www.mamboteam.com
 
Strona główna
czwartek, 21 listopad 2019
 
 
Jak Ona patrzy na mnie niedokończonym okiem! [blog i dyskusja] Drukuj E-mail
poniedziałek, 27 październik 2014


Znam się trochę na malarstwie. Dwa lata temu Jola zaprosiła mnie, żebym ocenił jej prace. Mówiłem: To nie, bo z pocztówki, To nie, bo koń, To nie bo pretensjonalny obrazek, To nie, bo, bo, bo...To tak, bo w tym coś jest.. To nie, to nie, to nie i tak dalej.


Potem przyszła do mnie, żebym jej pokazał, co i jak ma malować. Malarstwo naiwne! - wykrzyknąłem i wpisałem to w Google. Pojechaliśmy od Nikifora, przez Ociepkę do... - O, tak chcę! - nagle wykrzyknęła Jola, gdy Google wyrzuciły nas do Hieronima Boscha, w dodatku prosto do Sądu Ostatecznego. - Jolu - rzekłem - musisz się przejechać wehikułem czasu do tamtej epoki, zamknąć się na lata i malować bez komórki w kieszeni, jamników i telewizora. Dzisiaj Jola maluje całkiem nieźle, chociaż nie jest jeszcze Hieronimem Boschem. Malarstwo to pułapki, tajemnice, doświadczenia często mistyczne, to wreszcie specyficzne życie, czasami z obciętym uchem. Najgorzej, gdy malarstwo traktuje się jako sposób na zarabianie. Wiem coś o tym, bo to robiłem. Malowałem, sprzedawałem, w końcu doszedłem do wniosku, po co wymyślać samemu tematy, jeżeli można kopiować.



I zacząłem - nie jakichś tam banalnych Kossaków, Wyczółkowskich, impresjonistów, od razu wziąłem się za moich ulubionych mistrzów średniowiecza, a następnie odrodzenia. I się kręciło. Zachęcony sukcesami dałem Damę z gronostajem czyli łasiczką do Remexu (w czasach PRL-u można było sprzedać dzieło na Zachodzie przez Remex, Cepelię i Desę). Po dwóch miesiącach z Remexu przyszło zamówienie na 25 sztuk Dam z łasiczką Leonarda da Vinci - do RFN-u, odpis dewizowy bodajże 27 procent w dojcze markach. Nagle poczułem się krezusem - zacząłem przeliczać zarobione dojcze marki na złotówki. No i wziąłem się do roboty. W stolarni w Kocborowie zrobili mi 25 blejtów, nawet część wyfrezowali. Kupiłem lniane płótno, napiąłem na tych blejtach, otworzyłem uczone księgi i zacząłem wedle nich gruntować. Następnie porobiłem kratki i dzień po dniu nanosiłem ołówkiem elementy damy (w celu poprawienia tempa wyciąłem szablony tych elementów i rysowałem według nich). Szło dobrze, ale wolno, wobec tego poprosiłem córkę Anię (wtedy III klasa SP), żeby mi pomogła malować tło. Po kilku miesiącach na poddaszu pod wielkimi świetlówkami stało 25 Dam z łasiczką czyli gronostajem w różnych stadiach rozwoju. Po następnych kilku miesiącach te stadia się jakby wyrównały - wszystkie damy miały już ubrania, smukłe dłonie, jakkolwiek bez paznokci, rude włosy z przepaską jeszcze bez laserunku, gronostaj tu i tam miał już zgrabny pyszczek, plamkę życia w oczach i wąsiki. W końcu było już prawie wszystko oprócz twarzy, bo te zostawiłem sobie na koniec jako element wymagający najwyższej staranności. Po wypiciu zbożowej kawy (Tchibo mieli w Pewexach) i zjedzeniu bułki z serem zacząłem pierwszą twarz - delikatnie, według szkicu i reprodukcji z bombonierki, i jakoś szło. Po zrobieniu pierwszej twarzy z satysfakcją skonstatowałem, że jest taka sama jak na bombonierce. Potem malowałem drugą, trzecią, piątą, dziesiątą i nagle - przystanąłem jak Forrest Gump w scenie biegu przez Amerykę. Spojrzałem na klony 25 dam, na ich twarze - każda była niby taka sama jak na bombonierce, ale - gdy spojrzałem na nie stojące w szeregu wzdłuż świetlówki - ogarnęło mnie przerażenie: każda była inna, i każda inaczej na mnie spoglądała, ale wszystkie jawną drwiną. A ostatnia miała szyderczą twarz brodacza z olbrzymią głową, któremu ruszały się dziwnie usta wydając włoskie dźwięki, aż w końcu ryknęły ohydnym śmiechem. Porzuciłem pędzle, przewróciłem baniak z terpentyną i z krzykiem zbiegłem po drabinie z poddasza. Nie zaglądałem tam przez kilkanaście lat. Gdy ocieplaliśmy strych, poprosiłem szałkarzy, by znieśli mi te damy. Schodzili z 25 Damami z łasicą cmokając z zachwytu. - I co pan z nimi zrobi? - pytali. - Weźcie je sobie, dokończcie - rzekłem szeptem, zamykając oczy, żeby nie widzieć twarzy Dam i Leonarda da Vinci. Wzięli oprócz jednej. Słyszałem, że dokończyli - szałkarze umieją wszystko - i całkiem nieźle zarobili, ale jak mi kilka lat później mówił spolonizowany Ukrainiec Gawryła Patapycz Priuskwin - każdy z nich źle pakończył - Kanapka zapił się na śmierć, bo chciał namalować Sąd Ostateczny, ale nie było wówczas lnianego płótna, Wirus wylądował na oddziale ostrych psychoz maniakalnych mniemając, że jest większy od Leonarda, a Pintala (ksywka od "daj piątala", tak żebrał) zbudował hodowlę tchórzofretek i utopił się w ich basenie. Od czasu do czasu robię porządki w swoim magazynie. W jednym rogu stoi Ona, nieskończona, bez laserunków na rudych włosach, bez paznokci, bez cieni, z zarysem oczu - właściwie jeszcze podmalówka. I co dziwne, a właściwie straszne, czuję jej spojrzenie, pomimo że przecież to jest niemożliwe. A czasami słyszę w głowie jej szept: Otarłeś się o granice szaleństwa kpiąc z boskiego Leonarda. Kilku malarzom próbowałem ją wcisnąć, żeby ją dokończyli, bo sam już do końca życia nie wezmę do ręki pędzla. Wzruszali ramionami jakby czując zastawioną pułapkę. Proponuję przez Facebooka, ale na razie nic z tego nie wychodzi. Ostatnio odmówiła pani Marlena z Gdańska. Cóż. A może ktoś z Was...?




 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!