www.mamboteam.com
 
Strona główna
czwartek, 21 listopad 2019
 
 
Impresje Rafała Kosiedowskiego z podróży quadem dawnym Jedwabnym Szlakiem Drukuj E-mail
sobota, 24 październik 2015



Rafał Kosiedowski (38 l.), pinczyniak od urodzenia. Chodził do szkoły w Pinczynie. Studia - Wyższa Szkoła Morska, elektromechanika (cała rodzina pracowała na kolei, a on został elektrykiem). W 1997 r. założył firmę ELPOL i rozpoczął produkcję rozdzielni elektrycznych. Później doszły materiały budowlane, pasze i nawozy, a niedługo ruszy produkcja kotów c.o. ("postawiliśmy na jakość i nowy dizajn; ma być dobre, niezawodne i przy tym estetyczne”). Interesuje mnie ostatnia podróż Rafała Chiny - Polska, ale najpierw trzeba uporządkować chronologicznie jego dotychczasowe wyprawy.








2008/2009
- Pierwsze rajdy, poważniejsze wyjazdy po kraju quadem (przedtem był chiński sprzęt – awaryjny). ale to za mało. Zaczęły się rodzić marzenia, aby własnym quadem pojechać na legendarną Saharę, zmierzyć się z nią, poczuć ja we włosach i ustach… Niestety ten rok pokazał, iż lęk i starach przed nieznanym pozostawił mnie w domu.

2010
- Wyprawa po Tunezji. 7 dni i 7 nocy spędzonych na pustyni. W jednej w oaz jakiś Niemiec powiedział nam, że 250 km od oazy na pustyni wybiła słona woda. Podał współrzędne geograficzne i oczywiście pojechaliśmy. Największym problemem było to, czy wystarczy nam paliwa. To jest najważniejsze na pustyni. Co mi z wody, jeżeli dziennie zrobię pieszo do 60 km. Bez wody można iść trzy dni, a niektórzy Beduini wytrzymują nawet tydzień. A quadem, kiedy ma się sprawy sprzęt i paliwo, da się zrobi 600 – 700 km. Wbrew pozorom Sahara jest równa. Wydmy to jej mała część. Dużo więcej jest pustyni skalistej, czasami stepu.. Po tej wyprawie tego samego roku pojechałem ścigać się do Maroka na międzynarodowy rajd RFM MAROCO CHALLANGE. Uczyłem się nawigacji, czytania wydm, obserwowania gór, tak, aby wrócić na metę.
Dlaczego quad... Quad to pojazd mało popularny, a więc taka podróż to coś innego...
Byłem trzy razy w Maroku na rajdzie. Niesamowita adrenalina. Tam trzeba gnać blisko 130 km na godzinę po trudnym terenie. Podczas tak szybkiej jazdy jednoczenie trzeba nawigować , kierować , obserwując roodbok (książka drogowa z opisem w którym kierunku trzeba podążać) , kasować przejechane metry/kilometry a zarazem walczyć z innymi zawodnikami aby nie jechać za nimi w kurzu

2011
- Udział w rajdzie w Maroku. RMF MAROCO CHALLANGE

2012
- Rajd w Tunezji. RALLY SAHARA TUNIZ, rajd w Maroku RALLY MAROCO i dwie krótkie wyprawy na Ukrainę.

2013
Namibia – Afryka Południowa
- Też quadem. Przepiękna wyprawa, bardzo egzotyczna. Goniliśmy się quadami z małpami i strusiami, kto szybszy. Dobrze, że nas tam nic nie zjadło. Wystarczy, że ktoś się przewróci, straci przytomność i już jest przy nim hiena. Zrobiliśmy 3,5 tysiące km. W Afryce można się zakochać podróżując z dala od aglomeracji miejskich, stroniąc od cywilizacji. Tam dopiero widać prawdziwe życie tubylców, poznaje się wartości ludzkie i obserwuje to, czego pospolity turysta nigdy nie zobaczy i dlatego warto ryzykować.
Wyprawa do Islandii, oczywiście quadem. Objechaliśmy lodowiec, podążaliśmy bezdrożami przejeżdżając przez przepiękne rzeki, które niejednokrotnie przeradzały się w wielkie wodospady, napotykając tu i ówdzie gorące źródła, gejzery, na wulkanach kończąc.
2014 rok. – Wyprawa z Maroka przez Saharę Zachodnią, Mauretanię, do Senegalu, do słynnego Dakaru
- Jechaliśmy trasą starego rajdu Paryż – Dakar. 3,5 tys. km. Spełnienie jednego z marzeń dojechać quadem do Dakaru.

2015 rok.
- Chiny - Polska.

Chiny - Polska. Zaczynamy....



- Pomysł urządzenia tej wyprawy padł w 2013 roku, notabene gdy wracaliśmy promem z Islandii. Rzucił go przyjaciel z Legnicy Daniel Radzio. Przez dłuższą chwilę wydawał się szalony, na tyle szalony, iż postanowiliśmy wcielić go w życie i ruszyły dwuletnie przygotowania. Mieliśmy rozmaite obawy... Nie, nie, że Rosja, że nieznane, niebezpieczne kraje. Oczywiście mieliśmy obawy o nasze bezpieczeństwo, ale przede wszystkim o sprzęt. No bo gdyby się popsuł, to nie mielibyśmy znikąd pomocy, mogliśmy liczyć tylko na siebie, na własne części zapasowe i umiejętności. Za żadne skarby nie oddałbym mojego quada do serwisu. Na wyprawy mam hondę, a na rajdy szybkościowe kanadyjskiego bombardiera. Na takich wyprawach jesteśmy kierowcami mechanikami i kucharzami. Na końcu zostaje przyjemność z podróży.

I w końcu trzech nas pojechało. Daniel Radzio – pomysłodawca wyprawy z Legnicy, Jarosław Małkus z Sokołowa Podlaskiego i ja. Trzech facetów, różne charaktery, jeden cel - przeżyć największą przygodę życia ,,CHINY”.
Pierwotny plan podróży, który zakładał przejazd trasą: Kirgistan – Chiny – Kirgistan – Tadżykistan – Afganistan – Tadżykistan – Uzbekistan – Kazachstan – Azerbejdżan – Gruzja – Ukraina - Mołdawia - Ukraina - Polska i przeprawę przez Morze Kaspijskie i Czarne, okazał się na miejscu niewykonalny (brak regularnych połączeń morskich, prom przypływa, kiedy chce, a odpływa, gdy jest w pełni załadowany, bywa, że czeka się na niego tydzień, a potem kilka dni go ładują, a pod drugie - konflikt na Ukrainie). Ale mieliśmy plan B. I tu się sprawdza powiedzenie - im więcej czasu spędzisz na przygotowaniu wyprawy, tym mniej zaskoczy ciebie dziwnych sytuacji na miejscu.

Każdy z nas miał na quadzie 70 kg sprzętu wyprawowego i 70 l paliwa, 18 l w baku, resztą w zbiornikach. Założyliśmy, że będziemy dziennie przejeżdżać od 300 do 600 km.

Quady wysłaliśmy kontenerem do Biszkeku w Kirgistanie. Tam dolecieliśmy samolotem... Ja pociągiem z Tczewa do Warszawy, stamtąd do Berlina, z Berlina do Moskwy, z Moskwy do Biszkeku, ok. 6 tysięcy. km. Jak do dziwnie brzmi. Jeszcze 25 lat byłoby nierealne tak polecieć – Warszawa – Berlin - Moskwa... Przedtem mieliśmy jeszcze do załatwienia masę papierów. Wizy, podwójne prawo jazdy (na wszelki wypadek, gdyby nam ktoś zabrał), pozwolenia konsulatów, ubezpieczenia, zielone karty, specjalne pozwolenie wojskowe na teren przygraniczny z Afganistanem itd. Najtrudniej było załatwić papiery do Kazachstanu i Uzbekistanu. To nie kończyło biurokracji. Gdy byliśmy już w Kazachstanie, musieliśmy się zameldować na komisariacie milicji emigracyjnej, ale pojawił się problem - nie mogliśmy jej znaleźć. Przez jakieś nieporozumienie pięć godzin biegaliśmy od okienka do okienka…

Postanowiliśmy jechać starym Jedwabnym Szlakiem, tak, jak te karawany się poruszały. [Wikipedia: Dawna droga handlowa łącząca Chiny z Europą i Bliskim Wschodem o długości 12 tys. km, wykorzystywana od III w. p.n.e. do XVII w n.e, kiedy to przestał mieć znaczenie na skutek odkrycia drogi morskiej do Chin (ok. 1650 r.)]. Kilka śladów tego szlaku znaleźliśmy - Samarakanda, Duszanbe. Z różnych przyczyn ten plan korygowaliśmy na bieżąco. Na przykład w Tadżykistanie przyroda zabrała drogę... nie, nie jakąś lokalną; międzynarodową, proszę pana. A w Uzbekistanie na mapie nie było rzeki, a w tym roku jest.

Najmocniejszą przygodę przeżyliśmy w Uzbekistanie. Jechaliśmy stepem drogą szutrową i nagle ni stąd, ni zowąd wyskoczyła dwupasmowa autostrada – jakiś kaprys urzędniczy. Równiutka, gładziutka, tylko znaków nie było. 100 km prostej drogi, asfalt zlewał się z horyzontem, a dookoła tylko step. Po 100 km już któryś z nas przysypiał. W końcu widzimy na GPS-ach, że zbliżamy się do jakiejś rzeki i że jest most. Przed rzeką był delikatny łuk i stało kilka zabudowań. Cieszyliśmy się, że po przejechaniu mostu znowu będziemy jechać stepem. Dojeżdżamy do mostu, a tu na nim leży rurociąg – dwie wielkie rury. Most nieuczęszczany. Postanowiliśmy pojechać po tych rurach, a tu nagle spod mostu wyskakuje dwóch wojskowych i do nas krzyczą. Jeden odbezpieczył AK-47 i położył się w stanowisku strzeleckim, które teraz dopiero zobaczyliśmy, drugi zszedł mu z linii strzału. Natychmiast podnieśliśmy ręce do góry i zaczęliśmy krzyczeć: Nie strelajtie, my Poliaki, my turysty! Nie było żadnych rozmów. Przez kilka minut cisza. Pot spływał nam po kręgosłupach aż do kolan. W ciągu tych kilku minut przeleciał mi krótkometrażowy film mojego życia. I myśl – tyle jeszcze do zobaczenia, do zrobienia, a tu... Wreszcie wojskowy pokazał nam palcem, że chyba mamy odjechać. Oczywiści nie przez most. Okazało się, iż przez naszą chęć poruszania się po bezdrożach prawie naruszyliśmy granicę z Turkmenistanem.












Jechaliśmy też słynną drogą śmierci. Co kawałek krzyżyk. Przez Tadżykistan. 320 km – 13,5 godzin. Tak, tę, którą pokazywali w BBC. Tam jeżdżą tiry. To droga międzynarodowa z Chin do Uzbekistanu. Najpiękniejsza droga, jaką jechałem. Tam nie ma tolerancji błędu. Wspinasz się tą drogą na wysokość ponad 3 tys. km, zjeżdżasz trochę i znowu do góry. Lewą manetkę – rączkę kierownicy mam wytartą od manewrowania, żeby nie wpaść w przepaść do rzeki Pandź, płynącej na granicy Tadżykistanu z Afganistanem. Mieliśmy na kasku kamerki i są filmiki. Pierwszy miał najgorzej. Prowadziliśmy oczywiście ze sobą łączność. Kierowcy z Tadżykistanu nie grzeszą kulturą jazdy. Widzisz, że na tej drodze nadjeżdża ciężarówka i wiesz, że on po prostu jedzie
pod górkę i to ty musisz się szybko cofać i szukać luki w urwisku, aby się schować.









Nie interesują mnie w żadnym przypadku aglomeracje. Stronimy od wielkomiejskiej cywilizacji. Ciekawa jest prowincja. W ten sposób wędrując poznaje się ludzi, ich życie, obyczaje. W mediach podają o świecie nieprawdziwą papkę. Na przykład Rosja. Z Rosjanami wiedliśmy długie rozmowy. Mówili, że pomiędzy Rosją a Polską nie powinno być granicy, bo jesteśmy Słowianami. W pewnej miejscowości podszedł do nas jakiś starszy pan i przepraszał, że nas napadli w 1939 roku. Mówił też, że w szkołach o tym uczą. Czy pan o tym wie? Aktualnie nie widać tam nędzy. Mówię o prowincji. To nie jest stereotypowy Rusek, pijany i w podartych spodniach.




Kompletnie nas zaskoczył Kazachstan. Wszędzie asfaltowe drogi, paliwo po 2 zł. Mieliśmy męczący przejazd, bo 300 km szosy jakby od linijki ktoś ją zrobił. Niezłe samochody, bogate miasta, marmury, budynki, architektura – Europa. I strasznie dla nas drogo. Poszliśmy do restauracji - 50 dolarów
za pizzę i trzy piwa z karty. Ale nie spotkałem tam biedy. Czasami ktoś zatrąbił, żebyśmy zjechali na pobocze. Zjeżdżaliśmy, a to... dziewczyny, które nie widziały dotąd quada i chciały zrobić sobie z nami zdjęcie.





W Tadżykistanie, Uzbekistanie, Kirgistanie – bieda straszna, ale kraje przepiękne. 93 procent Tadżykistanu to są góry, 7 procent pól uprawnych. Nie ma ubezpieczenia, nie ma emerytur, opieki zdrowotnej. Złamiesz rękę i możesz umrzeć, zanim ciebie dowiozą do odległego o sto kilometrów punktu medycznego. Tam przedzieraliśmy się przez góry. Napotykaliśmy domy zbudowane z wysuszonej koziej kupy. Nie robiliśmy zdjęć – nie mielibyśmy sumienia, tym bardziej, że oni nas serdecznie gościli.
W środku takich domów jest jedna izba pełniąca rolę pokoju gościnnego, sypialni, jadalni, kuchni, a łazienek tam nie ma. Ubikacja... 10 hektarów za rogiem. Gdy zapytasz o nią, gospodarza mówi: Wsio tam jest - i pokazuje ręką na step. W Kazachstanie bogactwo, ale toaleta? – dziura w ziemi. W Uzbekistanie – upał ponad 60 stopni C. Przystawaliśmy przy szosie, gdzie stały namioty do przeczekania i spaliśmy po kilka godzin. Mijaliśmy też jurty. Mieszkają też w nich zimą, przy minus 40 stopni i 1,5 m śniegu.

W Kirgistanie Chińczycy leją asfalt na potęgę, budują autostrady. Tadżycy nie, bo są za leniwi i hulają. Widziałem, jak Chińczycy budują te autostrady. Biorą mapę i wyznaczają prosto – nie przeszkadza im góra, rzeka, cokolwiek po drodze stoi. A jaki mają sprzęt! Obserwowałem, jak obsypują asfalt. Mnóstwo spychaczy jeden koło drugiego. Wyasfaltują, postawią mcdonaldy, KFC, przyjadą bogaci turyści i pogonią za pieniądzem, i zepsują tych ludzi. Najpierw będzie, kto ma lepszy namiot, potem dom, a na końcu samochód. Teraz oni są jeszcze dumni. Proszę popatrzeć na to zdjęcie. Czy ten dzieciak się nas bał? A przecież po raz pierwszy widział quady. Dałbym mu naklejki, ale nie miał gdzie nalepić.
Czasami to myśmy się zastanawiali, kto tam jest egzotyczny.












Nigdzie, podczas całej tej wyprawy, nie spotkaliśmy się ze złodziejstwem, cwaniactwem, oszustwem, ale jak już mówiłem, stroniliśmy od wielkomiejskiej cywilizacji. Przejeżdżaliśmy Wołgę. Ktoś, kto widział Wołgę, może powiedzieć, że widział rzekę. Rzekę, po której pływają statki pełnomorskie. Ona musiała Hitlera zatrzymać. Jest niesamowita, a przecież widziałem Senegal, też wielką rzekę... Albo Jezioro Aralskie, które cofnęło swoją linie brzegową o ponad 100 km w Kazachstanie i Uzbekistanie - wyschnięte, gdyż za czasów ZSRR odwrócili kierunek biegu rzek, żeby ZSRR był największym producentem bawełny na świecie, nie zastanawiając się, iż skazują kilkanaście tysięcy okolicznych rybaków na głód i ubóstwo.
Chiny. Kompetne zaskoczenie. Turugard (przejście graniczne Tadżycko-Chińskie na wysokości 3500 m n.p.m.) – koniec świata, a dla nas brama do wszystkiego – do Chin. Było to jedyne miejsce w promieniu 200 km, gdzie można było przenocować po „dachem” i zjeść coś, co przypominało mięso. Przeżyliśmy tam mocne wrażenia kulinarne… W samych Chinach inny świat, hotel czterogwiazdkowy, ale ani słowa po angielsku. Żeby wjechać do Chin swoimi pojazdami, musieliśmy zarejestrować nasze quady w wydziale komunikacji w Kasharze jako motocykle i tu nam pomógł Chińczyk numer jeden Tacher, którego polecił nam znajomy. To on oficjalnie był naszym przewodnikiem przydzielonym przez Chińską Republikę Ludową, taką polityczną przyzwoitką, która pokazuje, gdzie możemy pojechać, a grozi palcem - tam nie skręcajcie. W restauracji czekaliśmy, aż ktoś coś przed nami zamówi do zjedzenia i gdy się okazywało, że wygląda na zjadliwe, zamawialiśmy to samo.

















Poszukiwałem dla dzieci jakichś zabawek i nie było. A przecież zarzucają świat zabawkami. Na wielkich bilbordach znajome twarze - Stalina, Lenina i Mao Tse-Tunga, żeby nie było wątpliwości, gdzie jesteśmy. W Chinach zepsuł się jeden z quadów. Pompa paliwowa. Nie mieliśmy planu awaryjnego na wypadek, gdyby zepsuł się na amen. Naprawiliśmy. Oczywiście, gdyby nie dało się naprawić, byśmy nie zostawili. A to jest zdjęcie przedstawiające chiński sypialny autobus. Wszystko tam dla nas jest ciekawe,inne, ale ze względu na nieznajomość języka i jego kompletną odmienność nie da się o nic zapytać, jak mu się jedzie takim autobusem, jak mu się żyje.







Zrobiliśmy 8,5 tys. km w ciągu 29 dni podróży. Przejechaliśmy 7 krajów, 11 granic. Świat jest niezwykły i różnorodny. Zupełnie inny niż ten w telewizji. Nie wiemy o wielu sprawach, nawet jeżeli jest to już stosunkowo blisko. Na przykład nie wiedzieliśmy, że nie ma granicy między Rosją a Białorusią. Byliśmy zaskoczeni, że jedziemy już przez inny kraj. Na Białorusi jest bardzo czysto, ludzie w wioskach zadowoleni. Nie widzieli nic lepszego i to im wystarcza. Tam, na Białorusi, po prawie miesiącu jedliśmy frytki. Wpisaliśmy się do księgi gości po polsku (nie potrafię pisać cyrylicą): "Dziękujemy, że zjedliśmy przepyszne ziemniaki i mięso, które nie uciekało z talerza"
.

Najfajniejsze w dalekiej podróży jest to, że człowiek nie wie, dokąd dojedzie, kogo pozna zobaczy, czy zje coś ciepłego, gdzie będzie nocował, każdy dzień jest inną przygodą. Tego mi obecnie najbardziej brakuje. Gdyby nie obowiązki, już bym był gdzieś daleko, gdzie człowiek na widok drugiego człowieka otwiera drzwi swojego domu.

Ten wyjazd zmienił moje podejście do życia, do wartości materialnych. Kiedy wyasfaltują, postawią mcdonaldy, KFC, zepsują tych ludzi i ich kulturę. A jak zniszczy się kulturę, zniszczy się człowieka.

Tadeusz Majewski

Zdjęcia: Rafał Kosiedowski, Jarosław Małkus, Daniel Radzio





 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!