www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 15 listopad 2019
 
 
Strzygi, czarownice i farmazony w spotkaniu z legendą REGINY KOTŁOWSKIEJ Drukuj E-mail
czwartek, 29 styczeń 2015
W obecnej dobie zafascynowania wampirami, wywodzącymi się od transylwańskiego arystokraty Draculi, cieszącego się niechlubną sławą krwiopijcy Vlada Palownika, w dobie ciągle powielanych jego analogii w niezliczonych adaptacjach literackich, filmowych i rysunkowych, nikt nie zastanawia się nad polskimi źródłami dotyczącymi wampiryzmu, czarownic magii czy demonów. Wolimy oglądać skandynawskie trolle, białoruskie rusałki, bałkańskie wiły, czy japońskie nie wiadomo co,  niż słuchać o lokalnych strzygach, wiedźmach czy farmazonach.
Od zarania dziejów, praktycznie we wszystkich kulturach świata pojawiały się i istniały różne demony -  złe moce, których się bano i dobre, które proszono o przychylność. To krótka opowieść o  nich i panującym w czasach im współczesnych zabobonie.

Osobiście uwielbiam podania i legendy. Zwłaszcza fascynujące są te, których korzeni można szukać w lokalnym środowisku. Wiele z nich ma  podłoże udokumentowane w źródłach. Opisują wydarzenia, osoby, czy twory przyrodnicze nawiązujące do rzeczywistych faktów historycznych. Są co prawda mocno wypaczone, ale są też obrazem mentalności miejscowej ludności na przestrzeni wieków i dziejów z nimi związanych. W zwykłych księgarniach ciężko dostać jest podania czy legendy regionalne. Właściwie legendy  z różnych regionów można kupić głównie w muzeach lub punktach związanych z przewodnictwem turystycznym albo szperając głębiej w Internecie. Wydawane w niewielkich nakładach trafiają zwykle do regionalnych koneserów, a znikoma ilość, jako forma nagrody, do uczniów, nie bardzo doceniających na tym etapie ich wartość.

Istnieje pewna zależność między ilością legend a środowiskiem geograficznym. Tam, gdzie krajobraz jest urozmaicony – legend jest odpowiednio więcej, niż tam, gdzie mamy do czynienia z jego monotonią. I nie można zaprzeczyć, że Bory Tucholskie, mnogość jezior, bogactwo narzutowych głazów i wreszcie sama architektura dostarczają tematów aż nadto.
Zasadniczą ich treścią jest walka dobra ze złem, często przy pomocy sił nadnaturalnych. Jednak sposób zmagań i rodzaje kar są charakterystyczne tylko dla regionu, dla tej rzeczywistości.
Wiele naszych legend i podań nawiązuje do wiary chrześcijańskiej. Ich dydaktyczne zadanie jest przestrogą, że lepiej nie złorzeczyć, nie przeklinać innych, nie prosić nierozsądnie, bo wszystko się może spełnić, ale skutek może przerosnąć zamiary.
To spotkanie ma na celu przybliżenie tych z dreszczykiem emocji i strachu. Moje legendy mają udokumentowanie w źródłach, co oznacza iż w przeszłości osoby w nich wymienione żyły w okolicy, a zdarzenia miały miejsce. Budowle, które stanowią tło ich istnienia albo jeszcze wznoszą się ku górze, albo zachowały je ludowe opisy. A miejsca z nimi związane ciągle je przypominają.
Jedna z moich legend opowiada o dawnych zwyczajach ludowych związanych z sobótkami, w które  niewinnie wplątana została historia pewnych niewiast, z niewiadomych przyczyn uznanych za wiedźmy. Na marginesie dodam, że słowo czarownica, utrwaliła w polskiej terminologii ludowej książka „Młot na czarownice”, napisana w czasach świętej inkwizycji, rozpętując prawdziwe piekło nietolerancji, nienawiści i polowań na ludzi.   W terminologii ludowej na Kociewiu  nazywano je: wiedźma, jędza, rokita, ropucha, babucha, czarocha, ciota i ciotucha, czy jandzóna baba. Ostatnio znalazłam nawet ludowe określenie „dziwożona”, będące odpowiednikiem słowa wiedźma, czy heksa. Myślę, że przynajmniej niektóre z tych nazw obiły się w przeszłości o państwa uszy.

Czarownice czy wiedźmy to zwykle kobiety, które wyróżniały się w małych wiejskich społeczeństwach, np. umiejętnością leczenia ludzi za pomocą ziół, które umiały np. obserwując pogodę wysuwać wnioski dotyczące jej prognoz, wróżyć, a przynajmniej robić takie rzeczy, które uważano za czary. Początkowo te osoby były bardzo poważane w środowiskach, w których żyły. Pomagały przy porodach, w chorobach, w leczeniu ran czy złamań. Były traktowane jako mądre kobiety. Służyły nie tylko  radą ale i  pomocą. Często szacunek im okazywany brał się z lęku, jaki odczuwano wobec ich wiedzy i zaradności.
Dopiero zainteresowanie Kościoła ich działalnością spowodowało, że przylgnęło do nich miano wiedźmy – czarownicy. Zaczęto utożsamiać je tylko i wyłącznie ze złem. Czarownica nie musiała być stara i brzydka. Mogła przybierać postać kobiety młodej albo nawet jakiegoś zwierzęcia. Nie musiała być samotna, nie musiała żyć na odludziu. Oskarżenia rzucano na żony, siostry, matki czy córki. Zawsze przypisywano im wróżbiarstwo i czary. Należy też dodać, że nie była to profesja zarezerwowana tylko dla kobiet. O czary oskarżano też mężczyzn, ale były one o wiele rzadsze, by nie rzec sporadyczne.

Będąc uczestnikiem sobótkowych zabaw przy ogniu, albo z nieżyczliwych ust sąsiada łatwo można się było narazić na pomówienie o czarostwo, a tym samym o konszachty z diabłem. Każda okolica miewała swoją Łysą Górę, a właściwie miejsce, gdzie odbywały się biesiady i sabaty i wcale nie musiało to być wzniesienie. Na smętowskiej ziemi takim miejscem było Wzgórze Trzech Panów –  wzniesienie na granicy dóbr właścicieli Frący, Jani i Kopytkowa.  Źródła dotyczące  procesów o czary podają też  bliżej nieokreśloną łąkę – pole  pod Lalkowymi. Dla okolic Starogardu takim miejscem było Piekiełko.
W aktach sądowych  procesów z latach 1689 – 1747 w Nowem nad Wisłą figuruje 27 nazwisk osób oskarżonych o czarostwo.  Jedne zostały postawione przez sąd z „pomówienia” sąsiadów, inne „powołane” przez kobiety torturowane i maltretowane podczas przesłuchań. Wśród nich znalazły się  kobiety ze wsi, które opisują moje legendy. Bo przecież z podejrzeniem o czary mogła się spotkać każda kobieta.
Za główne zajęcie czarownic uważano odbieranie mleka krowom, sprowadzanie zarazy na bydło, czy rzucanie uroków na ludzi. Znakiem takiego rzuconego uroku mógł być np. kołtun na głowie. Sądzono, że można zaczarować krowę „na odległość”, podchodząc do zagrody i wypowiadając stosowne zaklęcie lub urzekając wzrokiem, albo pożyczając jakiś przedmiot związany z gospodarstwem domowym wtedy, gdy ocieliła się tam krowa. Krowy w wyniku tego natychmiast traciły mleko, przestawały się doić lub dawały mleko podobne do rzadkiego ciasta czy zmieszane z krwią . Kociewiacy bali się też „chciwych oczu”, które wpatrywały się zbytnio w zwierzęta, bo wierzono, że wywołują ich choroby a nawet śmierć. Wiedźmy miały rzucać złe uroki, na tych którzy się im nie spodobali, umiały zmusić do miłości podając podstępnie  ofierze „zachęcki” do spożycia, umiały też opętać. Stąd np. małym dzieciom zawiązywano czerwone wstążeczki w łóżeczkach, co i dziś się spotyka. Do dziś można też usłyszeć jeszcze wiele opowieści o czarach. Na marginesie: Skórcz, jako rzekomą siedzibę czarownic, nazywano Kołtuniewem.


Torturowana w 1699 roku, mieszkanka  Smętówka w parafii Lalkowy, Regina Jakubowa Krajniczka : „(...) Zeznała, że w Bylawkach karczmarzowi kazała krowę udusić, a to dlatego, że jej florena nie pożyczył. Zeznała, że Tomkowej kazała klaczy nogę wykrzywić, a to dlatego, że ją łajał i był zły na męża jej. Zeznała, że krowę co się ocieliła i drugie cielęta dała podusić we dworze, a to dlatego, że Jej Mość chleba nie dał kiedy prosiła.”
Gdy już kobietę oskarżono następował proces udowadniania winy, bo o niewinności nie mogło być mowy.
Generalnie wszystkie przesłuchania w sprawie czarów i obcowania z diabłem wyglądały podobnie. Odbywały się według pewnego zaakceptowanego przez kościół scenariusza, chociaż przed sądami miejskimi, a wykonawcą kar było środowisko świeckie. Ławą sędziowską przewodziła zwykle osoba z szacownego  rodu szlacheckiego, co niewątpliwie dodawało  powagi procesowi i nie czyniło z niego farscy katolickiego fanatyzmu. W Nowem urząd sędziego sprawowali Czapscy – panowie na Rynkówce.
Fundamentalnym środkiem dowodowym na początku procesu był zawsze tzw. „sąd boży”. Oskarżoną poddawano w  nim zwykle jednej z wymienionych prób: gorącej wody, rozpalonego żelaza, ognia, zimnej wody lub wagi.
W Nowem sądem bożym było pławienie, czyli próba wody. Same obwinione często same o nią błagały, wierząc, że ta uwolni je z zarzutów. W takich przypadkach skrępowaną w tzw. „kozła”  niewiastę w ubraniu rzucano na wodę, którą czasami wcześniej święcił ksiądz i jeśli ta nie utonęła, a biorąc pod uwagę, że objętość sukien działała jak ponton, następowało to często, uznawano ją winną czarostwa i tortury dopełniały reszty dzieła. Miejscem pławienia okolicznych czarownic była Wisła lub niewielkie nowskie jezioro, do dziś  zwane Jeziorem Czarownic. Ale przecież w wielu miejscowościach pamiątką po tamtych czasach są występujące w nazewnictwie: czarcie góry, czarcie jary, diabelskie głazy, szubienicze wzgórza czy baszty czarownic.

Oskarżane o zadawanie się z diabłem, poddawane niewyobrażalnym mękom fizycznym i psychicznym przyznawały się w większości przypadków prędzej czy później do stawianych przez sąd zarzutów. Makabryczny musiał być dla obwinionej już sam pokaz narzędzi tortur. Uświadamiał jej ogrom mąk, które mają wymusić zeznanie przyznania się i wskazania wspólniczek ewentualnie wspólników diabelstwa. Zastraszone i sponiewierane w końcu uznawały stawiane im zarzuty rzucania uroków i jednym tchem wymieniały dziesiątki nazwisk rzekomych wspólników w procederze. Bywało, że torturowana niewiasta traciła przytomność. Nieświadomi tego oprawcy, prowadząc dalej swoje zabiegi, mające wymusić wyznanie winy, często przyczyniali się do  śmierci ofiary. W takich przypadkach w aktach procesowych brak informacji o rzeczywistej przyczynie zgonu. Uznawano, że ta śmierć jedynie potwierdza współudział czarta, który tak wyzwalał swoją wspólniczkę, przed karzącą ręką sprawiedliwości.


Jedną z tortur stosowanych też  w Nowem, gdzie odbywały się wspomniane procesy o czary, było rozciąganie. Używano do niego ławy, drabiny lub zawieszano w powietrzu. Wykręcano w ten sposób kończyny – ręce i nogi, rozciągano całe ciało. Odbywało się to na żelaznych szpikulcach nabitych na wałki, na którym leżała maltretowana ofiara. Wobec oskarżonych o czary nie było żadnych przejawów litości czy miłosierdzia. Co więcej uważano to za chrześcijański obowiązek i czyniono „na chwałę Bożą” – czarodziejska moc musiała być zabita.


W mojej legendzie o sobótkach  znalazły się dwie kobiety oskarżone o czary, które zamieszkiwały we wsiach administracyjnie przynależnych dziś do gminy Smętowo Graniczne i tak dawniej jak i teraz do parafii p/w Św. Barbary w Lalkowych.
W 1699 roku protokolant zanotował:„ ( ... ) Na wolą i afektacją J. M. Pana Jerzego Czapskiego z urzędu sądowego nowskiego deputowani będąc, to jest pan Krzysztof Lalkowski podsołtysi nowski i pan Zachariasz Szramka sądowy nowski do wsi Smętówko, a to dlatego, że mając obwinioną i w podejrzeniach Reginę Jakubową Krajniczkę o czarostwa, która dobrowolnie prosiła się na wodę, żeby była próbowana. Ichmościowie tedy dali próbę uczynić na wodzie, która przy licznych świadkach pływała pod trzy razy na wodzie i woda jej przyjąć nie chciała ( ... )”
Drugą kobietą sądzoną przed nowskim trybunałem była wspomniana w legendzie Marianna Grześkowa z Lalków (Lalkowych). Protokół z jej przesłuchań  w 1701 r. zanotował, że: „ (...) Sąd prosił, by dobrowolnie przyznała się do swych uczynków, która żadnym sposobem nie chciała się do niczego przyznać, twierdząc, że nie jest niczym winną, prosząc się dobrowolnie na wodę, (...) która natychmiast raz, drugi i trzeci wierch na wodzie pływała (...). Tak związaną przez próbę wody, po czym w beczkę wsadzona będąc przez sprawcę do więzienia (...) zawieziona(...)”
Zwykle transport oskarżonej na miejsce pławienia i z powrotem również odbywał się w beczce wiezionej na wozie, by nie miała żadnego kontaktu z ziemią. Czasem beczkę zastępował inny, ku temu przeznaczony transport – kosz, kolebka drewniana, wydrążony pień. Wierzono bowiem, że taki kontakt za sprawą diabła dawałby jej większą moc. Tę beczkę zawieszano w celi nad posadzką. Nie dopuszczano na jej opuszczenie pod żadnym pozorem. W niej też trafiała do sądu, a tam zasiadała na ławie tortur. Wszystkie czynności musiały gwarantować oskarżonej  brak kontaktu z diabłem.  A za takiego np. mógł zostać uznany zabłąkany  kot, który przypadkiem znalazłby się w pobliżu.
Wreszcie samo wykonanie wyroku. Oczywiście zwykle najwyższego. Nowe było zbyt biedne, by utrzymać swojego kata, dlatego wypożyczało go ze Tczewa, oczywiście za odpowiednią zapłatą i nie do jednorazowego wykonania kary ale przy większej ilości wyroków, a więc raz na jakiś czas.
Akta procesów o czary na Kociewiu mogłyby stanowić scenariusz niejednego filmu. I zapewniam, że dostarczyłyby nie mniej emocji niż najlepsze sceny z filmów akcji. Jakże wiele cierpienia, krzywdy i niesprawiedliwości było udziałem kościoła omotanego zabobonem.
Mimo oficjalnej uchwały sejmowej z 1776 roku zakazującej sądom rozpatrywania spraw o czary, wiara w działalność czarownic była jeszcze długo rozpowszechniona wśród prostego ludu.
Świadczy o tym  artykuł z 1869 r. księdza Szczepana Kellera, pierwszego redaktora „Pielgrzyma”, w którym opowiada o tym jak zabobonny lud chronił się przed czarami. Było to tak – osoba nosiła przy sobie lub przechowywała w domu kartkę, na której przedstawiony był Jezus na krzyżu, a pod nim napisany był tekst: „Zaklinam was czarowników i czarownice mocą Trójcy Przenajświętszej, mocą Boga Ojca, mocą syna, mocą Ducha Świętego….(tu długa lista zaklęć) i dalej „pod tą tedy straszną przysięgą wszyscy czarci przeklęci, wszyscy czarownicy i czarownice, abyście się nie ważyli przeszkadzać ludziom w tym domu zostającym na duszy, zdrowiu, fortunie… Wiążę was wszyscy czarci przeklęci, czarownice i czarownicy tym strasznym łańcuchem. W imię Pana naszego Jezusa Chrystusa uciekajcie i ustępujcie na przepaści piekielne, bezdenne, które wam zgotowane są od boga wszechmogącego w Trójcy Świętej  jedynego. Amen.”
A i dziś zdarza się, że oskarża się kogoś o „rzucenie uroku”.

W XIX w. już jednak na ogół miejsce czarownic zajęli masoni. Wśród ludu kociewskiego, podobnie jak i u pozostałych regionów, od stuleci utrwalił się pokutujący do dzisiaj pogląd, że masoneria była synonimem zła, jakąś zakulisową, „wielooką" i „wieloręką" organizacją mafijną, pragnącą zburzyć  istniejący  porządek społeczno-polityczny, by na jego gruzach zbudować nowy.
 Członków tej organizacji, masonów, pogardliwie nazywano farmazonami lub farmazynami, kojarzono ich z wolnomyślicielami, niedowiarkami lub wręcz bezbożnikami. Wolnomularstwo, jak wiadomo, jest jednym z najstarszych związków antyfeudalnych, powstałym w początkach XVIII wieku w Anglii. Z czasem rzeczywiście stał się laicki i był później zwalczany przez Kościół.
Pień tej organizacji tworzyła elita szlachecka i rodząca się warstwa burżuazji. Byli wśród nich fabrykanci, rzemieślnicy różnych  cechów, kupcy, oficerowie wojskowi czy właściciele ziemscy a także przedstawiciele różnych zawodów: nauczyciele, prawnicy, lekarze, urzędnicy. Z biegiem czasu wolnomularstwo zaczęło dążyć do budowy nowego porządku społecznego pod hasłami wolności, równości i braterstwa. Sugerowała też to jego symbolika używanych rekwizytów murarskich, słów, znaków i gestów. Do symboli tych należały m.in. fartuch (tajemniczość, ochrona), poziomica (równość), cyrkiel (dokładność), młotek (obróbka), kielnia (doskonalenie i ukończenie pracy), trójkąt (umiejętność kierowania ludźmi). Do dziś wiele z nich można znaleźć na fasadach budynków i w budynkach, także w Starogardzie.
Prosty lud nie rozumiał ani idei wolnomularstwa, ani jego symboliki, a już tym bardziej obowiązującego wtajemniczonych rytuału i wewnętrznej struktury, opartej o zasadę hierarchii członków i kolejnych stopni wtajemniczenia, przyjętych od średniowiecznych bractw cechowych murarzy. Wszyscy wtajemniczeni nazywali się braćmi i tworzyli tzw. loże, tj. tajne stowarzyszenia. W Starogardzie była to loża Augusta pod Nieśmiertelnością
Do masonerii na Kociewiu należała większość, jak nie wszyscy właściciele ziemscy. Lud temu co nie mógł zrozumieć przypisywał moce nadprzyrodzone i demoniczne. Takie widział w masonach, których nazywał farmazonami. Dzieliła go z nimi  również bariera religijna i narodowościowa. Właściciele ziemscy na Kociewiu, z nielicznymi wyjątkami, to przede wszystkim Niemcy, a co za tym idzie protestanci, tych zaś lud nazywał ateuszami, czyli niewierzącymi.
Kiedy byłam dzieckiem opowieści o farmazonach zmywały mi sen z powiek i sprawiały, że koszmary nie opuszczały mnie do rana. W latach 60 – 70 były one tak żywe jak ruiny pałaców, naprędce opuszczonych przed sowieckimi wyzwolicielami przez niemieckich właścicieli. Opowiadano o nich, że urządzali sobie strzelanie do ich wizerunków na portretach wstawionych w okna, a na toaletę wykorzystali garderobianą szafę, chociaż nic nie wiedzieli o demonicznych mocach tych, którzy uciekli.
W ludowej legendzie farmazon kojarzony był ze sprzymierzeńcem diabła, któremu w zamian za korzyści materialne, głównie pieniądze, zaprzedał duszę, podpisując własną krwią odpowiednio przygotowany cyrograf. Dlatego powszechnie sądzono, że był on człowiekiem bogatym. Charakterystyczne jest, tak w procesach o czarostwo, jak w układach podpisywanych z diabłem, że służyła temu celowi zawsze krew upuszczana z serdecznego palca, tego, na którym tradycja zakłada ślubną obrączkę. Zatem ów podpis jest równocześnie aktem zaślubin z mocami piekła.
Konszachty z diabłem ponoć dawały farmazonowi moc pojawiania się w kilku miejscach równocześnie. Raz był tu, a za chwilę widziano go w innym miejscu.  Nawet pod nieobecność w domu zawsze wszystko wiedział i widział, co się w nim działo. Stąd niemożliwym było okradanie jego posiadłości, gdyż mógł nagle pojawić się przed złodziejem i swoją „milczącą" obecnością przestraszyć go i ukarać. Sprawiał też, że jego spojrzenie zatrzymywało człowieka w miejscu, jakby przygwożdżonego jakimś ciężarem. Czas i przestrzeń zawisała między rzeczywistością a światem magii. Ponadto posiadał ponoć lecznicze „uniwersalne fluidy” i moc  hipnotyzowania ludzi.
Taki farmazon jest bohaterem legend „Cyrograf z Diabłem za majątek w Kopytkowie”, „O farmazonie z Rynkówki” czy „Konie Horstmanna”, albo „A dwór stał…”.
 Pojawianie się nocą i wieczne pilnowanie swoich dóbr sprawiało, że farmazon miał stałe kłopoty z niedosypianiem. W dzień zatem charakteryzowała go bladość cery, podkrążone oczy i błędne, jakby nieobecne, ale przenikliwe spojrzenie. Podróżował bryczką, powożoną w dwie pary czarnych, wyjątkowo szybkich koni, które odstraszały otoczenie ziejącym z pysków ogniem. Farmazon pojawiał się we właściwym miejscu szybko i tak samo szybko z niego znikał. Jedną z cech wyglądu zewnętrznego była też krótka kozia bródka i długie cygaro w ustach. Ubierał się zawsze na czarno, zawsze też dodatek do stroju stanowiła peleryna i cylinder.
Czasami odnosiło się wrażenie, że ktoś idzie za tobą w pewnej odległości. Słychać było kroki, odgłos laseczki uderzającej o bruk, a gdy się odwracałeś nikogo nie było i hałas też zamierał, jakby się zatrzymał. A gdy robiłeś krok wszystko wracało. Iluż takich wystraszonych pędem wracało do domu, albo przynajmniej tam, gdzie było więcej ludzi. Wyobraźnia doskonale pracuje, gdy się człowiek czegoś boi, nie rozumie, lub nie zna, zwłaszcza, gdy jest ciemno.
Gniew farmazona mógł spowodować paraliż, udar lub zawał. Odchodził od swojej ofiar nie mrugnąwszy nawet okiem.

O ile czarownice były ofiarami prześladowań o tyle farmazon był prześladowcą, demonem, magiem, którego bał się ogół wieśniaków, a bogactwo zapewniało mu bezpieczeństwo. Skądinąd skoro masoneria jest stowarzyszeniem tajnym, to nikt z przynależnością do loży się nie obnosił.

Inna tematyka związana jest z legendą, „O tym co światła dziennego ujrzeć nie miało”. Pojawia się w niej  tajemniczy szkielet dziecka wykopany spod progu domostwa, tu pałacu w Rynkówce. Domniemanie jaka tajemnica przykryła jego zwłoki przypomniało dawne wierzenia związane z obrządkiem pogrzebowym i piętnem dziecka kalekiego lub nieślubnego.
Dlaczego taki pochówek budził strach, dlaczego ta nieszczęsna duszyczka nie miała wyjść poza progi?
Nasuwa się tu stara wiara ludowa w strzygi, które  w tradycji ludu były istotą podobną do wampira. Mówiono, że strzygą zostawało dziecko kobiety, na którą w czasie ciąży rzucono klątwę. Zatem pochodziła z człowieka i powołana została do życia za pomocą czarów. Wyobrażano sobie tego stwora jako istotę z nieproporcjonalnie dużą głową, długimi, opatrzonymi ostrymi pazurami ramionami, czerwonymi ślepiami, długimi, ostrymi kłami. Uznawano, że taka rodzi się z dwiema duszami, dwoma sercami i podwójnym szeregiem zębów. Dziecko urodzone  „w czepku” albo takie, które przyszło na świat z wykształconymi zębami też mogło być uznane za strzygę. Zresztą każda anomalia fizyczna, czy niepełnosprawność intelektualna mogła oznaczać, że dziecko jest strzygą i skutecznie zagrozić jego dalszemu życiu. Zabobon zabijał…
Gdy już ją rozpoznano za pierwszego życia, przepędzano ją z ludzkich siedzib. Strzygi ginęły zazwyczaj w młodym wieku, gdy jednak jedna dusza odchodziła, druga żyła dalej i aby przetrwać musiała polować. Strzyga wysysała krew, stąd  jej zachowanie było bliskie wampiryzmowi, wyżerała wnętrzności i latała pod postacią sowy po nocach. Zazwyczaj poza polowaniem chodziło o zemstę za krzywdy wyrządzone podczas pierwszego żywota. Strzygi potrafiły zadowolić się przez jakiś czas także krwią zwierząt. Podobnie jak inne stwory tego typu, strzygę należało trwale unieruchomić poprzez spalenie lub powbijanie gwoździ albo pali w różne części ciała.
Strzygi były też zwiastunami śmierci kogoś z domowników. Ich szkodliwość wynikała z braku chrztu jednej z dusz, co uniemożliwiało opuszczenie świata ludzi.
Z braku chrztu, by zło nie straszyło po okolicy takie noworodki chowano w progach domostwa, by nie stały się strzygą w kontakcie ze światem zewnętrznym. Osłabić jej moc mogły przedmioty ze srebra, a odczarować można ją spędzając noc w jej trumnie. Myślę, że taka perspektywa, jest wyjątkowo makabrycznym przeżyciem.
Czy noworodek, którego szkielet przypadkowo odkryto na progu pałacu w Rynkówce był strzygą? Nie odpowiem dziś państwu, za to proszę pospacerować ciemną nocą po tej okolicy, by się przekonać.


I jeszcze jedna bardzo popularna w wierzeniach ludowych postać, zmora. Wierzono, że jest to dusza wywodząca się od osoby żyjącej, wysysająca krew ludzką w czasie snu. Mogła przybierać postacie zwierzęce, albo igły lub słomki. Męczyła kładąc się na swej ofierze, przyciskając tak, by nie mogła się ona ruszyć, ani wydobyć głosu, po czym wysysała krew. Ofiarą zmory byli nie tylko ludzie, ale także zwierzęta. Wierzono, że zmorą zostawała  kobieta, która miała 7 córek, lecz żadnej za mąż nie wydała. Dlatego po swej śmierci mściła się na młodych ludziach. Uważano również jak było 7 córek w rodzinie, to jedna z nich musiała być na pewno zmorą.
A czy państwo nie mieliście nigdy uczucia, że dusi was zmora? Może więc to nie tylko ludowe gadanie?
Regina Kotłowska

Strzygi i czarownice - pdf
 
dalej »
 
Top! Top!