasteczka, fokarium, muzeum przyrody z akwariami. Przystań żeglugi przybrzeżnej, targowisko i stoiska z pamiątkami. Schodzę stokiem i betonowymi schodkami nad kamienisty bajkalski brzeg. Idę, wymijając plażujące rodziny. Dzieci układają kamienne piramidki. Plażują tu nie tylko turyści ze 130 narodów zamieszkujących nadbajkalską Syberię. Przyglądam się rysom twarzy, próbuję odgadnąć narodowość. To Buriaci, to Ewenkowie, to Rosjanie, ale zdaje się, że mijają mnie też Tatarzy, Mongołowie, Kirgizi. Słyszę nieznane mi języki, ale też angielski, niemiecki i oczywiście rosyjski. Dochodzę do maleńkiego pomostu, przy którym są dwie łódki motorowe, większa i mniejsza. Pytam „kapitana”, czy można wypłynąć. - Tak – odpowiada. – Małą łodzią za osiemset, dużą za tysiąc rubli. Wracam po Grzegorza i płyniemy. W lewo do dwóch małych zatoczek. Kapitan radzi w prawo do ujścia i Kamienia Szamana. W końcu poddaje się. Zgadza się popłynąć wzdłuż brzegu, ale do drugiej zatoczki to będzie tysiąc rubli, nie osiemset. Targuje się, a właściwie stawia warunki już kilkadziesiąt metrów na wodzie. Cóż, ma przewagę. Płyniemy. Widoki bajkalskie są bez przesady prawdziwie baśniowe. Krystaliczna woda i zielonoszare, kamieniste stoki gór. Na szczycie jednej z nich biała wieża, jak wyjaśnia „kapitan”, obserwatorium astronomiczne. W drugiej zatoczce niespodzianka. Grzegorz dostrzega wystająca z wody głowę nerpy, słodkowodnej foki. To niespotykana tu rzadkość, wyjaśnia „kapitan”, na Olchonie i dalej w północnej części Bajkału to codzienność, ale tu…? Jest druga na otwartej wodzie i trzecia. Szczególny, szczęśliwy traf, coś, czego z pewnością nie doznalibyśmy na szamańskim kamieniu, nawet gdybyśmy na nim siedzieli godzinę albo i cały dzień. „Kapitan” poprawia czapkę i drapie się za uchem. No, myślę, kombinuje, jakby tu z nas wycisnąć jeszcze z dwieście rubli, bo przypadek rzadki, a łódź jego. On nas tu przywiózł, więc należy się… . Coś kazało mu jednak nie przesadzać. Nerpy, które mieliśmy szczęście zobaczyć, to przedstawicielki bogatej fauny Bajkału. Roślin i zwierząt, małych i dużych, tylko tu żyjących endemitów naliczono kilkaset. Gdybym miał wędkę, to złowiłbym choćby jedną bajkalską rybę. Trudno, poczekam do sierpnia na wielkie dorsze z Morza Północnego. Wróciliśmy do przystani. „Kapitan” kasuje, pomocnicy cumują łódź. „Kapitan” z innym pomocnikiem siadają do przerwanej gry w …, no właśnie, skrzynka drewniana, plansza, dwóch siedzących mandarynów, po bokach w półzamkniętych łuzach brązowe guziki, dwie małe białe kości z czarnymi oczkami, którymi gracze, rzucając, ustalają pierwszeństwo i wartość ruchu.


Wdrapujemy się na górę. W czeremsze ruch, kolejna niespodzianka, czarna wiewiórka. Bajkalska, choć widziałem takie w parku uniwersyteckim w kanadyjskim Windsorze.


Wracamy do fokarium. Zamknięte, bo jest poniedziałek. Muzeum przyrody otwarte. Idę w akwariach z bliska zobaczyć żywe nerpy. Po drodze w części geologicznej popiersia Dybowskiego i Czekanowskiego, którzy badali Bajkał i okolice. Wypchany niedźwiedź stoi przed muzeum, w części zwierzęcej za popiersiami prezentowany jest orzeł, ryś, wilk i rosomak, którego kiedyś widziałem w innym muzeum w północnej Norwegii. Nie ma sobola, którego skórami handlowano na Syberii dawniej na sporą skalę. W akwariach pływają prawie wszystkie bajkalskie ryby. Na końcu w połączonych dwóch akwariach pływają dwie nerpy. Zdjęcia tylko bez lampy błyskowej. To informacja dla amatorów. Ci, którzy coś tam wiedzą o fotografowaniu i tak nie użyją lampy błyskowej, bo w części światło odbije się od szkła i zdjęcie będzie marne.


Grzegorz wrócił na przystań opodal targowiska, by sprawdzić warunki głębinowego nurkowania oferowane przez tutejsze centrum podwodnych wypraw.


Stajemy jeszcze przy targowisku. Ryb wędzonych mnóstwo, szaszłyki, truskawki, prażone nasiona cedrowe. Koszulki, czapki, kamienie półszlachetne, wyroby z drewna cedrowego. Syberyjskiego, bajkalskiego cedru, o którym niektórzy mówią, że tak naprawdę cedrem nie jest. Kupuję szamankę z rybą z bajkalskiego marmuru i instrument do gry, podobny do tego, który można zobaczyć w amerykańskich filmach z „dzikiego zachodu”, gdzie preriowy pastuch, trzymając zębami rozdwojony i sprężynujący kamerton, wygrywa na nim monotonne melodie. Na Syberii, okazuje się, też ten muzyczny instrument znano. Może zresztą do dzikiej Ameryki kowbojskich czasów trafił on właśnie z syberyjskiej tajgi.


Kupuję też aromatyczne ziołowe herbaty, które, jeśli wierzyć opisowi, leczą praktycznie wszystko. I któż by pomyślał, że panaceum znane jest na Syberii od dawna. Nie żeń-szeń a magiczne herbaty, mam nadzieję, kupując, że bez wyciągu z woreczka żółciowego niedźwiedzia, czy suszonego tygrysiego napletka, czy proszku z rogów jeleniowatych.


Wracamy napełnieni urokliwymi bajkalskimi krajobrazami. Może kiedyś jeszcze tu wrócimy, bo niewątpliwie warto, jak to powiedział Grzegorz, oczywiście dobrowolnie, bo przecież Polakom Syberia kojarzy się jako miejsce katorgi, zesłań karnych nie tylko po powstaniach listopadowym i styczniowym, jako kraina ekstremalnych mrozów, przestrzeni nie do przebycia, gdzie niedźwiedzie i tygrysy karmią się wędrowcami. Ponoć zimą w skąpym świetle słońca czy księżyca bajkalski lód upodabnia się do drogocennych kamieni – taki jest czysty i przeźroczysty. Żeby to zobaczyć, trzeba tu przyjechać w grudniu, kiedy nad Bajkałem mróz doskwiera siarczysty, czterdziestokilkustopniowy, i wiatr, i śnieg, a wtedy powietrze suche tu, zwodnicze, można niepostrzeżenie odmrozić niebezpiecznie ręce czy twarz. Syberia to nie jest najlepsze miejsce do życia, ale żyje tu od zawsze wiele narodów. Potrafią sobie radzić. Tajga ich karmi i odziewa. Potrafią w tej tajdze, w górzystych i leśnych ostępach znaleźć swoje szczęście.

Byłem na Syberii. Cztery dni. Beczki soli nie zjadłem. Tajgi, gór nadbajkalskich i syberyjskich klimatów ledwo liznąłem.


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!