www.mamboteam.com
 
Strona główna
czwartek, 13 sierpień 2020
 
 
KRZYSZTOF KOWALKOWSKI. Jachtem do Kłajpedy [PODRÓŻE KOCIEWIAKÓW] Drukuj E-mail
niedziela, 11 październik 2015


We wrześniu 2015 roku zrealizowałem swoje kolejne marzenie, jakim był pełnomorski rejs jachtem. W młodości, gdy należałem do klubu żeglarskiego i zamierzałem zrobić patent morskiego sternika jachtowego, rejs po Bałtyku był obowiązkiem. Niestety z różnych powodów, o których tu nie miejsce pisać, rejsu tego nie odbyłem. Okazja nadarzyła się ponad 40 lat później.

Pomysł rejsu zrodził się w naszych głowach we wrześniu 2014 roku, gdy pływaliśmy jachtem Portowiec Gdański II po Zatoce Gdańskiej. Wówczas płynęło nas pięciu, Mirek (kapitan jachtu), Marek, Rysiek, Marian i ja. Wszyscy byliśmy za młodu harcerzami Szczepu ZHP im. „Szarych Szeregów” w Gdańsku-Wrzeszczu, w którym spotkaliśmy się po raz pierwszy we wrześniu 1964 roku, podczas nauki w Państwowych Szkołach Budownictwa. Rejs na zatoce odbył się zatem niejako w 50-lecie naszej znajomości. Podczas tego właśnie rejsu padła propozycja odbycia wspólnego rejsu po Bałtyku we wrześniu 2015 roku.


Portowiec Gdański II, wpływa do Gdyni, aby zabrać mnie na pokład - wrzesień 2014 r.


Gdy zbliżał się termin planowanego rejsu i nasza piątka potwierdziła w nim udział, padła propozycja, aby w rejsie uczestniczył jeszcze jeden doświadczony żeglarz, jako że nasze doświadczenie w tym zakresie było niewielkie. Wiem, że trochę więcej pływał Marek, a i ja za młodu, jak już wspomniałem, pływałem po jeziorach zdobywając stopień sternika jachtowego, ale od tego czasu minęło wiele lat i nie pływałem na morzu. Szóstym członkiem załogi został Andrzej (kolega Marka) - doświadczony żeglarz – członek Bractwa Kaphornowców (w 2012 roku na jachcie Polonus opłynął przylądek Horn – najdalej na południe wysunięty przylądek Ameryki Południowej).

Podczas organizacji naszego rejsu
docelowy port nie został jednoznacznie sprecyzowany. Wstępnie ustalone zostały cztery kierunki: Bornholm (Dania), Gotlandia lub Olandia (Szwecja) i Lipawa (Łotwa), wszystko zależało od prognozy pogody i przewidywanego na te kilka dni kierunku wiatru. Rejs miał być dla nas przyjemnością, no i czas mieliśmy ograniczony, więc duża ilość halsów była niewskazana. Wypłynięcie zaplanowano pierwotnie na godziny poranne 9 września z Władysławowa, gdzie jacht został przeprowadzony z Gdańska, ale z różnych powodów wszyscy mogliśmy tam dotrzeć dopiero po południu. Marek z Marianem po zrobieniu jeszcze w Gdańsku wszystkich niezbędnych zakupów na te kilka dni rejsu zabrali mnie i Andrzeja z domów i pojechaliśmy do Władysławowa. Mirek, Rysiek z żoną Danusią (odprowadzała do domu ich auto z Władysławowa) dojechali drugim autem. Marka auto zostawało na czas rejsu we Władysławowie. Spotkaliśmy się w Barze Skipper na pierwszym wspólnym obiedzie. Tu zapadła decyzja. Wiatr jest wschodni i przez kilka dni ma z tego kierunku wiać, przechodząc na kierunek południowo-wschodni. Płyniemy na wschód, ale portem docelowym jest Kłajpeda na Litwie, a nie jak pierwotnie zamierzaliśmy, Lipawa na Łotwie.

Zaokrętowaliśmy się na jachcie, Marek i Rysiek w kabinie na rufie, Marian i ja w kabinie na dziobie, Mirek w mesie, a Andrzej miał niewielką kajutę na śródokręciu obok silnika. Jak już wspomniałem wypłynęliśmy jachtem Portowiec Gdański II. Nasz jacht to dwumasztowa jednostka o długości ok. 12,5 m z dwoma kabinami, w których spać może ośmiu członków załogi, choć w miarę wygodnie to tylko sześciu. Na grotmaszcie (pierwszy od dziobu wyższy maszt) stawiany jest grot, a na forsztagu (lina wiodąca od dziobu do topu grotmasztu) fok (mniejszy żagiel) lub genua, na bezanmaszcie (niższy maszt, na rufie) bezan. My ze względu na kierunek wiatru i jego niewielką prędkość oraz z uwagi na łatwiejsze zmniejszanie powierzchni żagla początkowo korzystaliśmy z genui (żagiel o pow. ok. 60 m kw.) i grota (o pow. ok. 36 m kw), bezan pozostawiając zwinięty. Oczywiście jacht ma silnik pomocniczy, który jest niezbędny przy wychodzeniu i wchodzeniu do portu, a także w czasie rejsu przy braku wiatru i w sytuacjach awaryjnych. Wszystkie te warianty, jak się później okaże mieliśmy możliwość przećwiczyć.


Środa 9 września 2015 r. – wypływamy z Władysławowa.


Po przygotowaniu jachtu do drogi, co zajęło nam więcej czasu niż zakładaliśmy, wypłynęliśmy dopiero około 20.00. Do godz. 22 wszyscy siedzieliśmy na pokładzie zapoznając się z jachtem, wyposażeniem ratunkowym oraz wykonując pierwsze manewry. Podzieliliśmy się na wachty, co istotne było szczególnie nocą. Pierwszą wachtę od 22.00 do 1.00 pełnił Mirek (kapitan) ze mną. Na szczęście zostałem wcześniej uprzedzony, że noc na jachcie to nie to samo co na lądzie i może być zimno. Zabrałem więc ze sobą stosowne ubrania, ciepłe polo z długim rękawem, gruby polar z kapturem, ciepłą nieprzemakalną kurtkę specjalną dla żeglarzy i wełnianą czapkę na głowę. Oczywiście spodnie, coś ciepłego pod spodnie i na wierzch cienkie spodnie nieprzemakalne z mojego starego żeglarskiego kompletu. W nocy wcale nie było za ciepło. W dzień, gdy świeciło słońce, można było ubrać się trochę lżej. W miarę spokojna noc pozwalała nam wymieniać się za kołem sterowym, choć w moim sterowaniu widać było początkowo brak doświadczenia. Kolejna wachta płynęła w składzie Andrzej (II kapitan) i Rysiek do 4.00, a po nich na wachtę wyszli Marek i Marian. Tak ustawione wachty obowiązywały aż do wpłynięcia do Kłajpedy. Niestety rejs bardzo nam utrudniła rosyjska flota wojenna. Wyznaczony jeszcze we Władysławie kurs na Kłajpedę bezpiecznie mijał strefę wód rosyjskich, co było istotne, bo przecież na trawersie mieliśmy Bałtyjsk, gdzie flota ta stacjonuje.

Czwartek - w drodze do Kłajpedy, ja za kołem sterowym


Ten bezpieczny kurs nie uchronił nas jednak od kłopotów. Gdy spokojnie sobie płynęliśmy przy lekkim wietrze i słonecznej pogodzie, około południa w naszej radiostacji usłyszeliśmy rosyjski głos - wzywał nas wojennyj korabl i tu padał numer okrętu i nasze współrzędne. Jego radiotelegrafista stwierdził autorytatywnie, że w tym akwenie odbywają się manewry rosyjskiej floty z odpalaniem rakiet włącznie i mamy ten akwen opuścić płynąc kursem 00 N, czyli na północ, aż do 56 równoleżnika. Po dłuższej dyskusji, podczas której rosyjski okręt zbliżał się do nas coraz bardziej, musieliśmy ustąpić i obrać wskazany kurs, choć to było zupełnie nie na naszym kursie i wydłużało naszą drogę o ok. 60 mil (ok. 110 km).

Jeden z rosyjskich okrętów wojennych.



Po godzinie postanowiliśmy zaryzykować i powrócić na nasz kurs. Na darmo. Natychmiast ponownie pojawił się wojennyj korabl ponawiając swoje polecenie, wróciliśmy więc na kurs 00 N. Za chwilę usłyszeliśmy dyskusję z innym polskim jachtem, któremu także nakazano zmianę kursu. Gdy nawiązaliśmy z jego załogą kontakt radiowy okazało się, że płynęli z Kłajpedy do Gdańska i ponieważ byli już bliżej wyjścia ze strefy manewrów pozwolono im płynąć swoim kursem. Po dwóch godzinach płynięcia na północ ponownie obraliśmy kurs na wschód licząc, że Rosjanie dadzą nam spokój, ale pomyliliśmy się, bo natychmiast znalazł się koło nas inny wojennyj korabl, którego radiooperator z nieukrywaną złością nakazał nam obrać kurs 00, czyli ponownie musieliśmy płynąć na północ. Nie mieliśmy wyjścia i powróciliśmy na nakazany kurs. Tak się potwierdziło, że samowola Rosjan nie zna granic.


Pod wieczór, nie dopływając do 56 równoleżnika, zaryzykowaliśmy ponownie i obraliśmy kurs na Kłajpedę. Trochę obaw wzbudził w nas płynący naprzeciw rosyjski okręt, ale gdy minął nas bez żadnych reperkusji już bez obaw płynęliśmy w kierunku Kłajpedy.


Zachód słońca, kończy nasz drugi dzień na morzu.


Noc z czwartku na piątek minęła nam spokojnie, wachty pełniliśmy wg ustalonego porządku i tylko trochę więcej wkoło nas było różnego rodzaju statków, w tym zapewne kutrów rybackich. Piątek przywitał nas także słonecznie, a wiatr pozwalał na rozwijanie prędkości 5-6 węzłów. Niestety koło południa, gdy do portu w Kłajpedzie mieliśmy około 20 mil wiatr zupełnie zamarł. Mieliśmy, jak to mówią żeglarze, zupełną flautę. Nie pozostało nic innego jak zrzucić żagle i włączyć silnik. Ale niestety na silniku rozwijaliśmy prędkość ok. 3,5 węzła.




Flauta. Na silniku płyniemy do Kłajpedy.




Spoglądamy na Kłajpedę.


Kapitan postanowił wpłynąć do tzw. małej mariny na rzece Danga (lit. - Danës). Samo wejście do mariny poprzedzone było ok. półgodzinnym rejsem po ujściu wód Zalewu Kurońskiego do Bałtyku. Z lewej mijaliśmy port i stocznię w Kłajpedzie, a z prawej pozostałości po XIX wiecznej pruskiej twierdzy Kopgalis i Delfinarium.


Delfinarium i pozostałości po twierdzy Kopgalis.



Kłajpedzki port przy ujściu Zalewu Kurońskiego do Bałtyku.


Aż wreszcie wpłynęliśmy na rzekę Dangę. Przez Rosjan zamiast planowanych ok. 28 godzin rejs nasz trwał 45 godzin, co popsuło zupełnie nasze plany. Zacumowaliśmy około 17.00 naszego czasu (w Kłajpedzie była już 18.00). Po sklarowaniu jachtu i zameldowaniu się u bosmana, pierwszą naszą czynnością było skorzystanie z prysznica w przystani. Tu spotkaliśmy załogę innego polskiego jachtu Lady B, który przypłynął tuż przed nami. Oni także mieli problemy z rosyjską flotą, ale wypłynęli z Gdańska dopiero w czwartek rano, więc w strefie ćwiczeń znaleźli się później od nas. Jak stwierdził ich kapitan, gdy Rosjanie nakazywali zmianę kursu, oni się nie odezwali i Rosjanie po jakimś czasie przestali ich wywoływać. Być może już kończyły się ćwiczenia rosyjskiej floty, a oni wypływali ze strefy ćwiczeń, w każdym bądź razie Rosjanie dali im spokój.

Cała ta przygoda spowodowała, że z planowego przypłynięcia w czwartek wieczorem lub w nocy i zwiedzania miasta w piątek nic nie wyszło. Ale zanim o zwiedzaniu, napiszę kilka zdań o Kłajpedzie. Jest to miasto nad brzegiem Bałtyku nad Zalewem Kurońskim u ujścia rzeki Dangi do tegoż zalewu. To stare miasto, zostało założone przez Krzyżaków (Memelburg). W
swej historii należało też do Szwecji, Rosji, a następnie do Prus i Niemiec. Wówczas nosiło nazwę Memel. W latach międzywojennych miasto należało do Litwy, w czasie II wojny do III Rzeszy, a od 1945 r. do Związku Radzieckiego. Od marca 1990 r., gdy Litwa odzyskała samodzielność, Kłajpeda znalazła się ponownie w granicach tego państwa. Dziś miasto według różnych źródeł dostępnych w internecie liczy 160-190 tys. mieszkańców.



Marina. Tu zacumowaliśmy.


A po takiej drabinie wchodziliśmy z jachtu na brzeg.


Sama lokalizacja mariny jest bardzo fajna, bo znajduje się w najstarszej części miasta. Te największe jachty i małe statki wycieczkowe cumowały przy nabrzeżu na rzece Danga i tam, jak już wspomniałem, zacumowaliśmy i my. Stanęliśmy przy nabrzeżu, mając nad sobą budynek Old Mill Hotel, którego konstrukcja stylizowana jest na stawiane kiedyś w tym rejonie domy z muru pruskiego. Natomiast sama marina zlokalizowana była w fosie opływającej część dawnych umocnień zamkowych i tu cumowały te mniejsze jednostki. Do tej części mariny wpływało się po otwarciu mostu, a raczej kładki dla pieszych. Dwóch ludzi obracało ten most o 900 w ciągu jednej minuty i tyleż samo czasu zamykało. Otwieranie mostu następowało o każdej pełnej godzinie, i był on otwarty przez 15 minut, co pozwalało na ruch jachtów w obie strony.


Kłajpeda nocą - żaglowiec Meridianas.


Opóźnione o kilkanaście godzin przypłynięcie spowodowało, że zamiast zwiedzania mogliśmy jedynie wyjść na nocny spacer, co też uczyniliśmy. Mimo późnej pory wszędzie było pełno ludzi, głównie młodzieży, szczególnie przy otwartych lokalach. Dotarliśmy do stojącego na rzece żaglowca Meridianas, zwodowanego w 1948 r., ale od 1971 r. (z przerwami na jego odnawianie) pełniącego już jedynie funkcję restauracji. Po ponad godzinnym spacerze weszliśmy i my do restauracji, gdzie postanowiliśmy zjeść jakąś regionalną potrawę. Była już godz. 23 czasu litewskiego, a lokal był pełny, głównie młodzieży, być może dlatego, że był to piątek. Niemniej był to naprawdę duży lokal. Dodać należy, że ceny, choć w euro, nie były wysokie i w przeliczeniu na złotówki było chyba taniej niż w polskim lokalu tego typu. Oczywiście skorzystaliśmy głównie z lokalnych potraw i napitków. Po powrocie na jacht przy herbacie powspominaliśmy jeszcze stare dzieje.


Marek i Andrzej przy naszym jachcie po powrocie ze zwiedzania miasta.


Niestety, obowiązki niektórych z nas zmuszały do wypłynięcia w sobotę tak, aby koledzy mogli w poniedziałek rano realizować swoje służbowe plany. Musieliśmy więc w sobotę wracać do domu, bo nie wiadomo jakie niespodzianki nas po drodze czekają i jaki będziemy mieli wiatr. Rano okazało się, że wiatr się wzmógł i można się spodziewać dalszego wzrostu jego siły. Andrzej zasugerował zrefowanie (zmniejszenie powierzchni) grota już w porcie, bo w trakcie płynięcia mogłoby to być już bardzo trudne i, jak się okazało, miał rację. Naprawiliśmy też prowizorycznie genuę przy jej liku. Uregulowaliśmy oczywiście zapłatę za postój w marinie, który okazał się tańszy niż przewidywaliśmy. Tym bardziej, że koszt postoju obejmował także korzystanie z toalet i pryszniców, podłączenia jachtu do energii elektrycznej i napełnienia wodą pitną zbiorników na jachcie. Zadzwoniłem ok. 11.00 do żony i mając w pamięci „przygody” z rosyjską flotą powiedziałem jej, że w Gdańsku będziemy późnym wieczorem w niedzielę albo nawet w nocy z niedzieli na poniedziałek. Gdy postanowiliśmy wypłynąć, odcumowując urwaliśmy lampę burtową (czerwoną na dziobie lewej burty). Na szczęście w pobliżu był sklep żeglarski, gdzie kupiliśmy nową lampę, a nieoceniony Rysiek ją zamontował i byliśmy gotowi do powrotu. Zanim to nastąpiło zdążyłem jeszcze zaobserwować jak obracany jest most i otwierane wejście do wewnętrznej mariny.


Wejście do wewnętrznej mariny i obrotowy most dla pieszych.



Most obrócony - wejście do mariny wewnętrznej otwarte.


Sobota 12 wrzesień 2015 r. Wypłynęliśmy z mariny o 12.30, a po pół godzinie mijaliśmy główki falochronu przy podejściu do Kłajpedy. Gdy oddalaliśmy się od brzegu, wiatr zaczął się wzmagać. Tu nieoceniona okazała się decyzja o zrefowaniu grota. Prędkość jachtu zaczęła wzrastać i nasz Lowrance (nawigacja pokładowa) co i rusz zaczął pokazywać prędkość 8-9 węzłów. Wówczas minął nas płynąc z Gdańska do Kłajpedy jacht Chief z kapitanem Tomkiem Kaczorowskim.


Wyszliśmy z Kłajpedy. Mija nas jacht Chief płynący do Kłajpedy.


Wiatr nie tracił na sile i zapadła decyzja o zmniejszeniu powierzchni genui o połowę. Gdy mimo to prędkość jachtu nie malała, a zaczął zbliżać się zmrok, genua została zwinięta tak, że zostało jej powierzchni może 7-10 m2. Wiatr wiał silniej, a jego prędkość w porywach przekraczała 48 węzłów (na tym kończyła się skala prędkościomierza), co równa się prędkości wiatru ok. 86 km/godz. Jacht, jak powiedział jego właściciel, pobił rekord prędkości przekraczając w pewnym momencie 10,5 węzła.


Zaczęło naprawdę wiać.


Oczywiście stała prędkość była nieco mniejsza, ale i tak wahała się w granicach 8-10 węzłów. Mielimy wiatr ze wschodu przechodzący na wschodnio-południowy, więc płynęliśmy cały czas w półwietrze lewym halsem. Przechylenie jachtu dochodziło do 300, a najwyższe fale dochodziły co jakiś czas może nawet do 3 m i robiły nam na pokładzie solidny prysznic, tak że musiałem zapomnieć o fotografowaniu i schować aparat.


Fale rosną. Ostatnie moje zdjęcia tego dnia.


Utrzymujący się silny wiatr wymusił podjęcie decyzji o zmianie składu wacht. Nocne wachty za sterem pełnić będzie naprzemiennie tylko dwóch doświadczonych kapitanów, a pozostali członkowie załogi otrzymali role załogantów obserwujących horyzont i w razie potrzeby obsługujących żagle. Miałem się przespać, aby o 1 w nocy objąć nocną wachtę, ale w tych warunkach to nawet o drzemce nie bardzo można było myśleć. Na szczęście około 1.00 w nocy wiatr trochę zelżał i można było częściowo zwiększyć powierzchnię genui, a kapitan Mirek stał za sterem aż do godz. 2. Od drugiej za stery stanął Andrzej, a ja, stojąc w zejściówce do mesy, pełniłem rolę obserwatora. Niestety, pozostała w dalszym ciągu przykra fala, która przypominała nam o sobie, zalewając szczególnie mnie stojącego bliżej dziobu, solidnym prysznicem. Wokół widać było światła płynących statków, ale znajdowały się one w bezpiecznej dla nas odległości. Trzeba było jednak cały czas być czujnym. I czujność ta być może uratowała nam życie. Od dziobu ku nam zbliżały się światła statku, który nie miał jednak oświetlenia burtowego (lampy sektorowe czerwona i zielona), więc nie mogliśmy określić jego kursu. Gdy jednak odległość między jachtem a statkiem zaczęła się gwałtownie zmniejszać, okazało się, że statek płynie wprost na nas. Błyskawiczna decyzja. Zbudzony z pierwszego snu Mirek włączył dodatkowe lampy na salingu oświetlające cały jacht, ale nic to nie dało. Gdy zaczęło się robić naprawdę niebezpiecznie, Mirek uruchomił silnik zwiększając sterowność jachtu, a Andrzej skierował nasz jacht w lewo. Decyzja była bardzo szczęśliwa, bo statek minął nas z prawej burty o ok. 100 m, a może i mniej. Gdybyśmy poszli w prawo, mogliśmy trafić wprost pod dziób statku. Nie wiadomo, co to był za statek, może trawler rybacki? Nasze zdanie o załodze tego statku jest tu nie do przytoczenia. Czy byli pijani? Bo przecież nasz jacht ma specjalny reflektor radarowy, widoczny na radarach każdego statku. Na szczęście był to jedyny taki przypadek i moja wachta do godz. 5 przebiegała już spokojnie. Mogłem, poza obserwowaniem kursów statków na widnokręgu, od czasu do czasu swój wzrok skierować na rozgwieżdżone niebo. Widok niesamowity, bo żadna chmurka nie przysłaniała gwiazd. Spoglądały na nas Wielka i Mała Niedźwiedzica, przez środek nieba prowadziła mleczna droga. Widok, jakiego w mieście nawet przy najlepszej pogodzie się nie zobaczy. Jednak gdy schodziłem z wachty o 5.00, niebo zaczęły zasnuwać chmury i po raz pierwszy nie udało się zobaczyć wschodzącego słońca. Wachtę objęli Mirek i Marian. Mogłem więc położyć się w koi Mariana, bo przechył jachtu powodował, że z mojej koi znajdującej się na lewej burcie spadałem.

Rano, gdy wstałem o 7.30, całe niebo było już zachmurzone, ale robiło się już coraz spokojniej. Zbliżaliśmy się do Gdańska, a jego brzegi zobaczyliśmy już po 8.00. Gdy o 9.20 zatelefonowałem do żony informując, że podziwiam panoramę Gdańska, jej pierwszą reakcją były słowa „czy wyście zwariowali?”. No rzeczywiście, takiego tempa to i my się nie spodziewaliśmy. Główki falochronu na Martwej Wiśle w Nowym Porcie mijaliśmy ok. 10.00. Rejs z Kłajpedy do Gdańska zajął nam 21 godzin.



Wchodzimy do Nowego Portu. Mija nas płynący na regaty angielski jacht Volvo.



Kapitanowie Mirek i Andrzej zadowoleni, że bezpiecznie doprowadzili załogę do portu.


Twierdza Wisłoujście.


Oczywiście musieliśmy jeszcze przepłynąć odcinek od ujścia Wisły do mariny zlokalizowanej przy ul. Sienna Grobla, ale to już spokojnie na silniku podziwiając po drodze widoki Gdańska. Na miejsce, gdy klarowaliśmy jacht, przyjechały rodziny przywitać nas, no i zabrać do domów. Wraz z żoną przyjechała moja wnuczka, która była zachwycona możliwością wejścia na jacht i obejrzenia jego wnętrza. Dla niej była to całkowita nowość.



Stanęliśmy w marinie przy ul. Sienna Grobla.


Klarujemy jacht.


Załoga, od lewej: Mirek, Marian, ja, Rysiek, Andrzej i Marek


Przed rozstaniem się z kolegami umówiłem się z Markiem, że w poniedziałek pojadę z nim do Władysławowa po jego samochód. I zgodnie z umową tak zrobiłem. Pojechała ze mną także moja żona Elżbieta. Marek niestety spieszył się i natychmiast odjechał. My poszliśmy do portu i Ela mogła zobaczyć miejsce, z którego wypływaliśmy w nasz rejs. Nie było ono jej obce, bo z tego samego portu wypływaliśmy kutrem rybackim na małą przejażdżkę podczas XV Zjazdu Kaszubów, który odbył się w 6 lipca 2013 roku. Po spacerze stwierdziliśmy, że pora coś zjeść. Zaproponowałem Bar Skipper, w której jadłem z kolegami obiad przed wypłynięciem w rejs. Zupa rybna i sielawa w sosie pieczarkowym były pyszne. Po obiedzie powrót do Gdańska.

I tak szczęśliwie zakończyła się moja żeglarska przygoda. Mam nadzieję, że nie ostatnia.

Krzysztof Kowalkowski

27.09.2015 r.



 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!