www.mamboteam.com
 
Strona główna
sobota, 29 kwiecień 2017
 
 
Głupiemu, pijanemu i zakochanemu Pan Bóg dopomaga. Regina Matuszewska - cz. XI Drukuj E-mail
sobota, 04 październik 2014
Dobrze pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz poszedłem do szkoły w Białachowie. Oczywiście zaprowadziła mnie moja mama. Pamiętam, że Pan zapytał mnie, czy znam się na zegarze. Tak, odpowiedziałem dumnie. A nauczył mnie odczytywać godziny z zegara mój starszy brat Jerzy. Szkoła w Białachowie jeszcze stoi, choć nie ma w niej dzieci. I żyje jeszcze mój Pan nauczyciel Stefan Gełdon. Mieszka w Nowem i ma prawie 90 lat. Ja też do młodych nie należę.
Edmund Zieliński










Jednego razu matka mówi – Reginciu, pójdziem do szkoły na zapiski


Ojciec miał gospodarkę, fach w ręku, potrzebna była żona. Dawniej morgi się liczyły. Był dobrym partnerem. Ojciec zaczął się przyglądać łączkowskim dziewczynom. Upodobał sobie najładniejszą pannę z całej wsi. Zachodził do niej, ona go zapraszała. Porozmawiał z jej rodzicami, zgodzili się co do ożenku. Dali na zapowiedzi i sielanka się skończyła. Przepraszała ojca, mówiła, że nie może za ojca wyjść, niech się nie gniewa. Za kilka miesięcy dała na zapowiedzi z chłopakiem z sąsiedniej wsi. Całe wesele płakała, szła do ślubu z płaczem. Po weselu zachorowała i leżała chora u swoich rodziców. Jej małżonek zebrał jakoś pieniądze na podróż i wyjechał do Brazylii. Wstydził się zostać w swojej wsi. Byłby pośmiewiskiem. Ona po roku zaczęła wstawać. Zaczął po kryjomu do niej przychodzić kawaler z sąsiedniej wsi. Nie tak daleko od niej mieszkał. Było ich pięciu braci. Wszyscy muzykanci. Wesołej osobowości byli wszyscy. Gospodarka nie była wielka i nie można było jej dzielić. Ojciec ich już nie żył. Chłopaki grali po muzykach, weselach i na swoje potrzeby mieli pieniądze. Nie miał ten kawaler szans na założenie rodziny w domu rodziny. Żenili wszyscy najstarszego w domu. On był z rzędu trzecim. U tej dziewczyny już brat był ożeniony w dom. Jak ktoś miał syna, to nigdy nie żenił córki do domu, choćby była i najstarsza. Po jakimś czasie wydało się, że ten chłopak chodzi do mężatki. Ludzie zaczęli się podśmiewać z nich wszystkich. Rodzice tej dziewczyny byli pobożni. Ojciec był w kościele za brastewnego. Chwalił się swoimi krowami i ładną córką. Pewnie gdyby była normalnie za mąż wyszła, to by tych krów kilka w posag dostała. Dostała od rodziców komórkę z oknem. Tam przychodził do niej ten chłopak już nie po kryjomu, bo dziewczyna spodziewała się dziecka. Szedł odważniej, ale zawsze ze wstydem. Jak się synek urodził, moi rodzice trzymali do chrztu. Ona się najmowała do roboty u ludzi, on też, gdzie mógł, tam robił. Na pewno rodzice też coś podrzucili do jedzenia, ale prędko zmarli. Musieli sami sobie radzić. Najgorsze było to, że byle kto mógł im palcem wytykać ich nierząd.

Oni już wcześniej mieli się ku sobie, ale nie mieli możliwości ułożyć sobie życia. On był wygadany, póki mu ktoś nie wspomniał o jego nierządzie. Czerwienił się, oczy spuścił i nic nie mówił. U moich rodziców często oboje coś robili. Za szycie odrabiali i na chleb coś zarobić. Biedy na nich nie było widać. Czysto i schludnie byli ubrani, tylko ten wstyd nad nimi ciągle wisiał. Po wojnie poszli do Prus na gospodarkę. Mieli już pięcioro dzieci. Odzyskane ziemie pomogły im założyć prawdziwą rodzinę. W którymś roku wzięli ślub kościelny. Dostali go, bo tamten mąż w Brazylii umarł. Na pewno już nie żyją. Nie wiadomo, czy takie życie mieli mieć, czy sami sobie takie ułożyli. Tego nikt nie wie. W tamtych czasach coś takiego przeżyć musiało się być silnym człowiekiem. Może coś dodawało tej siły, jak mówią Kaszubi, że głupiemu, pijanemu i zakochanemu Pan Bóg dopomaga. Może tak jest. Jakby żyli wszyscy jednakowo, nie dawali powodu do plotek, świat pewnie by nie był ciekawy. Nie byłoby w tych czasach rozrywki. Telewizji wtedy nie było, w wolnych chwilach ludzie musieli o czymś pogadać. Byli tacy, co się bardzo nie martwili jak kto żyje, ale byli i tacy, co tylko tymi nowinkami żyli. Mało im było swojej biedy, to szukali u innych.

 


Pani Regina i Jej pierwsze rzeźby


Jak byłam małym dzieckiem, to pamiętam malutką laleczkę. Jak ją postawił na główce, to sama się odwracała na siedzenie. Później się dowiedziałam, że miała na dole ołów w środku przyklejony. Nie wiem co się z nią stało, tyle tylko że ją pamiętam. Matki prosiłam, żeby mi zrobiła ze szmaty. Matka brała szmatę, przeważnie chustkę z głowy i uwinęła mi taką uwiniętą dziećkę. Taka była uwinięta, jak malutkie dziecko się uwijało. Co mi zrobiła, to było niedobrze. Jakoś sąsiadka u nas wtedy była. Matce się naprzykrzyło, jak nie chwyci tej lalki i tą lalką po plecach dostałam. Już więcej matki nie prosiłam. Wstydziłam się prosić, bo matka mówiła, że jestem kocią matką. Wszyscy wtedy tak mówili. Nikt dzieciom lalek nie kupował. Były ważniejsze wydatki. Bez czego się można było obejść, to się obywali.

Najgorzej mnie nęciło, gdy z rodzicami pojechałam na odpust. Odpust był w tej parafii, skąd wychodzili rodzice. Ojciec jechał wozem, i my dzieci, i matka razem z nim. Całą drogę zadawałyśmy rodzicom dużo pytać. W jednego konia po twardej drodze jechało się trochę prędzej, ale były i piaski i wtedy się jechało, noga za nogą, pomaluśku. Czasu było dużo, więc rodzice nam chętnie odpowiadali. Koło każdej figury i krzyża mówiła matka modlitwę; „Kłaniam Ci się Panie Jezu Chryste, żeś przez krzyż i mękę swoją, Jezu zbaw duszę moją.”

Gdy już byliśmy na szosie, ojciec mówi, zaraz zobaczycie kolejkę. Pierwszy raz zobaczyłyśmy długi rząd wagonów. Ojciec musiał trzymać konia, bo konie wtedy bały się kolejki. Później ludzie nazwali te kolejki ciuchcią, a jeszcze później wszystkie ciuchcie rozwalili. Kupili duże autobusy. Myślę, że te małe kolejki zrobiły wielką rolę w tych czasach. Mogły być do dzisiaj. Autobusy nam lekko nie przyszły i niszczą się prędzej. Wzorujemy się na innych krajach, jak nie mielibyśmy swoich. Powinniśmy żyć według swoich zasobów. Jak mnie nie stać na coś, bez czego mogę się obejść, nie pójdę do sąsiada, żeby pożyczać pieniędzy i kupić sobie coś, co inni mają. Jak mnie na coś nie stać, robię tak, żeby się bez tego obejść.

Przyjechaliśmy na odpust. Koło kościoła był duży, wolny plac i tam wszyscy zostawiali swoje konie i wozy. Konie się wyprzęgało i uwiązywało przy wozie. Na wozie koniowi się dawało świeżą trawę albo obrok w worku, to znaczy wieszało się koniowi na szyję worek z owsem. Ale obrok dawało się wtedy, gdy koń ciężko ciągnął. Okryło się konia derą, żeby go robactwo nie gryzło.



Pani Regina Wycina, w tle jej pierwsze obrazki


Dzwony zaczęły dzwonić, że już nie długo nabożeństwo. Dookoła płota kościelnego z zewnętrznej jego strony ustawili się kupcy ze swoim towarem. Można było obejrzeć różności. Było w tasach (stragany) wszystko, co oczy przyciągało. W jednym różańce, w drugim książeczki, w trzecim koraliki i obwarzanki, panienki z piernika i różne owoce. Mnie najbardziej nęciły tasy tam, gdzie wisiały lalki. Miały główki prawdziwe, z nóżkami i rączkami przyszytymi. Każda w innej sukieneczce. Zachwyciły mnie te małe piękności. Nawet nikomu nie śmiałam mówić o swoim marzeniu. Rodzice kupili nam po sznurku obwarzanków i udaliśmy się na nabożeństwo. Msza św. odprawiona była w kościele, a kazalnica była ustawiona na murawie przy kościele. Ludzie stali i siedzieli jak było wygodniej, zasłuchani w słowa innego księdza. Po nieszporach staliśmy bliżej bramy, żeby zobaczyć ciotki i wujków. Ojciec poszedł zobaczyć, czy koń dobrze stoi. Przyjechaliśmy do domu nad wieczorem. W domu marzyłam jeszcze o tych różnościach z odpustu, a najbardziej o takiej lalce, jakie widziałam w tasach.

Jednego razu matka mówi: Reginciu pójdziem do szkoły do zapiski. Szkoła była piękna. Nie każda wieś taką miała. Z daleka się bieliła, bo była biała, i miała duże okna. Na dole były z jednej strony korytarza dwie duże klasy. Z drugiej strony kancelaria i świetlica. Przez środek szeroki korytarz i siónka, w której była umywalka. Poszłyśmy na górę do pani nauczycielki. Pani kazała nam usiąść i z nami rozmawiała. Mnie dała ołówek i kazała mi narysować kółeczka. Mnie te kółeczka wyszły takie nieforemne. Zawstydziłam się tego brzydkiego rysowania. Pani spojrzała i mówiła, że pięknie narysowałam. Wzięła nas i poprowadziła nas na dół do szkoły.

 



Rzeźby Pani Reginy z 1999 roku


Tak mi się w tej szkole wszystko spodobało. Tyle kwiatów na oknach, w klasach i na korytarzu. Kaflowe piece, podłogi czyste. Trzy rzędy ławek. Na ścianach portrety Piłsudskiego, Mościckiego i Rydza-Śmigłego. Krzyż i biały orzeł. W świetlicy scena i ławki dookoła ścian. Przed szkołą trawa, chodnik z płytek i duże klomby z kwiatami. Drewutnia i ustępy z prawdziwego zdarzenia. Wielkie boisko i studnia cembrowana. Myślę, że ktoś się dobrze w gminie przysłużył. Pewnie to jeden mieszkaniec ze wsi. Był wójtem przez kilka lat. Takiej drugiej szkoły w całej gminie nie było. Może wybudowali, żeby Niemcy widzieli, że i u nas coś jest. Wieś leżała blisko pruskiej granicy. W dzisiejszych czasach też nieraz na pokaz się coś buduje.

Pierwszego września trzeba było iść do szkoły, było ze trzy kilometry. Rodzice pojechali do miasta. W domu siedziałyśmy z babcią Ciecierską. Przyszła do nas na gościnę na kilka dni. Mamie babcia obiecała mnie wybrać do szkoły. I babcia mnie ubrała, majtki z koronkami szydełkowymi, podwłóczkę, czyli białą halkę, batystową niebieską sukienkę, krakowski, szydełkowy serdaczek, białe pończoszki i czarne, kościelne lakierki. Jeszcze kazała mi ubrać płaszczyk. Ja płaszczyka nie ubrałam, ale w butach taki kawał drogi było mi ciężko iść. Przyszłam do szkoły ostatnia. Wszystkie dzieci ustawione w dwuszeregu. Ja też chciałam dołączyć do szeregu, a tu pan kierownik mówi: Ksepkówna, wróć się i powiedz wszystkim – dzień dobry. Wróciłam i powiedziałam to dzień dobry. Wszyscy się głośno śmiali, a ja się tak czułam, że bym się w mysią dziurę schowała.

 


Prace Reginy Matuszewskiej na wystawie w Muzeum Ziemi Kociewskiej w Starogardzie.


Wszystkie dzieci były boso, tylko córka nauczyciela była obuta i strażnika. Były w pięknych przewiewnych sukienkach. Ja na drugi dzień też przyszłam boso i bez żadnych serdaczków. Dzieci ustawiały się w dwuszeregu na korytarzu. Pan kierownik oglądał, czy mamy czyste ręce. Jak kto miał brudne, to dostawał linijką w łapę. Mało to się zdarzyło, każdy dbał, żeby nie być brudasem. Nogi też były oglądane. Najgorzej było tym, co krowy paśli. Nogi od wiatru i deszczu, nieraz się skóra pękała, trudno było myć, bo bolało, ale jakoś to szło. Były oglądane chusteczki. Każdy miał ładnie złożoną, a do przeglądu rozkładało się i trzymało w dwóch rękach. Oglądane były i uszy.

W zimie musiały się buty błyszczeć. Kto miał pastę, to było dobrze. Biedniejsi czyścili sadzami z garnka i drzwiczek od kuchni. Nieraz im się lepiej błyszczały, jak nasze od pasty. Dzieci dbały o buty. Nie wchodziły w kałuże. Buty musiały być suche, bo każdy miał tylko jedne. Mokre by się nie wyczyściły. Po przeglądzie zaśpiewaliśmy Rotę – Nie rzucim ziemi skąd nasz ród - i maszerowaliśmy dwójkami do klasy. W klasie, w ławkach staliśmy i odmówiliśmy codzienną modlitwę - Boże oświeć umysły nasze i zdolności itd. Po modlitwie siadaliśmy w ławkach. Wiedzieliśmy, co oznacza baczność i spocznij, marsz w lewo i w prawo.

Szkołę lubiłam bardzo. Chodziłam nawet w tęgie mrozy. Nieraz starsze dzieci nie przyszły, bo była zła pogoda. To co powiedziała pan, czy pan, to było święte. Ojca i matki tak nikt nie słuchał jak pani i pana. Do dziś czuję wielki respekt do dobrego nauczyciela. Chylę czoło w podzięce za wszystkie trudy, jakie ponoszą ludzie, którzy chcą przekazać to, co najlepsze małym ludziom. To co oni zaszczepiają w najmłodszych sercach, trwa przez całe życie. Później co zdobędziemy, łatwiej zapomnimy, tylko te pierwsze nauki najdłużej w nas siedzą. Na nauczycieli powinni być wybierani ludzie z powołaniem, bo to jest jak kapłaństwo. Oni kształtują charakter naszych dzieci, rozbudzają talenty w naszych dzieciach, starają się wychować każdego na dobrego człowieka. Jest źle, gdy ktoś idzie uczyć się tylko z braku innej pracy. Taki człowiek zrobi więcej szkody jak pożytku. Lepiej żeby sam to zrozumiał i się wycofał, póki mniej szkody. Według mnie, w dzisiejszych czasach młodsze klasy, a i starsze także, są za mocno obarczone różnymi przedmiotami. A jak czegoś jest za dużo, coś w końcu nie wytrzymuje. Nauka też musi być z umiarem. Lubiłam szkołę i uczyć się też, ale marzenia o lalce mi nie wygasło. Idąc ze szkoły popatrzyłam na słupy telefoniczne. Miały u góry takie ładne szkiełka w kształcie laleczki. Tak myślałam, żeby mieć takie szkiełko, by je ładnie ubrał to by była laleczka.

W następnym odcinku będzie o kopaniu kartofli, pastwisku i jak to Regincia lalkę sobie zrobiła.

1 września 2014

Opracował Edmund Zieliński





 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!