www.mamboteam.com
 
Strona główna
czwartek, 21 styczeń 2021
 
 
Nagle zapragnąłem mówić, mówić, mówić i mówiłem im o moim regionie! Drukuj E-mail
niedziela, 14 czerwiec 2015
Kawał drogi, A1 i A2, trochę kluczenia po Warszawie i na wschód, za Siedlce, w sumie z pół tysiąca kilometrów. Miasto jakże inne. Na przykład miła ciasnota budynków w centrum z trzema placami, z których trudno byłoby wybrać ten dominujący, czyli rynek.

Do tego chłodne cienie dorosłych liściastych drzew, utrzymanych tu wbrew tendencji do wycinania i nasadzania żywotników i daglezji. Kiepskie, wodniste włoskie lody, ale to tylko jedna próba, może gdzie indziej mają lepsze. No i bardzo dużo pomników oraz tablic upamiętnień bohaterów, ale nie tylko tych z drugiej wojny światowej, wielu znacznie wcześniejszych. Świątynie barokowe. W kościele podczas mszy nie ma skinięć głową, a mocny, przyjazny uścisk dłoni.

Wreszcie sympozjum. Wymieniają, jako drugiego, wnuka Jana Stanisława. Oklaski, ale takie w miarę. Pierwszy mówi oczywiście Prezes. Na temat 20-lecia "Nowej Gazety Łukowskiej", pisma wydawanego przez Łukowskie Towarzystwo Regionalne im. Jana Stanisława Majewskiego. Mówi o powstaniu towarzystwa, o patronie Janie Stanisławie, przedwojennym działaczu społecznym, regionaliście, autorze pierwszej monografii miasta Łukowa, historii miasta Kocka, historii Adamowa i okolic - szkicu rodzinnych stron Henryka Sienkiewicza oraz współzałożycielu i redaktorze "Gazety Łukowskiej". O więźniu m.in. Oświęcimia nr 8776, w końcu zamordowanym przez Niemców w 1941 r. we Flossenburgu w Bawarii.


W trakcie przemówienia, poświęconemu sukcesom Towarzystwa, a w tym przede wszystkim sukcesowi największemu, 20-letniej obecności "Nowej Gazety Łukowskiej", coś we mnie nagle wezbrało, jakaś fala konieczności wystąpienia w Dostojnej Auli, oto bowiem uświadomiłem sobie podczas wykładu Prezesa, że to jest w pewnym sensie - piszę tu o dziadku, jak i o "Nowej Gazecie Łukowskiej", oraz o mnie i tym, co robiłem i robię - jakieś takie bardzo zbliżone do mnie, jakkolwiek bardzo oddalone w czasie i przestrzeni. Wnukowi Patrona się nie odmawia, wnuk Patrona musi przemówić stojąc za mównicą, i tak się stało po pięknie wykonanym przez dziecięcy zespół Polonezie.


O czym miał mówić wnuk Patrona, działacza społecznego i regionalisty, a przede wszystkim dziennikarza i autora książek, jak nie o tym samym, co i on robi, tym samym w nas, choć bardzo oddalonym w czasie i przestrzeni? I zaczął opowiadać o Kociewiu, krainie jakże innej od tej tutaj, o krainie z kościołami nie barokowymi, a gotyckimi i neogotyckimi z czerwonej cegły, z bohaterami właściwie tylko ostatniej wojny, na ogół jej ofiarami, czyli bohaterami na życie łamane przez śmierć. Miał mówić, jak zapowiedział, 5 minut, ale słowa toczyły się zbyt burzliwie, żeby je ograniczyć absurdalnie małą tamą skleconą z 300 kruchych sekund. 

Mówił więc 10 minut, ale słowa nie chciały zamilknąć, mówił więc 30 minut, godzinę i dwie, i ciągle mówił i mówił. Za oknami zrobiło się ciemno, a słowa o innym regionie padały jak przywieziony czarnymi ciężarówkami pomorski deszcz. Aż w końcu zdenerwowany Prezes nie wytrzymał, podszedł do mównicy i wyjął z plastikowej torby z jubileuszowym nadrukiem zgrabne pudełeczko, a z niego prostokątny medal z jubileuszowym napisem i twarzą Jana Stanisława, dziadka. Urwałem przemówienie w 242 minucie i 32 sekundzie w pół słowa, zaskoczony tym niezwykłym prezentem.


Wracałem przez Warszawę, ale potem na skróty, przez Grudziądz. Na siedzeniu pasażera leżał medal z Janem Stanisławem. Rozmawialiśmy sobie o wszystkim, co robiliśmy bardzo podobnie, a o czym nie mogliśmy sobie pogadać, bo coś się stało okropnego. Teoretycznie gdyby nie wojna, mógłbym słuchać w latach 60. jego opowieści na przykład o fotografii, linotypach, zręcznych palcach zecerów, a przede wszystkim o reporterce i szacowaniu wagi zdobytej informacji. Nic to - wsłuchani w brzydką pracę diesla zdumiewaliśmy się zbiegiem zawiłych okoliczności, który sprawił, że jesteśmy teraz związani kawałkiem metalu, rodzinnym medalem.


PS. Oczywiście w tekście są pewne konfabulacje :)

Fot. Milosz Szachta, Kacper Machowski (uczestnicy wyprawy)

Z FACEBOOKA


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!