www.mamboteam.com
 
Strona główna
czwartek, 24 wrzesień 2020
 
 
TADEUSZ MAJEWSKI. Z misją do Manchesteru - 1 Drukuj E-mail
poniedziałek, 25 listopad 2013
Późny wieczór. Wychodzimy z terminalu. Przez moment czuję słodkawo-mdlący zapach jak w Budapeszcie w latach osiemdziesiątych – zapachowy bukiet stygnących bazarów, metra, tramwajowych torowisk, setek tysięcy aut, ogólnie jednak spalin – zapach jak przedsenny oddech miejskiego molocha. Ot, takie nostalgiczne wspomnienie organu powonienia.

Podjeżdża taksówka. Drobniutki kierowca z wielkim wąsem, Pakistańczyk, w wyrazie twarzy i tonie głosu uosobienie absolutnej dobrotliwości, pomaga wrzucić bagaże, zamyka drzwi i rusza. To ciapaty.. - mówi żartem Ana. I uparcie nie chce powtórzyć wyrazu, żebym zapamiętał, bo to podobnie rasistowskie. Wkurzam się. - Co w tym naszym tu szeleszczącym od jesiennych liści języku może być rasistowskiego. Przesadzasz, Ana. Ale to jej nie przekonuje.

Miasto już zamarło, ale jest dobrze oświetlone. Wyjeżdżamy z Manchesteru, jedziemy przez Stockport, dojeżdżamy do Hezel Grove. Piętrowy domek, bliźniak. Wchodzimy cichutko, na palcach, pielęgniarki głęboko śpią. Jedna z nich miała dziś, a raczej już wczoraj, duży problem. Złamała serce jakiemuś staruszkowi.

- Breakhart. Nie Braveheart, a Breakhart – żartuję szeptem.

Ana się denerwuje.

- To nie jest zabawne, proszę pana.

- Sorry, mam angielskie poczucie humoru.

Czuję, że jej nie polubię.













No dobrze. Wiem. Dla nich taka sytuacja to jednak bardzo poważna sprawa. Na ogół przyjeżdża zaniepokojona rodzina i pyta, co i jak. I w tych ich ośrodkach pusz (niżej wyjaśnię, co to pusz) zdarza się to często. Mężczyzna dajmy na to po osiemdziesiątce zakochuje się w pielęgniarce i bezkrytycznie dostrzega wzajemność w jej oczach. A potem wpada w depresję.

- Wszystko tu już mają, tylko ten towar jest deficytowy – zauważa dziewczyn.

Hm, towar deficytowy, miłość, uczucie. Ale to chyba z upływem lat. Bywają czasami historie strasznie smutne i dramatyczne. Dziewczyna z rok temu opowiadała, jak trafiło do nich starsze małżeństwo. Oboje, ogólnie  mówiąc, chorzy na Altzheimera. Przez prawie całe życie byli  razem, a teraz oboje nie pamiętają, kim dla siebie są. Metaforycznie. Biegli, biegli razem, przez cały czas się wspierając, przez każdą chwilę życia trzymając się za ręce, a tu na finiszu, właściwie  już na mecie przystanęli i patrzą na siebie z niemym zapytaniem - kim jesteś, obcy człowieku? 

Idę do ogródka. Ciepły, wilgotny wiatr dotyka drewnianych deseczek dwumetrowego ogrodzenia. Są wsunięte poziomo w betonowe wsporniki o profilu litery H. Dotykając betonu wydają dźwięk jak bambusowe rurki zawieszone u nas przy drzwiach wejściowych. Ogródek jest maleńki, z budką na podstawowe narzędzia, trawnikiem i wąską dróżką wysypaną jasnym w świetle księżyca gryzem. Drzwi, jak każde tutaj, zamykają się porządnie.Wszystkie wejścia są bezpośrednio do domu, żadnych wiatrołapów.

Dzień drugi. Na śniadanie fasola, tłuste parówki, jajka na bekonie. Na chlebie, podgrzanym w tosterze, masło topnieje, zamienia się w tłuszcz. Chleb trzeba podgrzewać, gdyż bez podgrzania rozsypuje się w palcach.

Tym razem towarzyszy nam Iza. Jak się w tym dniu okaże, niespecjalnie rozmowna.






























Około dziewiątej idziemy asfaltowym chodnikiem na autobus. Asfalt jest porowaty. Siedzą w nim spore, zielone kamyki być może serpentynitu, odróżniające go kolorem od jezdni. Zapewne ulicę i chodnik budowano niedawno i za jednym zamachem, a krawężnik był jakby listwą do wypoziomowania chodnika. Dlatego wszystko pasuje do siebie idealnie, choć całość sprawia wrażenie dzieła wykonanego dość swobodnie. W wilgotnym powietrzu lśnią liście krzewów podobne do magnolii.

Piętrowy autobus, mający tu koniec i początek linii, czeka na pierwszych pasażerów. Kierowca dopala papierosa, wsiada i niespiesznie rusza. Porzucone na siedzeniach potargane bezpłatne "Metro" wskazuje, że ze dwie godziny temu jacyś ludzie być może tłumnie jechali do swojej pracy. Myślę sobie, że to porzucone "Metro" w autobusie w Anglii, w pewnym jeszcze sensie w imperium świata, jest – chyba jak już wszędzie – oznaką końca epoki kultury papieru.

Z pierwszego siedzenia prawie pustego piętra lepiej się obserwuje trasę. Ciągnące się wzdłuż ulicy szeregowe domy z brązowej cegły, pokryte prostokątnymi, płaskimi, ceramicznymi dachówkami, z charakterystycznymi oknami w wykuszach, sklepy, szkoły, obiekty sportowe, z rzadka kościoły, puby w czarno-białych budynkach w stylu wiktoriańskim. Kolory są soczyste. Czerń, często w reklamach skojarzona ze złotem liter, karmin, żółty i ciemnozielony. W tej akurat dzielnicy czarne są nawet wszystkie słupy lamp i inne ozdobne konstrukcje z żelaza. Auta na oko o przeciętnej wieku 5 lat jadą spokojnie według rytmu sygnalizacji świetlnej i strzałek na asfalcie. I to wystarczy, prawie nie ma pionowych znaków.

- To jest dość bogata dzielnica – mówi Iza. - Te bogate, pusz, leżą na obrzeżach.

I rzeczywiście, widać, że dość bogata. Często zamiast szeregowców stoją domy pojedyncze i – przeważnie – bliźniaki, ale z placykami od frontu, zamkniętymi umownymi murkami i ciekawymi kompozycjami krzewów. Ładniejsze są tu też drzwi, każde inne, ornamentowane, obowiązkowo z witrażykiem, w mocnym kolorze.

Teraz jest dzielnica biedniejsza. Targ. Wysiadamy. Murzyni - pardon Afro..., Arabowie, Hindusi, panie w burkach, niektóre jedynie z wycięciem na oczy w nakryciu głowy i, co wygląda zabawnie, w trampkach. Targ różnych strojów, kolorów skóry, a poza tym - jak u nas.

Blisko centrum Stockport stoi monumentalny wiadukt z połowy XIX wieku. Ma bodajże 28 przęseł i w całości zbudowano go z cegieł. U jego jakby podnóża znajdujemy polski sklep. Jest beznadziejnie zaopatrzony, a sprzedawczyni, brunetka o regularnej, z jaskrawo-czerwonymi wargami wygląda jak polska wersja Barbie. Orzeł w koronie w witrynie sklepu w tym obskurnym właściwie zaułku, w cieniu wiaduktu, wygląda żałośnie.

Im bliżej centrum Manchesteru, tym więcej piętrowych autobusów. Jadą już nawet jeden za drugim. Niektóre z nich z napędem hybrydowym emitujące o ponad 30 procent mniej CO2. Autobusy mają tu zresztą, w tej części aglomeracji, wydzielony pas. Na ulicy po drugiej stronie widać z pół kilometra sfrezowanego asfaltu, ale to nie przeszkadza w jeździe. Estetyczne barierki z plastiku, używane do odgradzania miejsc wyłączonych z ruchu – przygotowane chyba do ustawienia - są też czerwone. Nieliczni robotnicy w pomarańczowych kombinezonach z poutykanymi narzędziami w licznych kieszeniach wyglądają jak żołnierze do zadań specjalnych.

Zabudowa centrum Manchesteru jest bezładna. Trudno zresztą o ład, jeżeli to stosunkowo niedawno i burzliwie rozkwitłe miasto. Wielopiętrowe wieże z cegły z XIX wieku źle korespondują z elewacjami współczesnych wieżowców.

Na placu w centrum - Piccadilly (przy największej stacji kolejowej w Anglii) przy fontannie na ogół spacerują i siedzą Afro i Arabowie. Może to przez porę dnia – południe. Biali zapewne siedzą w pracy. Dostojnie pręży się wypucowany Wellington, wręcz smukły w porównaniu z królową Wiktorią, rozpartą jak monstrualna ropucha na wielkim brązowym tronie. I nic sobie nie robi z jej majestatu gołąb siedzący na jej głowie. Więc to Ty, Wielka Pani, władczyni jednej trzeciej świata, cesarzowo Indii. Co jednak dla mnie najważniejsze - wzmianka w Wikipedii, że zniosła podatki na cegłę i szkło w połowie XIX wieku. To posunięcie spowodowało wielki boom budowlany, dotyczący nie tylko warstw majętnych, ale i robotników. Dzięki Wiktorii proletariat zamieszkał z czasem, ale jeszcze w XIX wieku, w skanalizowanych domkach z elektrycznością i ciepłą wodą.

W obszernej restauracji jednak sami Biali.

- Izo, jak mam powiedzieć. Biali? Czy to będzie rasistowskie?

Dziewczyna wzrusza z pogardą ramionami.

Przy wejściu do restauracji jakiś zespół w maskach Minotaurów gra rytmiczne angielskie melodie. Rozbawienie budzi nie tylko napis przed pieskiem - pluszakiem "(...) nie karm mojego psa", ale i to, że od czasu do czasu podchodzi ktoś z tłumu i występuje jako solista lub pomagając soliście. Świetny, iście Presleyowy wokal ma na przykład biały karzełek, a po nim gospelowy Afro w niebieskim płaszczu, który po dłuższej walce ze swoim onieśmieleniem wreszcie staje przy mikrofonie.


































Wyjeżdżamy bezpłatnym (?) autobusem z ciasnej zabudowy centrum i jedziemy na stadion. Po drodze rozbawia mnie nazwa knajpy - Stara Małpa. No tak, ale czy to nie jest obraźliwe?

Old Traford to dzielnica, w której stoi stadion Manchesteru United. Wysiadamy od strony Sir Alexa Fergusona, od strony, gdzie wystawiono mu pomnik. Stadion, oprócz swojej podstawowej funkcji, miejsca kopania piłki, mieści też świetnie urządzone muzeum klubu. Tu można posłuchać Sir Alexa, który stoi za wielką szybą przy biurku z pilotem w ręku, włącza ekran, analizuje akcje i patrzy na ciebie. Hologram słynnego trenera jest doskonały. Na zakończenie prezentacji wychodzi, ale po kilku sekundach, w sam raz, by widzowie nie zdążyli się rozejść, wraca, rzuca kilka słów, bierze notatnik, którego nie wziął przez roztargnienie, jeszcze raz mówi do widzenia i już znika na dobre. W sali z tablicą pamiątkową z nazwiskami zawodników wśród piłkarzy spoza Wysp jest jeden Polak – Tomasz Kuszczak. Jak różnie to bywa – u nas "wpuszczak", a tu go z czcią wygrawerowano.

W sali konferencyjnej wyjmuję legitymację PRESS - "Dziennik Bałtycki". Sir Alex już podobno przybył. Siadamy w fotelach i czekamy. Różni ludzie, korespondenci z całego świata, choć – sądząc po wcześniejszych entuzjastycznych reakcjach na donośne (ależ ci Anglicy mają silne glosy!) wypowiedzi przewodnika na temat MU – najwięcej Brytyjczyków. Po chwili rozczarowanie. Jest, ale film. Nie, jednak jest – Sir Alex! Ekran wędruje do góry i widać go w całej okazałości. Więc zbiegam, wraz z kilkoma innymi, żeby z jak najbliższej odległości zrobić mu zdjęcie. I już stoję - metr od Sir Alexa Fergusona. Stop! Wyjaśniają mi, że można nawet obok niego usiąść, ba, poklepać go po plecach, potargać po włosach, tylko – proszę spojrzeć wyżej za siebie. Na statywie stoi profesjonalny aparat, za aparatem zawodowy fotograf, zrobi zdjęcie, jednak to, proszę pana, kosztuje. A Ferguson rzecz jasna jest z wosku. Labiryntem korytarzy i pomieszczeń zmierzamy w centralne miejsce stadionu. Taki spacer po stalowo-betonowych bebechach kolosa uświadamia, jak wielkim wyzwaniem jest jego utrzymanie i organizacja spotkań piłkarskich. Wreszcie jesteśmy – w miejscu, gdzie podczas spotkań piłkarskich koncentrują się stresy wszystkich stresów. Robię zdjęcia i po chwili siedzę w loży. Cóż to jednak znaczy, jeżeli na murawie kręcą się tylko nieliczni konserwatorzy, a pod jedną z bramek naświetlają chyba trawę, bo znalazła się już w cieniu. Wycieczka kończy się oczywiście w sklepie sportowym MU.

Od stadionu idziemy czerwonym asfaltem, gdyż taki kolor mają tutaj kamyki wtopione w ulicę. Wchodzimy w leżącą przy obiekcie uliczkę domków postwiktoriańskich. Jak wszędzie na takich uliczkach jest cicho i spokojnie. Idziemy chodnikiem po prawej stronie. Jakiś Hindus w średnim wieku, przechodzi z lewej strony i pyta, czy nie zabłądziliśmy i w czym mógłby pomóc. Taka tu na każdym kroku uprzejmość i życzliwość.

Jedziemy do Hezel Grove. Jest wieczór. Blisko centrum Stockport, gdzie wyfrezowano z pół kilometra jednej strony jezdni, stoją w pasie między nimi trzy walce i w kilku miejscach stożki z suchym asfaltem. Ciekawe, kiedy zrobią? Przecież nie w nocy.

W domu na Hezel Grove pielęgniarki już śpią. W ciszy wymierzam krokami metraż. Wychodzi mi 8 na 5 metrów parter. Drugie tyle - trzy sypialnie i łazienka góry. Wyłączając schody z 70 metrów kwadratowych. Być może jest to metraż większości.

Jak u nas, w latach siedemdziesiątych, M-ileśtam. Tu domek dla każdego, u nas mieszkanie.

Za wcześnie jeszcze na sen, więc idziemy z Aną zagrać w piłkarzyki do pobliskiego pubu Rising Sun. Angielskie puby znam z angielskich filmów – przyćmione, gwarne, brudne, pełne dymu papierosów. A tu zaskoczenie. Jasno, że prześwietliłby szklankę, czyściutko, sporo ludzi i skupienie – na kilku telewizyjnych ekranach akurat transmitują mecze Ligi Mistrzów. Gramy z Aną w chłopki i pijemy cienkie procentowo angielskie piwo. Niestety, stół jest źle wypoziomowany, co wypacza wynik. Po skończonych meczach muzyka, a po niej quiz. Powiedz, jaka jest największa planeta w układzie słonecznym? - pyta prowadzący.

Idziemy w dzielnicę pusz.

- Ana, wiesz, w naszych stronach znalazłem 7 hektarów pięknej ziemi rolniczej przy berlince (to taka szosa kiedyś Berlin – Królwiec – tłumaczę), pod miejscowością Miradowo – mówię. - Zebrałoby się siedem albo z czternaście młodych osób, skrzyknęłoby się na Fb i zaczęliby budować osiedle bungalowów. Lepsze niż tu. Nie chcecie wracać?

Dziewczyna kręci głową.

- Patrz, pan patrzy, patrz, nie wiem,. jak mówić.

- Mów mi ty.

- Patrz, tu jest pusz – mówi. - Właściwie to jeszcze nie pusz. Pusz jest za miastem. Ale te domki już są dość bogate... A ziemia, którą znalazłeś, ile kosztuje? Przecież działka w mieście to z 70 tysięcy złotych.

- Pisałem reportaż o osiedlu Abisynia w mieście, w którym mieszkam, w Starogardzie. Miasto dawało w 1935 roku działki za symboliczną złotówkę. Może...

Milknę, bo na co właściwe ma być ten przykład? Że napisałem i teraz ktoś z włodarzy to powtórzy? A dlaczego nie?

- Słuchaj. Skrzykniecie się, przyjedziecie - mówię z entuzjazmem. - Niekoniecznie przecież w te moje strony. Na przykład na Mazury. Piękne są. Pójdziecie do jakiegoś burmistrza i powiecie, że WRÓCICIE Z ANGLII, JAK WAM ZAPEWNI DZIAŁKI, MOŻE NAWET MIESZKANIA.

- Idiota - syczy Ana.

Domki, pojedyncze, śliczne, śpią. Przed każdym jakby śnią się same sobie lśniące nowe modele aut z najwyższej u nas półki. Ogrodzeń nie ma, monitoringu też. Szkoda, że nie wziąłem na ten spacer aparatu.

Przed snem rozmyślam o trzech milionach mieszkań. Fakt, w wielkiej płycie, ale jaki to był czas. No i nie mieliśmy królowej Wiktorii. O trzech milionach mieszkań wybudowanych w okresie Edwarda Gierka. Już w półśnie widzę wielki pomnik z brązu – króla Edwarda I, jedynego króla, który jednak coś zostawił. W tym śnie pojawia się mały człowieczek - Szołochow. Robi się coraz większy, staje się sterowcem i mówi baloniastymi ustami "Głupi człowiek, to głupie sny".

Śmieję się z siebie we śnie. Chcesz cukierka, idź do Gierka.


Część 2 będzie o Chester (to miasto pokazuje część zdjęć)

















































































PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 2
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!