www.mamboteam.com
 
Strona główna
sobota, 22 luty 2020
 
 
ANTONI CHYŁA. Wspomnienia Józefa Jurczyka z młodych lat Drukuj E-mail
piątek, 25 październik 2013
Spotkanie z osobą, która tak dokładnie pamięta szczegóły z dawnych lat, to niesamowita gratka. Będąc u siostrzeńca Fabiana rozmawialiśmy o tym, czy jeszcze jest możliwość spotkania osób, które pamiętają okres przedwojenny. Fabian stwierdził, że jego dziadek Józef Jurczyk lubi wspominać te czasy i jak będzie w Skórczu, to umożliwi mi z nim kontakt. Pewnej niedzieli otrzymałem telefon od siostry Magdy, że mogę przyjść. Skorzystałem z tej okazji i popłynęły wspomnienia.

 

W 1938 roku pan Józef z bratem Bernardem odwoził z Grabowa Kościerskiego Wojsko polskie do Lubichowa. Żołnierze ci przyjechali do Grabowa z Gdyni ze Święta Morza. Sołtys musiał załatwić konie, gdyż oni mieli tylko kuchnię i tabor bez koni. Dwie pary mocnych koni z majątku zostały przez sołtysa zadysponowane dla potrzeb wojska. Brat zaprzągł konie do kuchni, natomiast Józef do wozu taborowego, gdzie wagi przy nich były na stałe. Z żołnierzami pojechali do Lubichowa. Tam odprzęgli konie i wracali do domu, z tym, że jeszcze w Lubichowie kupili ser do jedzenia, natomiast dla koni nic nie mieli. Żołnierze zaś wracali do Grudziądza i konie do dalszej podróży miała dać wieś Lubichowo. We wsi Boże Pole zatrzymali się, aby nakarmić konie, które nie dostały żadnej karmy - bali się, że nie dojadą. Zaczęli rwać z pola słodki łubin i dawać koniom. Naszedł właściciel tego pola. Jak mu wytłumaczyli, że wracają z Lubichowa, gdyż przewozili żołnierzy polskich - nic nie powiedział. W tym samym dniu, jadąc na koniach, które miały tylko półszorki (uprząż konia), powrócili do domu. Józef w tym czasie miał 18 lat, a Bernard 16 - byli „knapami”. Bernard zginął w Holandii w czasie walk w składzie dywizji generała Maczka.

Józefa pamięta, jak to w okresie przedwojennym niektórzy z mieszkańców szmuglowali przez granicę z Wolnego Miasta Gdańsk drożdże, bibułki do papierosów i straż graniczna ganiała ich po polach. Sam również niekiedy przewoził paczki, kiedy jechał z mlekiem, lecz matka prosiła go, aby odmówił, gdyż mogą go skontrolować i będzie miał nieprzyjemności.

Z młodszym bratem Teodorem jechali również końmi do Pelplina po dzwony do kościoła grabowskiego, które Niemcy zabrali do przetopienia. Konie w tym czasie miał ojciec dobre - pochodziły z darów unrowskich. Wóz był na żelaznych kołach, z tym że do przewozu dzwonów musiał być inaczej przygotowany. Miał belki, konstrukcję metalową tak, aby dzwony się podczas jazdy nie przesuwały. Rano już byli przy katedrze pelplińskiej, gdzie było pełno dzwonów, z tym że każdy już miał wyszukane dzwony. Ich dzwony miały nazwę „Julianna” i „Jan”. Załadowali je i udali się w drogę powrotną. Nocowali w Kocborowie koło Starogardu u krewnego Niemczyka, który był kowalem w gospodarstwie. Rano ruszyli dalej w drogę. Józef uważa, że ten transport nie był taki łatwy, ale się udało!

W konie z Grabowa jeździł do Gdyni, Starogardu, Tczewa. Były to znaczne odległości. Wspomina, jak w okresie wojny, gdy pracował u obszarnika na majątku, a ojciec był gorzelanym, to beczki z surówką były z Wielkiego Klincza transportowane do Starogardu, lecz z powrotem już nie przychodziły. W tym czasie były duże opady śniegu i obszarnik powiedział, że Józef z Niemcem Lerkiem (który pracował na tym majątku długo, bo do 1942 roku, a później wzięli go wojska; był wyznania ewangelickiego), pojadą po beczki do Starogardu. Na noc pojechali do Kokoszkowych, a rano udali się do Starogardu. Tu w monopolu załadowali beczki - każdy po osiem metalowych beczek o pojemności 200 litrów z obręczami i nakrętką metalową na klucz czworokątny z otworami na plombę, którą zakładano jak były pełne. Beczki miały napisy nazwy gorzelni. Powrócili do Kokoszkowych, gdzie Lerke mówił do Józefa, że da litr surówki z tych beczek. Józef odpowiedział, że on jest młody i jego to nie interesuje, a poza tym ojciec jest gorzelanym i spirytus jest w domu. Beczki te w Kokoszkowach były zdjęte i dokładnie opróżnione i ponownie załadowane na wozy. Tam w Kokoszkowych dostali dobrą kolację, a konie obrok. Był to kawał drogi do przejechania wozami, które były bardzo duże. Koła przy nich były dużych rozmiarów tak, że jedna osoba nie była w stanie wsadzić na oś koło - musiały być dwie osoby. W sumie to koło ważyło tyle jak koło traktora. Były przypadki, że do wozu zaprzęgało się cztery konie.

Takim zaprzęgiem powoził Józef do Turzy koło Tczewa, gdy przeprowadzał się polny policjant, który był na tym majątku. Na tym wozie były meble, dzieci, cały dobytek tego policjanta. Powrócił wieczorem tego samego dnia i uważa, że razem to mogło być gdzieś około 160 kilometrów. Jechał do Skarszew, później na Bączek. Jeździł również do młyna. Pamięta, że przed wojną gospodarzył na tak zwanej domenie rządca Polak z Malar koło Pogódek przed Skarszewami. W okupację gospodarzyli tam Niemcy, a on był na majątku w Grabowie, gdzie wziął go Niemiec Hantz Schnee obszarnik. To z jego polecenia jechał do młyna, gdyż zawsze mówił: „Józef, ty najlepiej wiesz, kto co ma dostać ten ospa (produkt powstający przy wyrobie mąki ze zboża), ten mąka pszenna. Drudzy to pokiełbaszą, a ty to zrobisz najlepiej”. Po przyjeździe do młyna musiał sam znieść zboże z wozu jak i ponosić mąkę. Były to worki bardzo ciężkie i dziwi się Józef, że nie przewrócił się z nimi chodząc po drabinach i wchodząc na wóz. W tym czasie w młynie pracowały same kobiety. Na wóz ładował 50 worków po centnarze (50 kg) i następnie rozwoził po domach. Gdy młyn w Rekownicy był nieczynny, kazali mu jechać saniami - tak zwanymi „psami” (sanie dwuczłonowe, na które nakładano skrzynie z wozu) - do Dalmana w Skarszewach. Dziś nie może powiedzieć, czy to był młyn wodny, czy elektryczny. Chyba elektryczny. Józef nie dostał karty prawa poruszania się po godzinie 19ej. Kiedy wracał z tego młyna około godziny 21ej, na skrzyżowaniu w Nowej Karczmie na drodze na motocyklach stali esesmani, którzy go zatrzymali: „Halt!” i zażądali „Passierschein” - karty prawa się poruszania po godzinie 19-ej. Odpowiedział, że nie posiada takiej karty. Wtedy jeden z Niemców powiedział, że biorą go do knajpy. Był pewien, że zaczną go tam bić. Wtedy pomyślał, że trzeba spróbować uciec końmi. W tym to czasie miał zaprzęgnięte trzy konie i był pewien, że te pójdą galopem, a Niemcy na motocyklach nie dadzą rady go gonić, bo było dużo śniegu. Konie poszły galopem. Ależ one szły! Niemcy próbowali dogonić go, ale ze względu na śnieg nie dali rady i zaczęli strzelać w jego kierunku. On w tym czasie schował się za worki i był pewien, że przez mąkę pociski nie przejdą. Konie te uratowały go z opresji i dojechał bez dalszych przygód do domu.

Z Niemcami trzeba było uważać nie było żartów. W Szponie był taki Ciesielski Dominik taki sam rocznik co Józef – 1920. Byli razem przyjęci do Komunii. Pracował u Niemca bambra i w niedzielę chciał iść do domu w odwiedziny - mieszkał w Rekownicy na Pustkowiu, jego rodzice mieli wiatrak. Na tym skrzyżowaniu, jak się jedzie na Szpon, stało trzech gestapowców. Gdy Dominik wyszedł z „byszongu”, to na ich widok zaczął uciekać. Niemcy wołali: „Halt!” i zaczęli strzelać. Dominik zginął na miejscu.

Sam wybuch II wojny światowej dla Józefa kojarzy się z opuszczeniem wsi Grabowo przez służby mundurowe, gdyż do granicy były tylko 4 kilometry. Ojciec o godzinie 12ej powiedział, że brat i bratowa, którzy pracowali na poczcie, wyjechali z celnikami samochodami. W sumie zostali tylko rolnicy i pracownicy, którzy pracowali na roli. Brat zaproponował, aby zabrać Niemcowi po parze koni z wozami i za Wisłą będą zarabiać wożąc drzewo. Każdy z nich tak zrobił. Na wozy siadły również inne rodziny i wyjechali za wieś. Tam zobaczyli, że ludzie prowadzą krowy i postanowili zawrócić, aby zabrać choć jedną krowę - a mieli ich trzy. Matka stwierdziła, że muszą mieć mleko na najmłodszej siostry, która miała roczek. Zawrócili do majątku. Spotkał ich właściciel Niemiec Jan Lepszyński (zmienił nazwisko podczas okupacji na Hantz Schnnee), który zwrócił się tymi słowami do ojca: „Ty, stary żołnierz, byłeś na wojnie i uciekasz?! W gorzelni są dobre piwnice i mogłeś do piwnicy się schronić”. Ojciec odpowiedział, że nie wiadomo co by ci hitlerowcy zrobili. Józef przypomina sobie, że tydzień przed wybuchem wojny, jak ojciec stał na podwórku, to przybyła drużyna kawalerzystów w polskich mundurach. W dłoniach mieli szable i pytali, czy Niemców nie widać. Ojciec mówił później, że to byli Niemcy przebrani w polskie mundury, gdyż ich później widział w niemieckich mundurach. W tym czasie pamięta polską obronę narodową, która miała karabiny. Poruszali się na rowerach.

Na jego brata Niemcy też pilnowali i by go zabili, gdyż brat w szkole pobił niemieckiego chłopaka, a o tym to dobrze pamiętali. Berger majster przyszedł do ojca i ojciec okazał mu niemieckie dokumenty z wojny, gdyż był żołnierzem 175 pułk piechoty w Grudziądzu i walczył przez cztery lata na froncie - dwa lata w Rosji i dwa lata we Francji. W Rosji odniósł rany i był przetransportowany do szpitala wojskowego w Gniewie, gdzie przebywał około pół roku. Po wyleczeniu, skierowany na front w Francji, z pola ognia ewakuował niemieckiego oficera, obszarnika ze Śląska, i ten chciał go wynagrodzić, lecz nie przyjął jego propozycji. W wojsku polskim był żołnierzem 55 pułku piechoty w Toruniu.

W czasie okupacji każdy, kto skończył 14 lat, musiał iść do roboty. U jego wujka Franciszka Drywy w Pogódkach ukrywały się osoby i mama go zapytała, czy nie pojechałby im zawieźć bieliznę. Wyraził zgodę. Worek z rzeczami przymocował do bagażnika i pojechał do Pogódek. W Nowej Karczmie został zatrzymany przez patrol policji. Pytali go, co wiezie w worku. Odpowiedział, że stare skarpety. Kazali mu wysypać z worka. Zaczął go odpinać, rozwiązał go i gdy chciał wysypać zawartość worka, jeden z policjantów powiedział: „Po co mu każesz wysypywać te stare lumpy rano w niedziele i będzie je musiał zbierać?” Kazał mu zawiązać worek. Do Pogódek dojechał bez przeszkód. Jak u ciotki wysypał zawartość worka, to oprócz bielizny w tym skarpet wyleciały cztery pistolety. Na ich widok się spocił. Ciotka spytała się: „Co ty?”. Powiedział jej, że w Nowej Karczmie kontrolowali go policjanci i miał wysypać zawartość worka, lecz jeden z policjantów powstrzymał go. Gdyby wysypał, to by tu nie był. O tym fakcie dowiedzieli się sąsiedzi po wojnie i to się „nie liczyło”. Do mamy powiedział, aby nie ufała koleżankom, bo można stracić życie. Jak chcą, to niech same sobie wożą. Brat i kuzyn uciekli. Józef musiał pozostać, gdyż obawiał się, że mogą matkę i ojca zabić.

Józef pamięta, jak brał udział w polowaniach. Przed wojną niemiecki obszarnik Jan Lepszyński z Grabowa, jak wrócił ze szkoły, pytał go, czy pójdzie z nim na polowanie. Oczywiście nie odmówił. Pamięta, że Niemiec dał mu siatkę do zabitych kuropatw, gdzie mieściło się około 20 sztuk. Chodzili po polach, gdzie rosły ziemniaki, buraki i brukiew. Niemiec miał dwa psy, które okładały pola, z tym że jak natrafiły na kuropatwy, to robiły stójkę. Dopiero na komendę „naprzód” wyciskały kuropatwy, które wzbijały się w powietrze. Obszarnik strzelał śrutem celnie - spadało po cztery, pięć i nawet sześć kuropatw. Józef nie podnosił wszystkich kuropatw. Pamiętał, gdzie upadły pod drzewem i po nie przychodził wieczorem, dlatego też rodzina znała smak kuropatw. Pamięta również polowania takie główne - na zające, które odbywało się zawsze 16 grudnia - w dniu urodzin żony obszarnika Lepszyńskiego i przyjeżdżało około 40 myśliwych. W tym byli właściciele ziemscy z Będomina i Lubania i oni przybywali pojazdami konnymi przystosowanymi do przewozu myśliwych. Na jednym z polowań, gdzie powoził końmi, to padły: 2 dziki, 160 zajęcy i 20 lisów. Obszarnik Lepszyński był zawsze królem polowania. Większość myśliwych posiadała drylingi. Naganiacze byli rozwożeni wozami, gdzie cztery konie ciągnęły jeden wóz. Myśliwi poruszali się wozami lżejszymi, gdzie ciągnęły dwa konie i na tym wozie siedziało w sumie tylko pięciu myśliwych plus woźnica. W takim polowaniu brało udział około 250 naganiaczy, którzy posiadali kołatki do wypłaszania zwierzyny. Na koniec polowania w dworze odbywał się bal. Właściciel Grabowa Lepszyński jeździł na polowania do nadleśniczego do Tucholi, który był szwagrem księdza Tynki z Grabowa, który nie cierpiał hitlerowców.

Dalsze wspomnienia Józefa w innej gawędzie być może uda mi się uzyskać zdjęcia z tamtego okresu.

Skórcz dnia 19.10.2013rok Antoni


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!