www.mamboteam.com
 
Strona główna
środa, 13 listopad 2019
 
 
TADEUSZ MAJEWSKI. W Dzień Usłyszenia Całości [proza] Drukuj E-mail
czwartek, 19 listopad 2015


Z FACEBOOKA. Od czasu do czasu ciągnę sobie tutaj (na Fb)  powieść pt. "Postulat numer 14". Kilka z rozdziałów jest już ukończonych. Jeden, pt. "Szynszyla grau", w całości ukaże się na początku 2016 r. w piśmie literackim TOPOS (na Fb mam fragmenty). Dziś fragment rozdziału X pt. "W Dzień Usłyszenia Całości". Powstał w Grecji, kraju, gdzie - jak w piosence - "same układają się historie".


W Dzień Usłyszenia Całości 

Betonowym korytem sezonowej rzeki w cieniu starożytnych platanów schodziła piękna Greczynka. Tuż przy pionowej ścianie koryta parkowały liczące kilkanaście lat auta segmentu mniej niż compact oraz leciwe, dotknięte rdzą i wgniotkami dostawcze nissany, toyoty i fordy rangery.
Greczynka, w czarnym bikini, podkreślającym jej ciemną karnację, szła miarowym, sprężystym krokiem atletki. Miała mocne uda, szerokie biodra i pełne piersi. Tak wygląda piękno w absolutnie pełnym rozkwicie życia – pomyślał Meger i z zaskoczeniem zauważył, że mężczyźni – zarówno Polacy, jak i Grecy – pośpiesznie odwracali od niej wzrok. Aha – Kobieta Bolioczy. Powietrze zrobiło się nagle bardzo ciężkie. Meger na chwilę zamknął oczy i jak we śnie ujrzał niezwykłą scenę – tę Greczynkę wieczorem przy ognisku, z natchnioną, szczęśliwą twarzą, z lekko rozwartymi ustami, patrzącą z podnieceniem na dwóch mężczyzn walczących o nią na noże - na śmierć i życie. Tych dwóch i ją otaczał szczelny krąg innych mężczyzn z twardymi, mocnymi palcami zaciśniętymi na rękojeściach noży, czekających na swoją kolej. Obraz był tak realistyczny, że Meger aż uszczypnął się w policzek, by dojść do rzeczywistości. A co to za cholerne halucynacje – mruknął do siebie.



 



[...]
Przy stolikach w szerokim patio z antywiatrowymi kurtynami z folii część turystów z niebieskimi paskami na nadgarstkach czekała na barmana, który już od kilkunastu minut powinien stać za barem i wydawać wino i piwo.
- Oni mają zawsze czas – sarkastycznie stwierdziła siedząca naprzeciw Megera starsza krakowianka.
- Aaa... mówi pani o Grekach. Och, tylko bez ksenofobii, nie trzeba tak od razu kręcić nosem. Przecież jest blisko 50 stopni – mruknął i odstawił talerz z niedojedzonymi oliwkami.
- A pan skąd?
- Co pan robi i ile pan zarabia? - nie czekając na odpowiedź zaraz po niej zapytał grubiańsko jej towarzysz. Miał na sobie idiotyczną w tym miejscu koszulkę PW – z kotwicą Polski Walczącej. Znad brzegu morza dobiegł ochrypły, niepasujący tutaj śpiew żegnających się z Kokkino Nero studentów: "Polska, Polska biało-czerwona". Nieźle już mieli w czubie. Zaraz wsiądą do autobusu i odjadą.
- Przyjechałem tu z Gocewia. Nagrać cykady. W różnych sytuacjach.. W stanie zagrożenia, wabienia, miłości... to znaczy osiągania seksualnej rozkoszy. Nagrywałem już koło Dubrownika. Na wyspie cykad. Tu są dwa gatunki. O... słyszy pani? Teraz koncertują piewiki manniki, Cicada orni L. Te dźwięki nie są zbyt przyjemne. O, tak wyglądają.
Machinalnie zdjął jej szybkim ruchem z bluzki 3-centymetrowego owada o szarej barwie ciała i przezroczystych skrzydłach. Kobieta ze wstrętem wstrząsnęła ramionami.
- Józuś, nie widziałeś, że to świństwo po mnie łazi?! Przecież walczyłeś w powstaniu warszawskim! – wrzasnęła do mężczyzny.
- Słabo widzę w tych plamach cienia. Poza tym dałbym głowę, że go na tobie nie było.
- Trudno dostrzec przez te przeźroczyste skrzydła, proszę państwa. Dzięki nim są na popękanej korze drzew praktycznie niewidoczne. Ta jest w stanie hibernacji – obracał ją uważnie w palcach też się dziwiąc, skąd się wzięła i skąd ten jego impulsywny ruch. – Złapałem podobną na drzewie brzoskwini czy moreli.
- Fuj!
Obrzuciła go spojrzeniem pełnym wzgardy jakby to on był piewikiem i raptownie odsunęła krzesło. Jej partner błyskawicznie stanął przy niej w postawie na baczność wypinając pierś z kotwicą PW.
- Fuj, z Gocewia! - rzekł.
Meger wyprostował palce i nagle ze zdumieniem ujrzał, jak z jego dłoni (spod paznokci? co za absurd! - pomyślał) wyleciało kilkaset piewików i z nieprzyjemnym chrzęstem skrzydeł ruszyło w stronę odchodzącej pary. Oboje zaczęli uciekać w stronę domu, wywołując wrzaskiem nawet barmana z kuchni.

 


[...]
Przed pobliskim biurem turystycznym w fotelu siedział potężnie zbudowany mężczyzna. Wydawało się, że drzemie. Gdy Meger usiadł w fotelu obok, wyraźnie z ogromnym wysiłkiem uchylił powieki.
- Skąd pan jest? – mruknął.
Co oni tutaj z tym skąd jest? – pomyślał Meger.
- Z Gocewia.
Powieki otworzyły się szerzej, ale ciągle nie do końca. Niemniej Meger zauważył, że ma ciężkie jak z ołowiu źrenice.
- Z Gocewia? Hm... Gociewie, Gocewie... nie słyszałem... Jechałem tu dziesięć dni.
- Aż dziesięć dni?!
- Tak, lubię podróżować autem zygzakiem. W ubiegłym roku odkryłem niezwykły kraj.
- Niech zgadnę: Rumunię.
- Tak!
Zdumiony potężny facet skręcił się w tułowiu w jego stronę i spojrzał na niego z nagłym zainteresowaniem. Ołów nieco złagodniał.
- Kłos.
- Tak, kłos.. że co kłos?
- Nazywam się Kłos, Jermiasz Kłos. Dla znajomych Jeremi. Przyjechałem z Olkusza... Gociewie... Gociewie. Niech pan powie, gdzie to jest. Aha. I niech pan nie robi mi zdjęć. Nie pozwalam – dodał widząc, że ma aparat z teleobiektywem.
- Gocewie. Na Pomorzu, przed Kaszubami. Od tej strony patrząc, to znaczy od południa.
- Hm... Gocewie. Dziwna nazwa. Nie słyszałem. Dwa lata temu byłem w Kwidzynie, Gniewie i w takim miasteczku, miasteczku, miasteczku, o, w Pelplinie. Oglądałem Biblię Gutenberga z tą wadliwą czcionką. W tym Pelplinie to jest skandal. Umieścili bardzo interesujące zbiory w koszmarnym betonowym bloku.
- No to był pan na Gocewiu.
Z lewej strony, już od strony plaży, szła w ich stronę ta sama Greczynka. Po chwili powoli przechodziła koło nich, kompletnie nie zwracając na nich uwagi. Musnął ich zapach perfum.
- Maksmara... - wymamrotał Jeremi. - Niech pan na nią nie patrzy, bo dostanie pan zawrotu głowy, na zawsze. To bogini. Zła. Rzuca urok. W ogóle niech pan lepiej dzisiaj już nie wychodzi z pokoju, a coś poczyta. Ja próbuję. Yaninis Ritosos, grecki poeta. Sonata księżycowa. Zna pan? Wielki poeta, chociaż komunista. Pisze we wstępie, że Kafka to tylko epizod Dostojewskiego. I ma rację... Przepraszam, wiem, nie wszyscy przecież interesują się literaturą. Dzisiaj wolą czytać kolorówki, maile, wydruki kart kredytowych... Czy wierzy pan w endorfiny? – rzucił nagle.
- Hm...
Kątem oka dostrzegł, że źrenice Kłosa znowu zrobiły się z ołowiu, a powieki opadły do połowy, jakby chcąc uciec od widoku.
- Czy ona jeszcze idzie? Ma ciało podobne do... – wyszeptał.
- Już przeszła... Nie patrzyła na nas....
- Patrzyła, patrzyła. Ona niby nie patrzy, a wszystko widzi. Patrzy całym ciałem, wszystkimi zmysłami... To co z tymi endorfinami?
- Nie bardzo wiem, co panu odpowiedzieć. Ale pracował u mnie chłopak, którego rzuciła dziewczyna. Żył jak w półśnie i ciągle mówił o samobójstwie. I w końcu się powiesił w najbardziej ponurym u nas lesie. Takim naszym Sherwood. A ja myślałem, że żartuje. Gdybym potraktował go poważnie, może by do tego nie doszło.
- Nic by pan nie uratował. Endorfiny... Gdy pana opanują, jesteś pan zgubiony. Endorfiny w krwiobiegu, w każdej myśli, a właściwie to w każdej przedmyśli, w każdej sekundzie bezsennej nocy, we wspomnieniach, marzeniach, sprawiają, że wykonujesz wszystko jak w półśnie i półautomatycznie. Nawet nie myślisz o niej, ona po prostu nieustannie w tobie jest... Jechałem dziesięć dni. Jestem zawodowcem w branży turystycznej, ale tu przyjechałem prywatnie. Tu, do Kokkino Nero, nad Aqua Rosa.... Co pan ma w uchu?
- Mikrofon kierunkowy od świętego Henryka Skarżyńskiego z Kajetan.
- Nie znam. Co za święty?
- Ze Światowego Centrum Słuchu. To znaczy mikrofon kierunkowy wzmacnia odbiór implantu. Łowię ostatnie moje dźwięki i nagrywam. Tutaj akurat dźwięki cykad. O, kilkanaście metrów za panem samotnie koncertuje samiec. Cykada Lyristis plebejus. Słyszy pan? Ja wszystko tutaj słyszę. Wystarczy, że ustawię odpowiednio mikrofon kierunkowy i słyszę nawet najcichsze szmery.
- Aha, nagrywa pan cykady... Hm... Co za bezruch powietrza.
Zawiesił znacząco głos.
- Wiem, nagrywanie cykad, to może niedorzecznie brzmi...
- ...Endorfiny – mówił Kłos coraz wolniej i ciszej, jakby tracił zainteresowanie rzeczywistością – Są wszędzie, jak te cykady w pańskiej głowie. Proszę nie dać się nim opanować. Wykończą...
I z hukiem zatrzasnął powieki.

 

 



[...]
Kilka dni wcześniej po południu spod lotniska w Salonikach wyruszył autobus z polskimi turystami. Jechał prawie cztery godziny. Zatrzymywał się w trzech miejscowościach, by wysypać grupki ludzi według grafiku biura turystycznego. Większość wysiadła w miasteczkach leżących przy otwartej Riwierze Olimpijskiej. Paralia, Platamonas, Nei Pori. Kobieta z biura towarzyszyła im akurat do Nei Pori. Z uporem nazywała turystów "transferem", a położenie Salonik i tych kilku miejscowości nazwała "amfiteatralnym". Kierowca, siedzący w małym, niziutkim wobec foteli pasażerów kokpicie, otoczony miniaturowymi ikonami chyba wszystkich możliwych świętych i kilkunastoma komórkami od najstarszego typu po najnowszy model, przejeżdżając uliczkami wąskich nadmorskich miejscowości naciskał śmiesznie brzmiące piszczałki, a odwróceni od autobusu późni spacerowicze odskakiwali ze śmiechem. Kiedy dojechali do Kokkino Nero, było już ciemno, ale przy deptaku ciągnącym się w dół wzdłuż betonowego koryta sezonowej rzeki jeszcze jaśniały żółtym światłem otwarte sklepy.
Ostatnia grupka była nieliczna. Z tyłu siedziało wyraźnie znudzone sobą małżeństwo. Może przyjechali tu, do tej ostatniej miejscowości, odszukać siebie.
Meger wychodząc ukradkiem wziął leżącą na przednim siedzeniu gazetę. Dla Krzysia, który kolekcjonował gazety z całego świata.

[...]
Zbudził się bardzo wcześnie. Wziął aparat z obiektywem ogniskowa 500 i wyszedł na coś w rodzaju zewnętrznej antresoli. W szarości pomiędzy końcem nocy a początkiem dnia na brzegu majaczyła masywna sylwetka jakiejś kobiety. Zwrócona twarzą do Morza Egejskiego czekała na coś z aparatem. Po chwili Stało Się. Zza linii horyzontu w absolutnej ciszy wystrzeliła pomarańczowa kula, by po kilku sekundach zmienić barwę na intensywnie złotą tworząc dzień.
Czy w absolutnej ciszy? Meger był pewien, że usłyszał, jak to pomarańczowe ukrwione żółtko wydało gumowy odgłos "plum". Dźwięk zupełnie jak w animowanych filmach dla dzieci.
Usłyszał też w tym właśnie momencie, o tym świcie, jak na południowych brzegach greckich wysp szorują o śliskie kamienie brzuchy 173 pontonów z imigrantami z Syrii i innych krajów Azji Mniejszej oraz Afryki. Usłyszał gardłowe głosy i najczęściej powtarzane słowa "Allah Akbar". W tej jednej chwili, w ułamku sekundy nagle doszły go dźwięki z przeróżnych miejsc wszechświata, zupełnie, jakby tu, w Kokkino Nero, stał się psem Pana Boga czujnie spijającym każdy dźwięk z jego nieskończonych ust.
Przez moment poczuł, że te wszystkie dźwięki rozsadzają mu głowę. Czyżby jakiś atak? Epilepsja? – pomyślał nie rozumiejąc, że przez moment dane mu było słyszeć Filharmonię Całości.

[...]
Wrócił do pokoju i zaczął czytać rozdział z Pascala "Grecja półwysep" pt. Mitologia od A do Z.
Kiedy Kronos wykastrował Uranosa i wrzucił jego organy płciowe do morza u wybrzeży Cypru, woda spieniła się i tak urodziła się Afrodyta, której imię oznacza "zrodzona z piany". Kim był Uranos. Kilka kartek dalej – Kronos (syn Uranosa) sierpem obciął organy płciowe... na prośbę Gai, przerażonej nienasyconą żądzą małżonka.
Co za historie – pomyślał. Chcą usunąć z podręczników braci Grimm, a tymczasem to jest dopiero porąbane. No bo nie ma co się czarować. Za tą historią Tytanów i całą grecką mitologią kryją się przecież ludzkie konkretne zdarzenia. W miejscowości B. na Gocewiu też miała miejsce podobna historia. Pani G. przyłapała męża na zdradzie i w nocy podczas snu go wykastrowała. Pomimo błyskawicznej akcji służb medycznych z operacji przywrócenia męskości nic nie wyszło. Kilka lat później pan G. został tenorem kastratem, a na jego występy w Rzymie przychodziły tłumy urzeczone barwą głosu i niezwykła ekspresją, wynikająca z tęsknoty za pozbawioną męskością... Eh, odwieczne historie pożądania, miłość, zdrady i zemsty.




[...]
I znowu w szarościach przedświtu przez teleobiektyw zaczął obserwować brzeg Morza Egejskiego. Drobne fale, kamienie, jeżowce między nimi, fragmenty cegieł, amfory na dnie kilka kilometrów dalej, platany, ostre skały w wodzie. Nagle usłyszał jak ktoś w tym mętnym mleku przedświtu biegnie deskami antresoli miękko klaszcząc bosymi stópkami. Po chwili ze zdumieniem ujrzał kobietę z autobusu. Szła już teraz brzegiem, wolno, ostrożnie, co chwila niepewnie przystając, pochylając się i podnosząc kamyki. Wyostrzył obraz obiektywu i ujrzał, jak na jej twarzy o pełnych, zmysłowych ustach maluje się wyraz kompletnego rozmarzenia.
Nagle z drugiej strony, z lewej, ujrzał Kłosa. Szedł w jej kierunku.
Zbliżyli się do siebie. Przypadek? Krok za krokiem coraz bliżej. Gdy byli już obok siebie, wydawałoby się przypadkowi i obojętni, kobieta nagle rzuciła się na szyję Jeremiego. Przywarli do siebie i stali aż do momentu, gdy z cichym "plum" wyskoczyła pomarańczowa kula słońca. Weszli do wody. Nikt ich nie obserwował.
Meger wyostrzył obraz. Jeremi stał nieruchomo za nią. Oboje mieli ręce skryte w wodzie. Jej twarz nabierała jakiego dziwnego wyrazu przez lubieżny uśmiech w kącikach ust. Zalśniły białe zęby. Oddychała coraz prędzej, a na jej twarzy pojawił się grymas rozkoszy.
Ach to tak, Jeremi – pomyślał Meger. - "Woda spieniła się". To dzień narodzin Afrodyty. Spełnienie w Morzu Egejskim.
Po chwili kobieta wyszła z wody i pobiegła w stronę schodów, zostawiając stojącego w wodzie, smutnego Jeremiego.
[...]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!