www.mamboteam.com
 
Strona główna
sobota, 25 styczeń 2020
 
 
EDMUND ZIELIŃSKI. Krzyż wujka Benka Drukuj E-mail
sobota, 04 kwiecień 2015
Był marzec 1945 roku. Wojska hitlerowskie pod naporem Czerwonej Armii cofały się na zachód. Trwały zacięte walki o wsie i miasteczka Kociewia. 6 marca ostatni żołnierze niemieccy opuścili naszą wieś Białachowo. Ich miejsce zajęli żołnierze z czerwoną gwiazda na czapkach. Jeszcze tego samego dnia kazali nam opuszczać domostwa i udać się na południe, bo tu znowu będzie przechodził front.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Przymusowe wysiedlenie dotyczyło tylko gospodarstwa Redzimskich i Zielińskich. Dlaczego tylko nas? Posadowione pod lasem nasze chaty były zapewne wygodne na kwatery dla wojska, które teraz zalegało cały dziadkowy las.

Nie było rady. Wujkowie załadowali na wóz najpotrzebniejsze rzeczy i udaliśmy się do Małego Bukowca. Pamiętam, że na wozie wśród pierzyn siedziała babcia Paulina i ja z moim młodszym bratem Rajmundem. Obok wozu kroczyli moja mama, starsza siostra Danusia, a wujek Antoni prowadził konie. Mój ojciec z moim starszym bratem, Jerzym, przebywali tego dnia w gospodarstwie dziadka Zielińskiego. W Małym Bukowcu zajechaliśmy na podwórze do państwa Sarnowskich, bo według opowiadań ze strony dziadka Franciszka Zielińskiego, państwo Sarnowscy to nasi dalecy krewni ( może uda się to sprecyzować?). W tym samy czasie na wóz ładowali swój dobytek wujkowie Zielińscy, by podążać naszym śladem.

 



Benedykt Zieliński w 1941 roku


Pamiętam, że nasza mama była wtedy chora i po przyjeździe do państwa Sarnowskich położyła się do łóżka. Po dniu pobytu przyjeżdża na koniu radziecki żołnierz i każe nam wracać do domu mówiąc po polsku – oni wam tam wszystko splądrują. Nie namyślając się wiele ruszyliśmy w drogę powrotną.

Przy zjeździe z szosy borzechowskiej w drogę do Białachowa zobaczyliśmy straszny widok, rozbity wóz, martwe konie, walające się pierze i resztki dobytku. Okazało się, że to furmanka moich dziadków Zielińskich, która najechała na minę w drodze do Małego Bukowca. Wujek Benek powożąc końmi tak to zrelacjonował. W pewnym momencie coś zaniepokoiło konie, bo parskając i strzygąc uszami przestali ciągnąć wóz, szczególnie opierał się koń z prawej strony. Wujek Benek przeszedł na jego stronę, by popędzić tego konia i w tym momencie nastąpił wybuch. Przednie koło wozu, przy którym jeszcze przed chwilą szedł wujek Benek, najechało na minę. To przejście na druga stronę ocaliło mu życie. Babcia Antonina siedziała w pierzynach i wyszła z wybuchu miny bez szwanku. Pozostali domownicy szli w pewnym oddaleniu i nic im się nie stało. Wujek Benek, został co prawda ciężko ranny, ale, z Bożą pomocą, wrócił do pełnego zdrowia. Przez wiele lat po wojnie wydobywał jeszcze z ciała odłamki – szplytri (po niemiecku Splitter), jak je nazywaliśmy.



Gospodarstwo Zielińskich w obrazie Alego Zwary według stanu z 1932 roku. Po wojnie uległo przebudowie.


Gospodarstwo Redzimskich w obrazie Alego Zwary według stanu z 1974 roku. Dziś wygląda zupełnie inaczej.


Droga do Białachowa od strony lasu.

W niedługim czasie wujek Benek postawił w miejscu tragedii wysoki, przez siebie wykonany krzyż. Otoczył to miejsce pięknym drewnianym płotkiem. Ten mini ogródek był zawsze zadbany, ukwiecony. Dzieci z rodziny Zielińskich wykładały ziemię wokół krzyża zielonym mchem. Pamiętam, że czasem można było zobaczyć tam „narysowane” kamykami serce, którego płaszczyzna wysypana była skruszoną czerwoną cegłą. Na krzyżu wisiała tabliczka z napisem: "Z wdzięczności za ocalenie życia mego 6 marca 1945 roku. Benedykt Zieliński."






Krzyż wujka Benka na miejscu tragedii

Gdańsk 24 lutego 2015 Edmund Zieliński

Fotografie z mojego archiwum

 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!