www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 03 kwiecień 2020
 
 
POMERANIA - CZERWIEC Drukuj E-mail
piątek, 30 maj 2008
Czerwcowy numer „Pomeranii” ukaże się 30 maja br.




2. Listy

3. Sławomir Kościelak, Katolicy w protestanckim Gdańsku XVI–XVIII wieku

W wyniku zwycięskiego na terenie Gdańska przebiegu reformacji, katolicyzm nad Motławą spadł z pozycji wyznania panującego jeszcze w początkach XVI stulecia do rangi religii zaledwie tolerowanej. Według szacunków Jana Baszanowskiego, katolicy gdańscy w 1631 roku stanowili 5,9 proc. ogółu mieszkańców, czyli około 3700 osób w tym najludniejszym wówczas mieście Rzeczpospolitej. Wprawdzie pod koniec XVIII wieku liczba ta wzrosła do około 8500 (23,1 proc.), ale w dalszym ciągu sytuacja prawna miejscowych katolików pozostawiała wiele do życzenia. Głównym ich problemem – i to na przestrzeni niemal całego badanego okresu – było nieposiadanie liczących się w mieście elit, które potrafiłyby reprezentować swoje poglądy na forum publicznym. (więcej w „Pomeranii”)

7. Paweł Bartosik, Kalwini znów w Gdańsku

Reformacja, która dotarła do Gdańska w latach dwudziestych XVI wieku, radykalnie odmieniła oblicze wyznaniowe tego miasta. Stąd, mówiąc o historii kalwinizmu, trudno nie wspomnieć o nadmotławskim grodzie, odegrał on bowiem ważną rolę w dziejach rodzimego protestantyzmu. Był miejscem osiedlania się wielu reformowanych Francuzów, Szkotów, Flamandów oraz Niemców, znajdujących tu swobodę wyznaniową. W XVII wieku aż 94 proc. gdańszczan stanowili – biorąc łącznie – luteranie i kalwini. (więcej w „Pomeranii”)

8. Helena Szabanowicz, Przemiany społeczności Tatarów gdańskich

Rysą szczególną wyznawanej przez Tatarów polskich religii jest łączenie tradycji islamskiej z tatarską. W sytuacji wspomnianej grupy, żyjącej w diasporze, jest to zjawisko normalne.
Tradycyjny obszar osadnictwa tatarskiego w przedwojennej Polsce skupiał się przede wszystkim w granicach województw nowogródzkiego, wileńskiego i białostockiego. Liczbę tej populacji przed wybuchem II wojny światowej oceniano na 5-6 tysięcy. W wyniku zmian granic, część społeczności tatarskiej przeniosła się na tzw. Ziemie Odzyskane, stąd jej obecność odnotowano m.in. w: Gorzowie Wielkopolskim, Wrocławiu, Koszalinie, Trzciance, Poznaniu, Elblągu, Szczecinie i Gdańsku.
W Gdańsku polscy Tatarzy zorganizowali się nieformalnie już w 1948 roku, by wspólnie celebrować święta religijne. Przez następne dwie dekady religia była główną płaszczyzną integracji tej mniejszości. (więcej w „Pomeranii”)

11. Krzysztof Ulanowski, Exodus żydowski z Wolnego Miasta Gdańska

Słowo „exodus” funkcjonuje w zbiorowej świadomości chrześcijańskiej dzięki Biblii i jest powszechnie łączone z przymusowym wyjściem Izraelitów z Egiptu. Wielu kojarzy się ono z ucieczką, której rezultatem była odzyskana wolność. W przypadku Żydów gdańskich w okresie przedwojennym sytuacja wyglądała podobnie – oni również uciekali przed prześladowaniami i śmiercią, a jednocześnie poszukiwali nowej ojczyzny.
Exodus żydowski w Wolnym Mieście Gdańsku (WMG) był rozciągnięty w czasie. Rozpoczął się w 1933 roku, kiedy hitlerowska NSDAP wygrała wybory do gdańskiego Senatu, obejmując tym samym władzę w mieście, a trwał bez większych przerw do roku 1940. Jednak Żydzi gdańscy znajdowali się w innej sytuacji niż ich współbracia w Niemczech czy w Polsce (po wrześniu 1939 r.). (więcej w „Pomeranii”)

15. Kazimierz Ostrowski, Czyny pożyteczne (felieton)

W telewizji widziałem niedawno krótki, acz entuzjastyczny, reportaż o tym, że mieszkańcy dwóch miejscowości skrzyknęli się i utwardzili tłuczniem łączącą je drogę o długości coś około 800 m. Materiał i maszyny dostarczyła gmina, ludzie natomiast bohatersko machali łopatami, bo im błoto i wyrwy przez lata mocno dojadły. Taki zapał trzeba, rzecz jasna, pochwalić i polecić do naśladowania, bo wykonali robotę jak najbardziej pożyteczną.
Pamiętam niejedno takie przedsięwzięcie z dawnych lat, które wedle pewnej kategorii historyków stanowią czarną dziurę w dziejach narodowych. Trudno pogodzić się z tym nie tylko mnie, ale bardzo wielu ludziom z mojego pokolenia, bo przecież w tej rzekomej nicości upłynęła większość naszego życia, we wszystkich jego przejawach i barwach. (więcej w „Pomeranii”)

16. Bohdan Szermer, Dawna kolej brętowska i możliwości jej wykorzystania

W kwietniowym numerze „Pomeranii” opublikowano tekst dr. Janusza Kowalskiego nawiązujący do mojego artykułu „Kolej metropolitalna w Trójmieście – wizja i znaki zapytania” („Przegląd Komunikacyjny”, nr 8/2007), w którym skrytykowałem przedstawianą w mediach koncepcję takiej kolei. Chcę wszakże jednoznacznie oświadczyć, że nie jestem wrogiem transportu szynowego jako takiego. Wprost przeciwnie, widzę w nim wiele zalet, wynikających przede wszystkim z możliwości odciąże­nia coraz bardziej zatłoczonych tras drogowych. Renesans kolei musi więc nastąpić, co zresztą jest już zauważalne w krajach Europy Zachodniej. U nas także z pewnością odbędzie się przywracanie ruchu na niektórych trasach szynowych, ich moderniza­cja, a nawet budowa nowych linii.
Moja krytyka nie dotyczyła zatem idei kolei metropolitalnej, lecz pomijania rozmaitych ważnych uwarunkowań. Oczywiście wiem, że pośpiech projektantów wynikł tu z dążenia do rozwiązania problemów spowodowanych wyznaczeniem Gdańska jako jednego z miast rozgrywania meczów piłkarskich w ramach Euro’2012. (więcej w „Pomeranii”)

20. Sławomir Formella, Odnalezione dokumenty Gryfa

Losy Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski” są jednym z ważniejszych wątków historii Pomorza Gdańskiego w XX wieku. Niestety, badacze chcący zająć się tym zagadnieniem natykają się na poważny problem – ubogą bazę źródłową. Nie jest to jednak zjawisko typowe tylko dla tego ugrupowania partyzanckiego, dotyczy bowiem niemal wszystkich organizacji konspiracyjnych działających na naszym terenie podczas II wojny światowej. Szczególnie dużą wartość posiadają więc autentyczne dokumenty Gryfa Pomorskiego, których do naszych czasów przetrwało bardzo niewiele.
W takiej sytuacji powód do szczególnej radości dla każdego miłośnika historii regionu stanowić może odnalezienie nieznanych do tej pory materiałów z czasów walk Gryfa z hitlerowcami. W ich posiadanie weszła ostatnio redakcja „Kuriera Kartuskiego”. Dokumenty dostarczył jeden z czytelników tego czasopisma, wyjaśniając, że otrzymał je w latach 60. ubiegłego wieku od rodziny Jana Kwidzińskiego „Wilka”. Sam „Wilk” był członkiem TOW „Gryf Pomorski” i właścicielem gospodarstwa w Kamienicy Królewskiej, na terenie którego znajdował się zamaskowany bunkier z bronią i odzieżą dla partyzantów. W styczniu 1944 roku, gdy miejsce to zaatakowali Niemcy, zginął m.in. Jan Kwidziński. (więcej w „Pomeranii”)

21. Grzegorz Gola, Koniec szkoły (felieton)

Kasztany już dawno przekwitły. Nawet na Pomorzu. Słońce wysoko nad widnokręgiem. Lato, lato czeka… Wakacje. Koniec szkoły. No właśnie – szkoła, edukacja… Tradycyjnie, od lat, temat na felieton wdzięczny. Aż nadto.
Mamy powszechny obowiązkowy system edukacyjny. Brzmi to tak napuszenie i górnolotnie, że nierzadko zapominamy o prawdziwym celu posyłania dzieci do szkół. Przypomnijmy zatem co nieco sobie, decydentom, kuratorom, ministrom i innym. Ludziom, zwłaszcza młodym, jest potrzebna wiedza jak rozwiązywać konkretne problemy: abstrakcyjne i praktyczne – życiowe. Wszakże świat w ostatnich dziesiątkach lat dość znacznie się skomplikował.
Wydaje się, że ćwiczenia w poszerzaniu horyzontów myślowych powinny odbywać się według klarownego schematu: 1. – wyszukanie potrzebnych informacji, 2. – ich analiza, 3. – wyciągnięcie wniosków i 4. – prezentacja rozwiązania. Dostęp do informacji, sposoby ich wymiany, są dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek w historii ludzkości. Dwa wynalazki zmieniły i będą zmieniać jeszcze bardziej, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, nasze codzienne życie: internet i telefon komórkowy. Całej reszty czteropunktowego, banalnego w istocie, algorytmu trzeba się nauczyć. (więcej w „Pomeranii”)

22. Dark Majkowsczi, Badzemë obsądzony z tego, kim jesmë bëlë

– Jak wëzdrzi robota klubu 100 lat po Karnowsczim?
– Swoje potkania mómë rôz na dwa tidzenie. Je to wiedno czas diskusji o najich korzeniach i uczbë kaszëbsczégo jazëka. Dzaka temu tworzimë apartną spolëzna w najim seminarium. Mómë téż stara brac udzél w rozmajitëch potkaniach Kaszëbów buten. Tradicyjno jezdzymë na wilëje do Wigodë, a pózni do chëczë pomorańców. Żebë sprawdzëc swoje pokroczi w uczbie jazëka, bierzemë udzél w diktandze kaszëbsczim. W radiu Głos pokazywómë słëchińcóm naje zwëczi i znónëch lëdzy z Kaszëb. Czwiôrtk w czwiôrtk na antenie odmôwiómë téż dzesątką różańca po kaszëbsku. Do te Gwiżdże, jaczé wiedno sa wiôldżim przeżëcym tak dlô naju, jak i dlô tëch, chtërny obzérają naje przedstôwienié. Ostatny rok, chtëren béł roka ks. Bernada Sëchtë, béł téż dlô nas czasa organizowaniô rozmajitëch wëstôwków poswiaconëch temu wiôldżému Kaszëbie. Ni możemë do te zabôczëc o tradicjach, jaczé żëją bëne klubu – wezmë na to korunacja króla, oddzakowanié diakonów, prezeńtacjô kaszëbsczich szportów i popôłniowé zażiwanié tobaczi. Në i modlëtwa w najim jazëku – różeńc, nôbożeństwa Liturgii Słowa i Drodżi Krziżewi. Mësla, że Karnowsczi béłbë rôd z tego, jak klub dzejô sto lat po powstanim. (więcej w „Pomeranii”)


24. Andrzej Hoja, Dwa w jednym lub raczej niepodzielna całość. Gdańsk po kaszubsku (3) (wywiad)

(…) wyrastałam w domu, w którym nasze pochodzenie było oczywiste. Rodzice „budowali” w nas podwójną – komplementarną – tożsamość. Nigdy nie miałam problemu ze swoją kaszubskością w Gdańsku. Nie musiałam jej też w sobie odkrywać. Wielu jednak ma z tym kłopot, co obserwuję na zajęciach uniwersyteckich. Bywa, że ktoś przedstawia się następująco: „Jestem z takiej malutkiej wioski...”, później zaś pada jej nazwa i nazwisko kaszubskie. Wciąż częste jest podobne myślenie: „Przyszedłem do dużego miasta z jakiejś małej, odmiennej społeczności”.
Oczywiście, ostatnio mamy trochę inną sytuację, obserwujemy zjawisko coming out’u. Premier Polski przyznaje się do tego, że jest Kaszubą i przypomina o istnieniu gdańskich Kaszubów. Kiedyś w powszechnej świadomości taki byt nie istniał. Swego czasu brałam udział w konkursach o tematyce regionalnej i zauważyłam, że my, Kaszubi z Gdańska, przez tych spoza tego miasta nie zawsze uważani byliśmy za „echt” kaszubskich. Bo mowa nie ta albo jej zupełny brak; czasem podejmowano próby mówienia z akcentem, który jednak jakoś nie pasował. Dlatego też premier, który przyznaje się do kaszubskości, jest osobą, która wyzwala i zarazem ogniskuje dumę, a przy okazji zmniejsza się być może brak zaufania do gdańskich Kaszubów. (więcej w „Pomeranii”)

26. Dariusz Szymikowski, Jakiego hymnu potrzebują Kaszubi? (2)

W toku trwającej kilkadziesiąt lat dyskusji miano hymnu kaszubskiego przypisywano kilku pieśniom. Tak się składa, że ich autorami są wybitni twórcy literatury kaszubskiej: Hieronim Derdowski („Marsz kaszubski”), ks. Leon Heyke („Pomorsczi Grif”) oraz Jan Trepczyk („Marsz Naszińców” i „Zemia Rodnô”). Dzisiaj do rangi hymnu kaszubskiego kandydują wyłącznie „Marsz kaszubski” i „Zemia Rodnô”, skupię się więc tylko na tych utworach, pomijając rolę ich melodii, bo w tej kwestii powinni wypowiedzieć się fachowcy.
Biorąc pod uwagę kryteria poprzednio przedstawione (po analizie europejskich hymnów – „Pomerania” nr 5/2008) należy stwierdzić, że najpełniej odpowiada im „Zemia Rodnô” Jana Trepczyka. Cała ta pieśń ma wymiar patriotyczny. Mowa tu o umiłowaniu ojczyzny – Kaszub („Ce, Tatczëzna jô lubotną tu móm”), o jej pięknie („Të jes snôżô jak kwiat rozkwitłi w maju”), o celach i zadaniach („Twoje jô w przódk bëlné pocyskóm kwiôtczi / Odrodë cél Kaszëbóm znôu brënie”, „Tu mda dali domôcëznë sa jimôł / Jaż zajasni i nama brzôd swój dô”). (więcej w „Pomeranii”)

29. Teresa Hoppe, Nie szafujmy kaszubskimi symbolami!

Jak bumerang za sprawą kilku młodych stażem i wiekiem osób wraca w mediach sprawa hymnu kaszubskiego. Grupa ta uzurpuje sobie prawo do manipulacji kaszubskimi symbolami (ostatnio zaczyna się także mówić o zmianie barw naszej flagi) w imię wzięcia rozbratu ze wszystkim co polskie. Jako pierwszy przed kilkoma laty rozpoczął „wojnę” z tekstem hymnu kaszubskiego Eugeniusz Pryczkowski, któremu nie podobały się w nim słowa „polska wiara i polska mowa”. Uważał on, że oryginalny tekst hymnu można dowolnie zmienić i zastąpić wyżej wymienione wyrazy zamiennikami „nasza wiara, nasza mowa”, co w jego pojęciu ma oznaczać kaszubską wiarę i mowę. Będąc postacią znaną z mediów, uzyskał w pewnych, raczej peryferyjnych, środowiskach kaszubskich posłuch i gdzieniegdzie słyszy się taką wersję hymnu (dla przykładu tak śpiewa chór Morzanie z Dębogórza).
Następnie na portalu www.naszekaszuby.pl, pojawił się artykuł „Herb, flaga i hymn kaszubski”, w którym nieznany autor z nie wiadomo jakich przyczyn napisał, że hymnem kaszubskim jest pieśń „Zemia rodnô”, podając jej tekst oraz nuty, natomiast poniżej podał, że niektóre środowiska kaszubskie uważają „Marsz Derdowskiego” za hymn kaszubski, jednocześnie stawiając ten utwór w pejoratywnym świetle. Artykuł ten od dłuższego czasu jest wciąż obecny na stronie Naszych Kaszub, która, według jej twórcy – Stanisława Gepperta jest jego prywatną stroną internetową, a więc on odpowiada za ten szokujący zapis, wprowadzający – moim zdaniem – w błąd opinię publiczną. Na tym samym portalu w lutym br. Tomasz Żuroch Piechowski napisał obraźliwy tekst, ośmieszający hymn kaszubski, mieszając do tego ks. Zbigniewa Kulwikowskiego, który wcześniej brał udział w debacie radiowej i prasowej na ten temat. (więcej w „Pomeranii”)

30. Janusz Kowalski, Glosa do artykułu Tadeusza Lipskiego

Znakomity znawca tematu Tadeusz Lipski, wspominał w poprzednim numerze „Pomeranii”, że pieśń „»Jeszcze Polska nie zginęła« (…) przechodziła różne perypetie”.
Za ważniejsze niż daty (których zresztą T. Lipski nie podał) uznania pieśni za hymn narodowy (1831) i państwowy (1927) uważam to, że „Mazurek Dąbrowskiego” żył, co wyrażało się we fluktuacji jego tekstu. Jednak jego słowa się zmieniały. Zamiast pierwotnego „nie umarła” przyjęło się „nie zginęła”. Zmieniano też kolejność zwrotek, dodawano nowe. Każda z tych zmian miała jakieś przyczyny. (więcej w „Pomeranii”)

31. Tomasz Żuroch-Piechowski, Wszyscy jesteśmy podejrzani (felieton)

Czy Rzeczpospolita Polska jest państwem, w którym obywatelowi żyje się dobrze? Spróbuję spojrzeć na ten problem z perspektywy drobnego przedsiębiorcy, jakim zostałem ponad pół roku temu. Zakładanie działalności gospodarczej wiąże się z niesamowitą „kwitologią” i bieganiem po urzędach. W moim przypadku był to Urząd Miasta, Urząd Skarbowy, Urząd Statystyczny, ZUS i Powiatowy Urząd Pracy. Wielokrotnie zastanawiałem się, po co tym wszystkim paniom potrzebne są komputery, po co bazy danych, w których zapisany jest mój PESEL, NIP i REGON, skoro za każdym razem, kiedy chciałem załatwić najprostszą sprawę, musiałem po raz kolejny wpisywać ręcznie rzędy cyferek, zazwyczaj na podwójnej liczbie formularzy? Być może po to, żeby grać w pasjansa i logować się na „Naszej Klasie”, ale przecież nie po to płacimy podatki. (więcej w „Pomeranii”)

32. Jerzy Hoppe, Czy potrzebna jest dyskusja nad kształtem języka kaszubskiego?

Wiele emocji wywołuje podczas różnych oficjalnych spotkań członków Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego czy też na łamach prasy kilka kwestii, do których należą m.in. sprawy młodych w ZKP i kaszubskiego hymnu. Natomiast nie odbijają się szerszym echem spory wokół kształtu literackiej kaszubszczyzny. W latach 90. ubiegłego wieku przyjęto zasady pisowni, wychodzą słowniki, podręczniki, kaszubszczyzna uzyskała urzędowy status języka, funkcjonuje Rada Języka Kaszubskiego o uprawnieniach normatywnych. Wydawałoby się zatem, że niczego więcej już nie trzeba poza „wcielaniem w życie”, upowszechnianiem tego, co zostało osiągnięte.
Jednak o sporach, wątpliwościach, również towarzyszącej im gorącej atmosferze wypowiadają się m.in. w szóstym numerze „Stegny” (4/2007) Dariusz Majkowski, Witold Bobrowski, Roman Drzeżdżon. Sporo krytycznych uwag zawarł prof. Edward Breza w swoim referacie pt. „Wybrane zagadnienia pisowni i morfologii kaszubskiej”, drukowanym w nowo wydanym „Biuletynie Rady Języka Kaszubskiego”. Ostrzej o sztuczności i udziwnianiu pisze w tymże „Biuletynie” Eugeniusz Pryczkowski w tekście o długim tytule, stąd tutaj jedynie jego początek: „Język kaszubski w działalności publicznej…”.(więcej w „Pomeranii”)

34. Aleksander Grzegorz Turczyk, Wieszczka Deotyma

Już od wczesnej młodości Jadwiga Łuszczewska (pseudonim literacki: Deotyma) zdradzała niepospolity talent poetycki, a w każdym razie – rymotwórczy. Improwizacje, z których zasłynęła w warszawskim salonie swych rodziców, przyniosły jej – w arystokratycznych i mieszczańskich kręgach stolicy – sławę cudownego dziecka. W latach 60. XIX wieku dorosła już poetka, nazywana przez współczesnych „wieszczką”, zorganizowała jeden z ostatnich salonów literackich Warszawy, gdzie co tydzień odbywały się zebrania ówczesnej elity intelektualnej miasta.
Dawniej powszechnie znana i uważana przez stołeczne kręgi salonowe niemal za świętość narodową, obecnie jest postacią niemal zapomnianą. Dziewięćdziesiąta rocznica jej śmierci, przypadająca 23 września 1998 roku, przeszła bez echa w życiu publicznym, a przez to i w środkach masowego przekazu. Jak będzie tym razem, gdy wkrótce minie 100 lat od czasu odejścia Deotymy? (więcej w „Pomeranii”)

37. Marta Sosnowska, Pięć minut dla Żuław

Żuławy Wiślane to magiczna i wciąż mało znana kraina czekająca na ratunek, albowiem z tutejszego pejzażu w zatrważającym tempie znikają unikalne obiekty architektoniczne. Jeszcze pół wieku temu najbardziej charakterystycznych budowli, czyli domów podcieniowych, było tylko na Żuławach Gdańskich (po lewej stronie Wisły) około czterdziestu. Dziś pozostało ich zaledwie dziewięć! I wszystkie wymagają natychmiastowej pomocy.
Największy i najlepiej utrzymany dom podcieniowy Żuław Gdańskich, pochodzący z 1720 roku, znajduje się w Trutnowach. Od ponad 20 lat remontują go i utrzymują za własne pieniądze prywatni właściciele, ale i ten obiekt czeka na wsparcie, by mógł odzyskać dawną świetność. Jako jedyny z zachowanymi oryginalnymi wnętrzami, przyciąga turystów, podziwiających zamiłowanie do piękna dawnych bogatych żuławskich chłopów.
Zdecydowanie gorzej prezentują się domy podcieniowe stanowiące współwłasność kilku rodzin lub zamienione przed laty na zbiorowiska mieszkań dla pracowników PGR. Tak jest np. w Miłocinie, gdzie w 1982 roku – po remoncie i przebudowie obiektu z 1731 roku – urządzono aż kilkanaście lokali, w których do dziś żyje jedenaście rodzin. Budynek ten, od lat intensywnie eksploatowany bez prowadzenia jakichkolwiek napraw, znajduje się obecnie w opłakanym stanie. (więcej w „Pomeranii”)

38. Iwona Joć, Śladami karwieńskich olędrów

Tu zgliszcza spalonej olęderskiej chaty, tam dom jeszcze stojący, w innym miejscu powoli przechodzący do przeszłości widok z wierzbą. I odwiecznie obecne morze. A wszystko w zawężonej skali kolorystycznej – czerni i odcieniach szarości – przypominającej o przemijaniu.
Tak próbowali zatrzymać w czasie „uciekający do historii” krajobraz Karwieńskich Błot przebywający tu w kwietniu na plenerze studenci II roku Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Pod opieką dr. Grzegorza Stachańczyka z pracowni rysunku udawali się w teren i tworzyli, tworzyli, tworzyli: ołówkiem, węglem, pastelami. (więcej w „Pomeranii”)

39. Andrzej Januszajtis, Berlińczycy w Gdańsku, gdańszczanie w Berlinie

Berlin i Gdańsk – takie zestawienie wydaje się dziś absurdem. Z jednej strony światowa metropolia nad Szprewą, z drugiej – dziesięć razy mniejsze miasto portowe nad Motławą. Wystarczy jednak zajrzeć w przeszłość, by ta dysproporcja zanikła. W XVI i XVII wieku to 80-tysięczny Gdańsk – największe i najbogatsze miasto nad Bałtykiem – mógł się berlińczykom wydawać metropolią!
Tymi, który pchnęli dzisiejszą stolicę Niemiec na drogę dynamicznego rozwoju, byli elektor Fryderyk Wilhelm, założyciel trzech nowych dzielnic (Friedrichswerder, Dorotheenstadt, Friedrichstadt) i jego syn Fryderyk, pierwszy król pruski. W latach 1680–1710 liczba mieszkańców Berlina wzrosła z 18 do 56 tysięcy, a w roku 1740 osiągnęła 80 tysięcy (w Gdańsku żyło w tym czasie około 65 tys. osób). Od 1694 roku działała w Berlinie Akademia Sztuk Pięknych, powstawały liczne manufaktury, napływali uczeni i artyści. (więcej w „Pomeranii”)

43. Andrzej Grzyb, Obrazek nadmorski majowy

– Jedz. Pani specjalnie dla ciebie zrobiła – mówiła mama, nadziewając na widelec kolejny kawałek naleśnika.
– Tak, tak – przytakiwał tatuś, poprawiając różowe okulary przeciwsłoneczne, które wcale mu nie pomagały w wypatrywaniu ości w dorszu po chłopsku, ale gdyby nie miał szkieł, to w tym zapatrzeniu, rozsmakowaniu i skupieniu godnym anatoma-patologa wydłubałby sobie plastikowym widelcem co najmniej jedno oko. A dorsz, jak dorsz, sto gram trzy pięćdziesiąt, zgodnie z kartą, surówki do wyboru, każda trzy złote, chleb za darmo.
Dziecko otwierało pucołowatą buzię, zamykało, nadymało policzki i pluło kawałkami naleśnika z twarogiem, o czym każdy mógł się przekonać naocznie. Pluło przed siebie, a ponieważ wierciło się mocno, trafiało, gdzie popadło, czyli wszędzie w obrębie półtora metra. (więcej w „Pomeranii”)

44. Zygfryd Stefan Mielewczyk, Fotograficzne promieniowanie tła (6)

Zdjęcie Brunona z nieznaną mi kobietą i nastolatką odłożyłem na bok, jak dziesiątki innych z gdańskimi stryjami oraz ich towarzyszkami. Ale gdy po raz kolejny przejrzałem owe fotki, na jednej zaczęły mi się szczególnie podobać wysokie nadmorskie sosny w gdańskich Stogach (Heubude) czy w Sobieszewie (Bohnsack).
Na typowo drobnomieszczańskiej fotografii amatorskiej para dorosłych nie pasuje do leśnego pleneru. Brunon jest w jasnym garniturze, pod muszką i w kapeluszu, natomiast nieznajoma – z dużą saszetką i w ciemnej opiętej sukience – wydaje się przesadnie wystrojona. Nie wiem, kim są ta kobieta i nastolatka z piłką. Dziewczynka przyjęła wobec fotografa zadziorną pozycję, która w tych zdjęciowych okolicznościach wydaje się naturalna: chyba lubi sport i chciałaby z kimś pograć pomiędzy drzewami, a może później na plaży. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby fotografującym był jej ojciec, jakiś Kauffman (kupiec), związany handlowo i towarzysko z Brunonem w pierwszej połowie lat 30. Wyobrażam sobie, że mój stryj po wspólnym niedzielnym obiedzie zaprosił tę rodzinkę do swego auta i zawiózł na przechadzkę do lasu, w okolice modnej plaży. Niewykluczone, że wcześniej wyszli z restauracji Domu Kuracyjnego przy Pustym Stawie na Stogach (Ostseebad Heubude). (więcej w „Pomeranii”)

46. Maria Roszak, Jaźwiec Lucek

Wéw biszongu kele Godziszewa (to je tamoj jak sia do Bolesia jedzie) mnieszkał se jaźwiec. Jimnia mu było Lucek. Pewnégo jesiannégo dnia on wydeliberował, że ón nié bandzia już dziadował zéz inszó leśnó gadzinó i postanowjił se poszwóndrać za nowó chałupsió. Pierwéj sia dugo kokosił po Godziszewie. Pokołóńdził sia troche po kerzach, poplachandrował po zakalmuszonym ple, poczajił sia na szyrzawie, wlaz na szychte i na łostatku sia usadowjił wéw klafcie kele chałupsi Dróngalów (óni mnieszkajó zaraz za krzyżówkó). Tamoj Lucek nazorgował se pyraców, ślimonów, eltków, ruchanków zgnitych zéz kompostnika Dróngalów, trocha fariny (nié wiém kaj ón to erbnół) i liszków. Podziómdział troche, ale już szlap na zima bół i śpik go wzión. (więcej w „Pomeranii”)

47. Édmund Kamińsczi, O wësziwôczce Annie Konkél (1923–2008)

Kuńsztownô wësziwôczka Anna Konkél, z domôcy chëczë Renusz, urodzała sa 18 maja 1923 r. w Pucku z tatka Jana i nënczi Annë z chëczë Czeszke. Sédmëklasową szkoła oglową ukuńcza
w roku 1937. Rok pózni przeniosła sa do Wejrowa, gdze w 1940 r. zrzesza sa slëba z Zygmuntem Konkelem – szklarzem i téż uzdolnionym wërzinôczem (1913–1976).
Anna ju od nômłodszich lat uczała sa wësziwac od swoji nënczi i dwuch sostrów. Ko béł to haft,
le na użitk domôcy. Uczała sa nié leno wëszëwac, ale téż krawiecczégo warku. Ze slëbnika swojim
mia dwuch sënów: Édmunda (banowégo) i Riszka (szlosôrza), téż szëkownégo wërzinôcza w drewnie i usôdztwie jintarsji. Ob czas niemiecczégo zniewoleniô zajima sa krawiectwem i krëjamnym wësziwanim, bo kaszëbsczi haft przëbôcziwôł Niemcama polską kultura. Lata powojnowé to zajima wëchowanim dwuch sënów i w wolnych chwilach, króm krawiecczégo warku bëło wësziwanié. (więcej w „Pomeranii”)

48. Lektury

50. Klëka

55. Z życia ZKP

58. Informator Regionalny

60. Rómk Drzeżdżón, Państwowô ochrona (felieton)

W poniedzôłk do moji pëlckowsczi chatinczi zawitôł kominiôrz. Le miast na dak wlezc ë komin przetkac, rozsôdł sa w zeslu ë zaczął jaczés cedle z taszë wëjimac.
– Pón mie tuwo podpisze – czôrnym pôlca pokôzôł mie môl w jaczim jô miôł swoje nôzwësko postawic.
Czedë jô miôł ju autograf złożony, fachura rzekł:
– 30 zł sa nôleżi.
– Zó co? – rozgorzony wëcygnął jem z taszë pieniądze. – Wë doch nawetka na komin nie wezdrzelë.
– Jô tu nie jem od wzéraniô, leno od ochronë, bë sa wama w kominie nie zapôlëło. A jakbë co môce tuwo sól sw. Agatë, sygnie le z górë posëpac a po kłopoce – poradzył, a szedł dali.
We wtórk pojachôł jem do skarbowégo podatk zapłacëc. Jak jô ju ta béł, to przë leżnoscë zapitôł jem sa, nó co ne moje dëtczi mdą przeznaczoné.
– Wë nie wiéce? – urzadniczka zrobia wiôldżé oczë. – Na wojsko, drodżi, administracja, kultura, sejm, senat, marszôłka, wojewoda, ochrona rodë, policja ëtd., ëtd.
– A docz jima tëlé pieniądzy?
– Në jakuż? Na waju ochróna od wszelczégo złégo. (więcej w „Pomeranii”)



 
 
Top! Top!