www.mamboteam.com
 
Strona główna
wtorek, 22 sierpień 2017
 
 
Postulat numer 14 - cz. 1. Co na wyciągnięcie ręki, ale nie do dotknięcia Drukuj E-mail
poniedziałek, 19 styczeń 2015

Wstęp na Fb

Nie pisać nigdy całości od razu!

Na dłuższy czas mnie zamurowało na Fb. Napisałem otóż dwa tygodnie temu jednym tchem długi tekst na temat lat pierwszej Solidarności w ramach sprzeciwu przeciwko wypowiedziom w Sieci o rzekomo rządzących obecnie "solidaruchach". Mnie to obraża, wobec tego zacząłem walić w klawiaturę i powstał za jednym zamachem cały tekst pt. Postulat numer 14. Wyciągnąłem z niego czwartą część o malarzu Marianie (najlepiej opracowaną) i wstawiłem na Fb, co było błędem, gdyż tam nie ma uzasadnienia tytułu. Cały tekst opowiada o pierwszej Solidarności, ale nie tej tam w wielkich miastach, skąd rzeczywiście rekrutowali się późniejsi Panowie Politycy (kim oni byli, już właściwie wiemy), a na prowincji, gdzie w pierwszej S działały miliony, marząc o czymś zupełnie innym niż, to co dzisiaj urządzono. Przy okazji jest to zebranie moich wspomnień, być może wymyślonych :) Zilustrowałem ten tekst zdjęciami z Pelplina, bo być może tam toczyło się to, co tu przedstawiam :) Kto nie lubi czytać, może obejrzeć zdjęcia - stare pocztówki i fotki, jakie zrobiłem w zeszłym roku...






Postulat numer 14
Fragmenty – cz. 1

Dom Pomocy Społecznej mieścił się gotyckim budynku byłej kościelnej uczelni odebranym Kościołowi przez komunistów. Latem rodzice odwiedzający dzieci wychodzili z nimi na zewnątrz do ogródka ze skromnymi przyrządami, wśród których królowała odrapana, prymitywna huśtawka na dwie osoby. Czasami wychodzili dalej – po betonowym moście ozdobionym ciężkimi tralkami, z rozdwajającymi się już za rzeką schodami, z bijącym źródłem w rombie między nimi i wchodzili na teren ogrodu otaczającego Pałac Biskupa, gdzie alejki prowadziły nad wielki Biskupi Staw. Czasami w letnie, gorące dni wysokie słońce prześwietlało nawet z pół metra zgniłej wody, rozjaśniało ją i dzięki temu widać było co kilka centymetrów czarne, znieruchomiałe cienie karpi, a blisko brzegu już nawet ich szczegóły – zielone grzbiety pokryte jakby omszałą łuską, wielkie łby i pełne pretensji rozdziawione usta. Być może te największe okazy, pławiące się dla bezpieczeństwa w środku stawu, żyły od czasów średniowiecza.

W takie upalne dni opiekun ogrodu wchodził w woderach po pas do wody i wyrzucał kilka do taczki szypą. Bezwstydnie nażarte ryby niespecjalnie podejmowały walkę o życie, jakby ten syty w słońce i jadło dzień był absolutną kulminacją ich życiowego szczęścia, po którym nie ma już sensu walczyć o cokolwiek, bo cokolwiek nigdy już nie będzie takie, jak w ten akurat dzień.

Z rzadka po parku spacerowały zakonnice, a mijający je goście patrzyli na nie udając, że nie patrzą, chcąc odczytać jakąś niezrozumiałą dla nich tajemnicę z ich bladych twarzy, okolonych biało-czarnymi nakryciami głowy. Zapewne zdumiewali się, jak można odwrócić się w życiu od słońca i ukrywać ciała w cieniu drzew i w tych dziwnych pingwinich ubiorach.

Na trzecim piętrze mieszkały najtrudniejsze przypadki, takie, z którymi nie można było się skomunikować. Nie to co niżej, gdzie mieszkali chłopcy rozumiejący co się do nich mówi, a nawet od biedy rozmawiający. Przy głównym wejściu przybyłych w niedziele gości na ogół witał Arek ciągle tymi samymi słowami: "Dlaczego ja taki jestem?" I od razu sam sobie odpowiadał: "Bo tak musi być". Fenomenem w DPS-ie był Beno. Każdy, kto pierwszy raz wdawał się z nim w pogawędkę, nie wierzył, że on również jest z tamtej strony. To znaczy zaczynało się od pogawędki, a potem Beno ciągnął niemożliwy do przerwania jakiś tam dla niego logiczny monolog, który w stanie euforii uzupełniał muzyką zespołu Abba z przenośnego ciemnoniebieskiego magnetofonu.

W brzydkie dni i przez całą zimę ścieżka spacerowa wiodła w chłodnym cieniu gotyku. Po naciśnięciu ogromnej, niemieszczącej się w jednej męskiej dłoni kutej klamki, po właściwie siłowaniu się z nią, otwierały się malutkie, ale potwornie grube i ciężkie dębowe drzwi i schodziło się po schodach do gotyckiego krużganku, otaczającego zawsze zamknięty wirydarz, leżący pomiędzy bazyliką katedralną a budynkiem DPS-u. Wirydarz budził ciekawość, jak wszystko co bliziutkie, co na wyciągnięcie ręki, ale nie do dotknięcia, co niedostępne i zakazane, i – w tym przypadku – na dodatek niewyraźne z powodu brudu i krzywizn szybek w kształcie karo oprawionych w ołów. W ostrołukach ścian krużganka wisiały olbrzymie barokowe obrazy, przedstawiające pełne grozy sceny biblijne, niektóre wyblakłe, a niektóre z soczystymi barwami po renowacji. W jednym ostrołuku, zdaje się po zdjęciu barokowego dzieła, ukazał się gotycki fresk – ukrzyżowany Pan Jezus Chrystus.



W połowie sierpnia 1980 roku, po przypisaniu odpowiednich środków uspokajających, bez których DPS nie mógłby funkcjonować, doktor Doktor wyszedł z gabinetu Pani Pielęgniarki (jakże piękna, regularna twarz, szkoda, że taka zawodowo nieprzenikniona – myślał doktor Doktor – raz tylko trochę się otworzyła mówiąc, że ma problemy z zasypianiem i poprosiła o poradę, a on żartem odpowiedział: "Mniej grzeszyć", co na zawsze zamknęło to pierwsze otwarcie), zszedł po schodach, przeszedł bramę i zatrzymał się zdziwiony, gdyż akurat przed jego nosem zahamował jelcz, czyli ogórek.

Po chwili otoczyła go gromada pensjonariuszy DPS-u, którzy akurat wrócili z corocznego obozu nad jeziorem Mroczne. Niektórzy mieli na sobie harcerskie mundury, co bardzo nie podobało się doktorowi Doktorowi. – Są nawet i tu, wśród takich ciężkich przypadków – westchnął z rezygnacją, mając na myśli komunistów i ich wszędobylskie przyczółki.

– Pan doktor Doktor nasz kochany! – wykrzyknął Beno, trzymając w jednej dłoni obozowy tobół, a w drugiej radiomagnetofon. – Wracamy z dwutygodniowego obozu! Pan Meger łowił co wieczór durszlakiem ponad trzydzieści raków, a Panowie z Miasta zastawiali pupy na węgorze i nad ranem wyciągali ze dwieście... Proszę posłuchać Abba... Nie zna pan zespołu Abba?! Dla pana, panie doktorze kochany Doktorze – raz, dwa, trzy... raz, dwa, trzy – "Waterloo"!
I nagle w gotyckie mury bazyliki katedralnej walnęło na maksa puszczone "Waterloooooo".

– To tutaj niestosowne, barbarzyńskie dźwięki wobec wieków ciszy katedry – rzekł szorstko doktor Doktor, zastanawiając się, jaką by teraz dał Benowi dawkę Valium na uspokojenie, ale Beno dopiero się rozkręcał... – A pan Meger grał nam codziennie rano "Pobudkę" i wieczorem "Ciszę". Pan Meger potrafi i zaraz zagra dla pana doktora Doktora. Niechże pan zagra, panie Meger (instruktor obozowy Meger już wiedział, skąd u Bena takie wyszukane konstrukcje zdaniowe, poznał jego życiowe tajemnice na obozie). Czy pan Meger może zagrać? – zwrócił się Beno do Harcmistrza Osojcy, który akurat wysiadł z ogórka.

Meger poczuł się nagle bardzo skrępowany, gdyż źrenice doktora Doktora zrobiły się dziwnie żółte, jakby tygrysie i absolutnie nie mógł odgadnąć, czy ten tygrys chce posłuchać jego gry na trąbce, uściślając kornecie, czy się na niego wściekle rzuci. Po chwili zaryzykował – otworzył futerał, założył ustnik, zwilżył wargi i... – Ale, ale, przecież jest południe. A "Pobudkę" gra się rano, a "Ciszę" wieczorem – rzekł z wahaniem.

– To proszę połączyć jedno z drugiem – zakomenderował podekscytowany Harcmistrz Osojca – i będzie "Południe". I triumfalnie przemaszerujemy do DPS-u. Baczność! Biegiem marsz!
Na tę wewnętrznie sprzeczną komendę niektórzy prawie pobiegli, a niektórzy prawie pomaszerowali, co i tak na jedno w ich przypadku, osób od urodzenia z trudem chodzących, wychodziło.

Orszak minął marszobiegiem bramę i przy dźwiękach "Ciszy", "Pobudki", "Waterloo" oraz dźwięków bębna, w który tłukł z zapałem Harcmistrz Osojca, skierował się w stronę drzwi DPS-u. Wszystkie te dźwięki oczywiście popłynęły także za most, za cichą rzekę i z ogromną siłą uderzyły zmasowanymi decybelami w Biskupi Pałac, gdzie akurat Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup czytał po raz czterdziesty siódmy 124. stronę dzieła "De imitatione Christi".

Wszystkim po pięć dawek Valium – pomyślał doktor Doktor patrząc na to całe wariactwo i wreszcie doszedł do żółtej syrenki 103. Już miał otworzyć drzwi, gdy nagle za wycieraczką ujrzał jakąś ulotkę z czerwonym napisem SOLIDARNOŚĆ. Wziął ją do ręki i zaczął czytać, początkowo od niechcenia, a po kilkunastu zdaniach już z wielkim zainteresowaniem. Był to numer gazetki ze Stoczni z 21 postulatami – numer, który – jak się później okazało – spowodował reakcję łańcuchową, doprowadzając do wielkich, historycznych zdarzeń, o których już wkrótce jako o pierwszych i najważniejszych na świecie miały informować wszystkie światowe media, do wielkiego sprzeciwu i gorączkowych ruchów światowych wojsk, a na końcu do rozwalenia Berlińskiego Muru.

Niewiarygodne, ale wszystko to zaczęło się przez nędzny biuletyn z 21 postulatami, jakiś właściwie świstek papieru, zatknięty z wycieraczkę syrenki 103 doktora Doktora przed bazyliką katedralną, obok DPS-u.

Doktor Doktor czytał siedząc w syrence, zafascynowany tym, co wreszcie może się stać po tylu latach ciągłego oczekiwania, nie zważając już na oddalającą się szaloną muzykę pensjonariuszy DPS-u i od czasu do czasu sięgając ze wzruszenia do teczki po kolejną porcję Valium.

Tadeusz Majewski


PRZEJDŹ DO CZĘŚCI CZWARTEJ

 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!