www.mamboteam.com
 
Strona główna
sobota, 04 kwiecień 2020
 
 
Na pchlim targu w Olszynach przestałem lubić stare przedmioty Drukuj E-mail
środa, 27 sierpień 2014
W zeszłym roku jechałem z Podkarpacia tak zwaną Ścianą Wschodnią, po drodze poznając zupełnie mi nieznane lub zapomniane miejscowości. Wyjeżdżając z Myszyńca na Szczytno poczułem się już jak u siebie w domu. Każdy, kto wraca z dalekiej podróży, zna to uczucie, ten powiew swojskości, tę niecierpliwość, że już blisko progu. Był upał, święty dzień, niedziela. Na Kurpiach ze zdziwieniem zauważyłem pchle targi, ale jakoś nie chciało mi się zatrzymać. Nieznośny upał wkradał się w ciało, omdlewały dłonie na kierownicy i jakże tak włóczyć się wśród starych przedmiotów? Kiepski dyszący asfalt wołał o choćby kroplę deszczu. W Olszynach jednak się zatrzymałem. Trochę przez to, że pchli targ wyglądał tutaj całkiem poważnie, ale przede wszystkim dlatego, że musiałem. Za plecami, od strony Myszyńca musiało dojść do jakiego wypadku, a raczej kraksy, gdyż pędem jechali w tym kierunku wszyscy święci ziemscy w jakimś logicznym porządku, który możecie sobie sami poukładać. Ja podaję bez uporządkowania: święci pogotowia ratunkowego z kogutem, święci straży pożarnej z syreną, święci policji z kogutem, a na końcu święci z firmy pogrzebowej w ciszy już prawie Absolutnej. A potem zacząłem łazić po pchlim targu i robiłem zdjęcia, czując, że jest to dzień mojej wielkiej przemiany, mnie, dotąd kochającego stare przedmioty, zbieracza pocztówek, konesera stuletnich mebli, a teraz, z każdą chwilą, jakby równolegle do stawianych kroków na placu targowiska, rosnącą niechęcią do starych rzeczy, międlonych w palcach przez odeszłe pokolenia, nawet tu, w tej szerokiej przestrzeni wydalające z siebie mdlący, słodki zapach dawnych oddechów, próchna, zaschniętych odchodów korników, kurzu i potu ciuchów staruszków. Teraz też jest gorąco i nie za bardzo chce mi się te zdjęcia komentować. Zresztą mówią same za siebie. A można by na przykład podzielić się refleksją na temat, ile pokoleń jakiejś nacji musi mieszkać na ciągle tym samym terytorium, żeby przedmioty na takim pchlim targu były w swojej przeważającej masie pamiątkami tejże nacji - w tym przypadku naszej, polskiej, przedmioty, w których znajdowalibyśmy naszą wielowiekową tożsamość, bo tak na dobrą sprawę w Olszynach nasze były tylko winylowe płyty, z nomen omen Lombardem na czele. Nie chce mi się też komentować zdjęcia przedstawiającego Adolfa za szyba laguny, niby pozostawionego przez kogoś z roztargnienia, czy też sporych Leninów. Zazdroszczę za to drewnianych beczek, nawet jeżeli przywieziono je z Holandii. No i zazdroszczę, że oni tam to mają. Z okazji Waszej wycieczki po moim fotoreportażu proponuję kilka Bluesów borsuka, jakie wyszperałem w moim przepastnym archiwum tekstów - na ogół szkiców, a wiążących się, co prawda luźno, z pchlim targiem w Olszynach.




Pochwała deptaków

Deptaki przyciągają wszystkich. Weźmy taki Monciak. Idą. Niesamowicie różni. Idą czerpiąc przyjemność z misterium spaceru w tłumie. Taksują się dyskretnie wzrokiem. Starszy pan mierzy biust wyłowionej w tłumie seksbomby – kątem oka, aby nie zauważyła towarzysząca mu starsza pani. Młodzieniec o ciemnej karnacji wyławia ciemne dziewczyny, bo tak podobno działa biochemia potocznie zwana miłością. Oczy taksują leniwie pośladki (statystycznie na pierwszym miejscu co do przyciągania uwagi) i nogi. Tutaj swoich piegów nie wstydzi się rudzielec. Beznogi kombatant na wózku zamawia waniliowego loda. A teraz przechodzi jakiś brodacz o semickim nosie. Pewnie jaki pisarz. Po nim Cyganka. Cyganka na Monciaku? Och, może być. Po nim atleta w podkoszulku. Tu zdziwienia nie budzi nawet łapć z puszką na drobniaki albo Ukrainiec śpiewający aksamitnym tenorem dumki. - Wiesz – mówi kolega ze Zdun, fachowiec od radiestezji i spraw nadprzyrodzonych – widzę aury. - Jak to? - No bo każdy człowiek ma aurę. Wokół głowy. Niektórzy mają jasną, inni ciemną. Ci, co mają ciemną, to wampiry energetyczne. Po kilku minutach rozmowy z takim wampirem jesteś energetycznie wyssany. Kolega dyskretnie daje mi znać, kiedy mija nas taki wampir. Idą więc i wampiry, i wampirzyce. Idą milionerzy, biedacy, homo i hetero, aktorzy, głupi, mądrzy itd. Idzie nawet śmiały wróbel między nogami. Nie da się wymienić wszystkich, bo deptak jest nieskończony w swojej różnorodności. I przez to piękny. I demokratyczny. Tu nikt nie mówi, że trzeba zorganizować jakiś osobny marsz młodych, hetero, homo, rudych, inwalidów czy wampirów. To jest deptak, proszę Państwa. Tu wszyscy wiedzą, że są równi, choć każdy inny. Dla osób, które chcą się wyróżnić innością osobnym marszem w imię idei równości są inne miejsca, nie deptaki. tam dopiero ich inność będzie taka sama.








Dziadek

Mam figurkę, niecałe 20 centymetrów. Dobry pomysł na biznes. Tak myślałem. Idę do pierwszej z brzegu hurtowni w mieście. Gość ogląda, stuka w podstawkę jakby stukał w mój zakuty łeb. - Panie, to ma być za suwenir? - pyta ze wzgardą w głosie. - I w dodatku z gipsu. Mamy, panie XXI wiek, ludzie chcą coś trwałego, z mosiądzu, alabastru, a to jest, proszę pana, chłam. I coś znanego, na przykład Batmana. W drugiej hurtowni podobnie. - A jaka jest, proszę pana, wartość użytkowa produktu? - pyta gość. - Przecież to nie jest nawet dziadek do orzechów. W trzeciej hurtowni również totalna porażka. - Panie, to jest listopad. Już mamy w sklepach Boże Narodzenie. Nie ogląda pan TVN? Mikołaje, panie, Mikołaje... Mówi pan, długa seria, jest pan w stanie wyprodukować ze trzy tysiące egzemplarzy? A może by tak dodać mu czapkę Mikołaja? Abo na łbie mu bombkę? Wtedy może by wzięli. Ale tylko w sklepikach na przedmieściu. O hipermarketach pan zapomnij.

Tego już miałem dość. Wróciłem do domu i postawiłem dziadka na miejsce. Fakt, że gips... Ale kupiłem go za 15 zł w 1977. Zrobił go w akademiku Sordyl z KOR. A wtedy zrobić popiersie dziadka Józefa Piłsudskiego, nawet w małej serii, to było naprawdę ryzyko.









Autostrada Q1

Ziemia - mówimy tu o naskórku a nie ciele niebieskim - jest z ludzkiego punktu widzenia pełna fascynujących pamiątek. W Wielbrandowie kopano rów. Antoni Flisik w wykopanej ziemi znalazł kamień. Kiedy woda go wypłukała i wyostrzyła jego rysunek, zauważył rzeźbę - jakby jaszczurkę. Wygrzebał też duży pocisk w ogrodzie. Chciałem go zabrać, ale co by było, gdyby wybuchł w bagażniku? Jeszcze by mi rozwalił tapicerkę na tylnym siedzeniu. O łuskach nie ma co mówić, tyle ich tutaj. Te przypadkowe znaleziska zwróciły uwagę Flisika na inne pamiątki i na ich brak. Na przykład nie ma dziś tablicy na ścianie byłej szkoły, upamiętniającej zamordowanego nauczyciela. Gdzie ona jest? Powinna dalej wisieć - uważa Flisik - na ścianie ku pamięci - nauczyciela, ale i wojny i mordu. Nieco dalej, za Barłożnem, rok temu kończono ostatnie prace archeologiczne przed budową autostrady A-1. Kilkunastu dorosłych ludzi w przykuckach delikatnie przesuwało piasek. Stanęliśmy nad osadą, czyli wyciętymi pod różnym kątem na różną głębokość rowami. O tym, gdzie było palenisko, gdzie chałupy itd. miały niby świadczyć różne kolory piachu. Niech będzie - mamy tu ogólnie mówiąc cmentarzysko z któregoś tam rzędu. Nudna praca. Ciekawa byłoby, gdyby co na przykład metr natrafiano na kamienne toporki, krzemienne groty i inne uzbrojenie. Można by to wtedy do muzeum, a tak? Fura piachu w muzealnej gablocie? Po co to komu? Poszukiwacze skarbów też na ogół wyciągają z ziemi fragmenty kałachów i inne pociski. Kawał czołgu to rarytas. Obszukują liczne Górki Szweckie w poszukiwaniu rapierów i innych muszkietów. Oczywiście dobrze byłoby, gdyby trafił się jakiś skarb, ale militaria też są dobre. Generalnie na cmentarzu Ziemia znajduje się przede wszystkim fragmenty broni. Dotyczy to także zwierząt. Im lepiej uzębiony kościotrup takiego na przykład tyranozaura, tym u zwiedzających bachorów wydziela się więcej korzystnej adrenaliny.

W XXXI w. na IV Wszechświatowym Zjeździe Galaksjan toczyła się ożywiona dyskusja na temat budowy międzyplanetarnej autostrady Q-1. Prof. Kapax wygłosił referat o tym, czy należy w planie uwzględnić Ziemię, nędzną, zdegenerowaną planetkę. Był temu przeciwny. - Jak nasze atomowe buldożery zaczną niwelować jej powierzchnię, będzie wielkie BUM, tyle tamtejsza cywilizacja zostawiła w ziemi atomówek. Rozwali układ słoneczny - rzekł. Zapanowało wielkie poruszenie. Jeden przez drugiego pytał, co za durnie tam mieszkali. - Mieszkali Ludzie... Byliśmy jedyna rasą, która się ich nie bała - z dumą odpowiedział Pingwin.







Nie ma wolności...

Krótkie ostre komendy, wściekłe ujadanie psów, kopniaki. Brutalnie zagoniono ich do ciasnego pomieszczenia. Goła żarówka, brudna polepa, przerdzewiały zbiornik z wodą. Tu - jak to w więzieniu. Najsilniejsi ulokowali się najwyżej. I tak już siedzą od ładnych paru dni. Na razie zmarł tylko jeden. Strażnik nie mógł otworzyć przerdzewiałej kłódki i więzień się utopił. - Za dużo chciał na raz - skonstatował ktoś beznamiętnie z najwyższego pułapu. Dyskusje, jako że w dzień i w nocy ciemno, senne. Przeważnie o wolności. Najgrubsi, jako że dostają najwięcej żarcia, nie narzekają. Trudno się dziwić, przy ich tuszy po co im wolność? Pasibrzuchy. - Po co nam wolność, jak nie ma żarcia - bulgotali. Gorzej z tymi chudymi, przyzwyczajonymi do polowań we własnym zakresie. Nawet do dziobania w ziemi w poszukiwaniu chudego mięsa. A już Kiks to w ogóle... Wolny obywatel świata (tak mu się przynajmniej wydawało). Chudy, ruchliwy. I jako jedyny zawsze potrafił się wymknąć i wejść z powrotem. Nikt z pozostałych nie wiedział, którędy. Krata zamknięta na kłódkę, okna zabite stalową blachą. Ale wczoraj przyjechał jakiś gość w długim płaszczu. Gniewnie walnął (widzieli to przez kratę) w drzwi strażnika. Strażnik otworzył, a on oskarżycielskim paluchem pokazał na szwędającego się po podwórzu Kiksa. Dozorca coś tam nerwowo tłumaczył. - Głupi, nietutejszy, półdziki, no wie pan - mówił. Potem rozpoczęła się nagonka, zakończona ostrym pif pafem. Co tam wolność - chrząknął Brojler nr 34 - jeżeli można tak skończyć. - Ja tam mogę tu przesiedzieć całe życie - gulgnął potakująco tłusty indor. Ścierwo na podwórku nie wzbudziło w nich żadnych uczuć. Wiadomo, półdzika kaczka pekińska nigdy nie zrozumie społecznych zasad. Nawet jak nadeszła ptasia grypa.

Tadeusz Majewski

 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!