www.mamboteam.com
 
Strona główna
sobota, 26 wrzesień 2020
 
 
Piekło 2005 r. Niebo jest dziś czyste Drukuj E-mail
niedziela, 10 sierpień 2014
Piekło, wioszczyna przylgnięta do wiślanego wału. Do Sztumu 12 kilometrów, do Malborka 25. Aż roi się tu od rozmaitych historii. Oto dwie bardzo podobne, choć – tak powiedzmy – odwrotnie proporcjonalne. Zaczęły się właśnie w Piekle, rozgrywały potem w różnych miejscach i różnym czasie, ale to ma w tych opowieściach niewielkie znaczenie.


Piekło - Niebo


Mama mówiła, że wróci

Dziesięć lat temu. Zjeżdżaliśmy z Horstem do Piekła od strony Sztumu. Przez Białą Górę, która graniczy z Piekłem. Jechaliśmy prostą droga jakby snajper strzelił. Las ładny, sosnowy. Drogę budowali niewolnicy – opowiadał Horst. – To znaczy jeńcy, Polacy i Rosjanie - poprawił się. Żadna chyba różnica.

Na poboczu stały dwie kobiety. Jedna kiwała ręką. Mżył deszczyk. Kobiety miały ciemnofioletowe twarze. Piekielne wrażenie. Od ognia? Okazało się - od jagód, we wrześniu! Taki to był rok. A one, jak to kobiety w lesie - pogubiły kierunki. Pytały, w którą stronę do Sztumu.

Horst wrócił do opowieści. Mówił powoli, przerywanymi zdaniami. Nie miał wtedy, w latach wojny, nawet 10 lat. Wyskakiwał z innymi knapami z lasu i podrzucał budującym drogę jeńcom chleb. A w Sztumie przed wojną mieszkali sami Niemcy.

Zjechaliśmy do Białej Góry. Stąd widać było już Piekło. Oczywiście w dole. Nic dla Horsta tutaj od tamtego czasu się nie zmieniło. Pokazał szkołę, do której chodził, pokazał, gdzie mieszkał.

Śluzy są dwie – jedna w Białej Górze, druga – kawałeczek dalej, należy już do Piekła, choć do samej wioski od niej ze dwa kilometry.

Stanęliśmy na wielkiej grodzi śluzy w Piekle. Tej większej - na Nogacie. W milczeniu spoglądaliśmy z jej wysokości w dół, a potem dookoła. Na Nogat, Wisłę, na to ponure pod niskimi chmurami poplątanie wody. Horst, zatopiony w myślach, przekładał stare obrazy z pamięci na widok teraźniejszy.

To wszystko tutaj żyło. Był port, stało mnóstwo białych statków żeglugi turystycznej. Jeden za drugim. Płynęliśmy często Nogatem do Malborka i z powrotem – opowiadał. Niemcy doceniali to miejsce. Podczas wojny wypoczywali tu ranni żołnierze. Mieszkańcy oddzielonej od Piekła Nogatem Białej Góry mieli obowiązek ich przyjąć. Dbali o Wehrmacht. Żołnierzy przyjeżdżało mnóstwo. Na rekonwalescencję albo – w przypadkach trwałego kalectwa – w nagrodę. Bo Biała Góra była kurortem.

Horst znowu się zamyśl. Woda miała zimną barwę stali.













Przy śluzie od strony Nogatu ryby łowiło się wiadrami – ciągnął po chwili. - Łososie jak byki. W ciemno wbijałeś widły i miałeś dwa, trzy. Albo przyjeżdżały ciężarówki, zjeżdżały ostro w miejsce, gdzie Wisła łączy się z Nogatem i ładowały wielkie ryby. A potem jechały ciężko pod górę. Ponieważ góra była ostra, a ryb jak buraków cukrowych na przyczepie, to Horst z innymi knapami wyskakiwał z wierzbiny, wskakiwał na przyczepę i ześlizgiwał ryby w krzaki. Bo wiesz – mówił – tu była bieda. Niby kurort, ale tutejsi nie mieli najlepiej. Zresztą jak wszędzie, byli tacy i tacy. U Horsta nie było najlepiej. Nawet czasami głód.

Horst spoglądał na szuwary. Kiedyś tutaj były czaple. Dużo czapli. Wykradali młode z gniazd. Tłuste, różowe, smakowite. Zawsze to dziczyzna.

Ja opowiadałem, jak mój dziadek w Lubelskiem łapał wróble. Też podobno smaczne.

Ale co my tu o wróblach i czaplach.

Horst po chwili wyciągał z pamięci już zupełnie inny obraz. Powiększył go.

Oto zbliżają się Rosjanie, front. Niemcy w panice uciekają przez Białą Górę i Piekło. Na wąskiej śluzie robi się potworny korek.

Horst wskazywał na wielką skarpę Białej Góry. Na jej grzbiecie z mozołem posuwał się golf. Widok samochodu też odświeżył obraz.

Co było limuzyn – wspominał Horst - zabytkowych bryczek, pięknych pojazdów. Porzucali to wszystko, wielkie bogactwo.

To właśnie wtedy uciekła jego matka. Zostawiła dwóch synów i córkę. Mówiła, że wróci, nie wróciła. Rzecz tragiczna, tym bardziej, że zabrała trzeciego syna.

Horst wychowywał się potem w domu dziecka w Kwidzynie. Grał nieźle w nogę, trafił do klubu w Starogardzie. Tam zamieszkał, ożenił. Mógłby swobodnie mieszkać w Niemczech, ale został w Polsce. Po latach odnalazł braci i matkę w NRD. Matka go nie przyjęła go.

To są trudne sprawy do opowiadania. Zresztą o takie sprawy nie należy pytać. Mówiły o tym łagodne, melancholijnie pogodne oczy Horsta. Życie czasami jest nie do opowiedzenia. Można sobie tylko wyobrazić, co przeżywał.

Czasami odwiedzał go przyjaciel z czasów dzieciństwa, też z Białej Góry. Niemiec. Chciał tu zainwestować, w Biała Górę, Piekło, port przy śluzie. Żeby wyglądało jak wtedy, z białą flotą, z tłumem wycieczkowiczów do Malborka. Warunek – inwestycje poprowadzi Horst. Gdzie mi tam teraz do takich spraw – śmiał się Horst. Miał już swoje lata. Dzisiaj nie żyje. Zmarł na wylew.

Wszystko się zgadza


Jana Plisa – do 2002 r. sołtysa Białej Góry - trudno zastać w domu, taki jest ruchliwy. Pomimo swoich 83 lat albo gdzieś jedzie maluchem, często przerobionym na bagażówkę, albo ciągnikiem. Do Białej Góry przyjechał ze wschodu w 1949 r. - 12 kwietnia, w niedzielę palmową.

- Wolę z Niemcami o północy, jak z tamtymi ze wschodu w południe – mówi o miejscu, które zostawił. To tak na marginesie...

- Czy to była prawda z tym kurortem? – zapala się pan Jan. – Oczywiście. Panie, tu, w Białej Górze, przed wojną wydawano 700 obiadów! Była gospoda, rzeźnia, mleczarnia, tartak. W 1914 mieszkało podobno tysiąc ludzi. Jeszcze za mnie, w 1953 roku, w niedzielę na Malbork i Elbląg kursował statek „Odylia”. Nad rzeczką Liwą był park. Z Malborka przywozili orkiestrę na zabawy. Co z tego zostało? Chaszcze. Tamte czasu już nie wrócą, bo nie mamy rządu, a złodziei. Co tam, na górze, się dzieje. Ja się wstydzę oglądać telewizję. A na tej śluzie, panie, to też je sabotaż, też nieczysta robota.

 


Ale my tu nie o polityce, a o ludzkich dramatach. W każdym razie – co potwierdza sołtys – w tej opowieści Horsta wszystko się zgadza.

A tragedie na śluzie w Piekle?

- Owszem, zdarzały się. Na przykład na Świętego Jana chłopy se popili, skakali i jeden się utopił. Ale więcej tragedii to było kawałek dalej, gdzie Nogat odchodzi od Wisły. Kiedyś dwie córki, ich matka i nauczycielka wpadły w wiry. Jedna drugą ratowały i wszystkie poszły z Piekła do Piotra.


Czy będzie jak było?

Niebo jest czyste. Z drogi biegnącej nad wielkimi wrotami śluzy na Nogacie widać Wisłę, tuż obok małą śluzę, Biała Górę, Piekło wieś. Schodzimy po schodach. Krzysztof Nalec, Waldemar Domański, Marek Witkowski przeprowadzają tu prace konserwatorskie. Z dołu widok na stojące obok siebie śluzy jest imponujący. Przez tą starszą, z połowy XIX wieku, wpływa Liwa, biegnąca spod Kwidzyna. Przez tą wielką, z 1924 r. - Nogat.

- Między tymi śluzami przed wojną przebiegała granica – wyjaśniają robotnicy. – Biała Góra należała do Rzeszy, Piekło do Wolnego Miasta Gdańsk, a za Wisłą była Polska. Taki trójkąt. Ludzie z Piekła do Polski płynęli łódką po drewno, a gdy ktoś chciał iść do Białej Góry, brał paszport, bo na śluzie było graniczne przejście. Piekło leżało w końcówce Wolnego Miasta. Ludzie mówili tu po polsku i niemiecku, stały dwa kościoły – katolicki i ewangelicki, były dwie szkoły – polska i niemiecka.

 


Wszyscy tu żyją historią. A dzisiaj?

- Oczywiście ta śluza działa. My ją co jakiś czas konserwujemy. Różnica poziomów wody na śluzie wynosi od 1,5 do 2 metry, w zależności od poziomu wody w Wiśle.

A ruch jakiś jest?

- Specjalnego nie ma. Dwa tygodnie temu często przepływały barki ze żwirem do Malborka o ładowności do 500 ton. Dzisiaj płynęły trzy jachty. Niedawno do Malborka płynęli Anglicy. Wędrowali po polskich rzekach i kanałach miesiąc. Dla nich to atrakcja. Więcej przyjeżdża autokarów – ze trzy, cztery w tygodniu - i samochodów osobowych. Przyjeżdżają szczególnie Niemcy, starsi. Prawdopodobnie kiedyś tu mieszkali. Ale dzisiaj na przykład byli Litwini.

Konserwatorzy śluzy śmieją się drwiąco na wzmiankę o turystyce na Nogacie. – Oczywiście, tu powinno być miejsce turystyczne, jak było kiedyś. Płażyński obiecał wielką rozbudowę, ścieżki rowerowe, przystań i inne cuda. Na obietnicach się skończyło. Jeden z nich dodaje: - Napisz pan, że mój dziadek Sylwester Domański oddał przed wojną Polakom ziemię pod budowę polskiej szkoły i przez to musiał potem stąd uciekać.







Moje serce jest szczęśliwe

Jeżeli prawdą jest, że oczy są zwierciadłem duszy, to dusza Eugenii Gosek jest wielka, radosna i czysta. Nie przeszkadza jej, że fizycznie mieszka w Piekle. Zresztą Piekieł w Polsce jest kilka, może nawet sześć. Taka zabawa w nazwy (to miejsce podobno tak ochrzcili nazwali flisacy, bo przy ujściu Nogatu rozbijały się barki). Raz w prasie ktoś dał takie oto ogłoszenie: „Diabeł z Piekła szuka żony z Nieba”. Dzisiaj też - przed domem Gosków dwie dziewczyny przypinają do kasztanowca plakat z informacją o wyjeździe do Aniołowa za Pasłękiem. Kontakty na szczeblu sołeckim.

- Przyjechaliśmy z mężem do Piekła z południa w 1945 roku – mówi Eugenia Gosek. - Dziesięć palców każdego z nas to był nasz dorobek. Mieliśmy tu gospodarstwo i do tego jeszcze pracowałam w sklepie. Maż zmarł w 1977 roku na zawał... Kobieta ma pracę, drugą w domu, o trzeciej zmianie nie wspomnę i wytrzyma, a mężczyźni do pracy, gazetka w domu... Prędzej umierają, bo są za nerwowi.






Pani Eugenia była w latach 50. pełnomocnikiem Piekła (sołtysem), prezesem OSP, zakładała KGW. Prowadziła też GS-owski sklep i Bar „Pod Łabędziem”. Dziś po barze, stojącym obok jej domu, został jedynie wypłowiały napis i też wyblakłe wspomnienia po PRL-owskiej świetności turystycznej miejscowości, kiedy to goście z Gdańska czy Elbląga telefonicznie zamawiali u niej golonkę i grochówkę, w „której aż łyżka stała”. Bar od dawna zamknięty, a w Białej Górze w ośrodku wypoczynkowym kilka lat temu hodowali ślimaki.

Dziś pani Eugenia ma lat 77.

Tamtego dnia, 3 sierpnia 1985 r., przebywała akurat w domu. Z rana zapukali milicjanci ze Sztumu. Utopiła się matka czworga dzieci. Prosili, żeby zajęła się sierotami na parę godzin i poszli szukać. Ciało znaleźli w śluzie. A pani Eugenia dzieci od razu do wanny, bo „tam, po tragicznie zmarłej, była bieda.”

Milicja pojawiła się po trzech miesiącach. „Nie daj nas, babciu!” – wołały dzieci. Zabrali jedno, najmłodsze, 7-miesięcznego Tomka.

I tak to babcia, która wychowała już syna Zenona, na stare lata została mamą.

- Łukasz miał dwa i pół roczku, Piotrek niecałe pięć lat, a Kasia cztery – ciągnie pani Eugenia. – Dziś Piotrek ma 24 lata, ukończył technikum, szkołę zawodową, pracuje jako kierowca. Kasia ma 22 lata, zawód sprzedawcy, też ukończyła technikum, a teraz uczy się w studium ekonomicznym.

Wychowała te dzieci. Odszukała też to najmłodsze. Pojechała z prawomocnym wyrokiem do domu dziecka, gdzie przebywał. Tam powiedzieli, że jest w szpitalu w Elblągu. W Elblągu okazało się, że dziecko już ma rodziców.

- Doszło do „diagnostyki”. Ja przywiozłam swoje, tamci (rodzina zastępcza) to czwarte. Mówię do komisji: „Panowie i panie! Handlujecie tym dzieckiem jak jakąś kurą czy gęsią. Dziecko to nie kura czy gęś”. Ale to czwarte, które miało już 3 lata, wołało: „Mama, tata!”. Ja miałam prawomocne postanowienie sądowe, ta pani z rodziny zastępczej też. I aż jej szły łzy. Patrzyłam, patrzyłam, w końcu powiedziałam sobie - Boże, szkoda rozdzielać z tą matką. Sama nie mogła mieć dzieci, a teraz ja chce jej odebrać. Na mój wniosek napisano tylko oświadczenie, że dzieci mają się kontaktować. I chłopak przyjeżdża do Piekła. Kiedy przyjechał pierwszy raz, poszli nad Wisłę. Niepewnie, wstydliwie. Po pewnym czasie mówili już - brat, siostra... Tak sobie nieraz myślałam, dlaczego akurat przynieśli te dzieci do mnie, chociaż mieli kilka domów po drodze. Widać tak już Pan Bóg przeznaczył. Może przez te dzieci odstąpił mnie paraliż po wylewie. Byłam na wózku inwalidzkim i wstałam, i chodziłam. Jak czujesz, że masz dla kogo żyć, wiesz, że musisz żyć, to działa siła woli. Jeszcze teraz mam mnóstwo energii. Hodujemy z Łukaszem kurczaki, wszystko mamy swoje - warzywa, kartofelki posadzone trochę. Zapasy zapraw.

- Ogórków już zostało parę słoików – poprawia babcię Łukasz. (Mówią na nią babcia, nie mama, bo uznała, że tak będzie lepiej).

Chłopak jest szczupły. Długa jest lista chorób, która go dotknęła. Miał już 6 operacji. Do 16 roku babcia robiła mu lewatywy. Choruje bez przerwy, do dziś. Teraz będzie miał lat 21. Na rok przyznali mu rentę, a jak będzie dalej?

- Nie wiadomo, jak ze mną będzie – mówi pani Eugenia. – Mam iść na operację. Chciałam, żeby ten chłopiec miał rentę. Powinien mieć po mnie, ale nie dadzą, bo to dzieci przybrane. Te przepisy nie są dla prostych ludzi... Życie... Może było dobrze i źle, ale moje serce jest szczęśliwe. Modlę się codziennie za Łukasza, żeby był dobry. I dobry jest - opiekuje się mną. Teraz on mną. Ale – śmieje się pani Eugenia - jak z Piekła może być dobry?

Tadeusz Majewski

"Rejsy" - magazyn "Dziennika Bałtyckiego", czerwiec 2005 r.

"Przeplotnia", 2006 r.



 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!