www.mamboteam.com
 
piątek, 30 październik 2020
 
 
EDMUND ZIELIŃSKI. Edmund Werner i historia jego życia Drukuj E-mail
sobota, 09 styczeń 2016

W środę 2 maja tego roku pojechałem do pana Romana Kalinowskiego zamieszkałego w Skórczu. Po naszym ostatnim spotkaniu w moim mieszkaniu przyszedł czas na rewizytę, zwłaszcza że pan Kalinowski chciał mi opowiedzieć historię, jaka wydarzyła się w latach okupacji hitlerowskiej w Zblewie.


 

Pogoda była cudowna, wiosna w pełni, drzewa zielone i błękitne niebo nad głową.

Umówiłem się telefonicznie, że około godziny dziesiątej będę u państwa Kalinowskich. Żonkę zostawiłem u bratowej w Zblewie i pojechałem w kierunku Skórcza. Nie spieszyłem się. Chciałem delektować się znanym mi krajobrazem, chociaż mocno już zmienionym.

Kiedy z berlinki skręciłem na Borzechowo, odezwała się moja komórka. To pan Kalinowski objaśniał mi, jak mam do niego dojechać. Solidność – to jedna z cech charakteru pana Romana Kalinowskiego.

Po drodze mijam znane mi miejsca. Na pierwszym zakręcie pod Borzechowo jeszcze na początku lat pięćdziesiątych na poboczu szosy leżał do góry kołami spalony wrak niemieckiego transportera opancerzonego. Trochę dalej znajdowało się w przeszłości miejsce odpoczynku dla wędrowców, o którym pisałem. Tu mieszkał pan Spaiser, a zaraz za nim na zakręcie czołg radziecki w 1945 roku rąbnął w skarpę. Kierowca jego zginął i tam został pochowany. Przez wiele lat wyraźnie widoczny był ślad po gąsienicy. Po prawej Szarafin, a po lewej wyłoniło się miejsce mego urodzenia. Tylko miejsce, bowiem budynki już inne i otoczenie nie to samo. Tam gdzie były torfkule, jest wygłaskane oczko wodne, bez śladu dawnych porostów, kęp i krzewów. Widać, że natura ma tu niewiele do powiedzenia. Pod samym lasem pozostałości po świetnym gospodarstwie mego dziadka. Owszem, to co zostało, jest zadbane przez nowych właścicieli, jest ład i porządek, ale bez ducha tamtych lat.

Przejeżdżam przez las, który w dawnych latach tworzył szpaler wiekowych świerków dla biegnącej tu szosy. Gdzieś w połowie leśnej trasy przypomniałem sobie opowiadanie Bronka Węsierskiego, jak to nocą powoził bryczką i coś go wystraszyło. Konie stawały dęba, koła obracały się w miejscu i do przodu ani rusz. Coś w ciemnościach biegało wokół bryczki czyniąc sytuację stokroć straszniejszą. W pewnym momencie konie galopem ruszyły do przodu i zatrzymały się dopiero w gospodarstwie Węsierskich. Takie sytuacje się zdarzały w dawnych latach. Wyjeżdżając z lasu spojrzałem w miejsce, gdzie w latach czterdziestych znaleziono ciało zastrzelonego milicjanta. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

Jadę i wspominam. Po prawej mieszkał pan Sekołowski, po lewej Pora, dalej po prawej Czajka – leśniczy, Stywa i po lewej Wałdoch. Dalej, w głębi po lewej, pan Błażejewski. Potem jest cmentarz, kościół i wieś Borzechowo.

Spokojnie jadę w kierunku Bietowa. Tu, na moście, przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami, zdarzył się przed laty straszny wypadek. Motocyklista jadąc zbyt szybko, wypadł z szosy. Motocykl się zapalił i kierowca zginął na miejscu. Jak mi opowiadał Stanisław Pobłocki, milicjant ze Zblewa, z odzienia motocyklisty został tylko skórzany pasek.

Za Bietowem po prawej stronie stoi jeszcze dom, w którym mieszkał znakomity rzeźbiarz, pan Alojzy Stawowy.

Lubichowo to prawie miasteczko. Tu na cmentarzu leży ksiądz prałat Adam Lorenc. Na stare lata mieszkał na plebanii w Zblewie u księdza Franciszka Wróblewskiego, który był jego krewniakiem. Pamiętam, jak skończył 90 lat, odprawiał jeszcze mszę świętą i powiedział dopóki mam w ręku siekierę, kostucha po mnie nie przyjdzie. A siekierkę miał w ręku często, bo lubił drobić chrust na plebańskim podwórku.

Przejeżdżam przez Zelgoszcz i przypominam sobie pożar wsi pod koniec lat pięćdziesiątych. Gasiłem ją jako strażak OSP w Zblewie. Tu też mieszkał brat mej mamy, wujek Walter Redzimski. Jadę wzdłuż starych torów kolejowych, mijam nieczynny dworzec i zostawiam po lewej Wielki Bukowiec. Tu też zostały wspomnienia z młodych lat. O tym innym razem.

Kilka kilometrów lasem i jestem w Skórczu. To już inne miasto. Wyładniało, wiele sklepów, czyste i zadbane. Samochód zaparkowałem na parkingu przy kościele i idę na ulicę Sobieskiego w kierunku domu pana Kalinowskiego, a pan Roman czeka na mnie już w pobliżu swego siedliska. Witamy się serdecznie, przechodzimy przez bramę, wejście do kamienicy i schodami pniemy się do mieszkania państwa Kalinowskich. Tam zostałem miło powitany przez żonę pana Kalinowskiego i ich córkę. Siadam wygodnie na kanapie, a mój gospodarz w fotelu. Pani częstuje nas kawą, herbatą i ciastem. Pan Kalinowski zaczyna opowiadać o zdarzeniu, jakie miało miejsce w czasie II wojny światowej w Zblewie.

Mój kuzyn Edmund Werner urodził się 9 lutego 1916 roku tam gdzie ja, w Nadolnej Karczmie z ojca Jana Wrnera i matki Anastazji z Kalinowskich. Jego mama i mój ojciec byli rodzeństwem.

Edmund po ukończeniu gimnazjum rozpoczął naukę w seminarium nauczycielskim w Tucholi, gdzie uczył się jego starszy brat. Ojciec jego był kolejarzem i pracował na stacji w Tucholi. Około 1930 roku przeprowadzają się do Zblewa, zamieszkują na dworcu w domu naprzeciw wieży ciśnień. Wujek pracował teraz na stawidle (nastawnia kolejowa – przyp. E.Z.), tej pod Cisem. Szkołę Powszechną kończy Edmund w Tucholi, a Gimnazjum Męskie w Starogardzie, gdzie uczył się łaciny, greki i języka francuskiego.

Po skończonym seminarium nauczycielskim w Tucholi Edmund miał objąć pracę na Podolu. Przed wojną tak właśnie robiono, że naszych nauczycieli wysyłano na Kresy, a tamtych przysyłano do nas. Moja wychowawczyni pochodziła gdzieś spod Pińska. Edmund mówił do mamy, że jednak w tamte strony nie chce iść, wolałby tutaj zostać. Tak się złożyło, że była oferta dla absolwentów seminarium ze strony szkoły chorążych w Toruniu i on tam wstąpił. Był po maturze, więc bardzo szybko awansował, tak, że przed wojną był już podporucznikiem i miał ordynansa.

Według relacji córki pana Edmunda – Szkoła Podchorążych Rezerwy należała do 65 pułku piechoty w Grudziądzu. Pod koniec kursu w 1936 roku, z uwagi na bardzo dobre wyniki w wyszkoleniu zaproponowano mu służbę zawodową i skierowano do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowcu Mazowieckim którą ukończył w 1938 roku w stopniu podporucznika. Zostaje skierowany do 18 pułku piechoty w Skierniewicach na stanowisko dowódcy plutonu.

Pan Kalinowski mówi dalej.

Jego jednostka macierzysta stacjonowała w Skierniewicach. Kiedy wybuchła wojna, oczywiście wszyscy ruszyli do boju. Jego ominęła bitwa nad Bzurą, ponieważ jego jednostka została skierowana na Warszawę. W wielkich walkach tam nie uczestniczył. Warszawa poddała się 28 września 1939 roku. On gdzieś tam zdobył cywilne ciuchy i udał się pieszo w kierunku Skierniewic. Gdy tam dotarł, działała już administracja niemiecka, a jego znajoma pracowała w biurze. On się jej poradził co i jak, bo chciałby dostać się na Pomorze. Jeszcze wtedy nie było granicy, jaką okupanci ustanowili później pomiędzy Generalną Gubernią a Rzeszą. Ale w pociągach kontrolowali. On nie miał jakichś mocnych dokumentów, tylko jakieś zaświadczenie i jego znajoma wypisała mu przepustkę czy bilet do miejscowości Stüblau. Zblewo nazywało się Hochstüblau, a Stüblau było gdzieś za Człuchowem.

On spokojnie sobie na ten bilet jechał do Tczewa, z Tczewa do Zblewa i tam wysiadł. Mieszkali dalej na dworcu, ale interesowała się nimi policja. Raz byli w domu, zanim on z tych Skierniewic wrócił. Wrócił gdzieś tak w pierwszej połowie października. Kiedy drugi raz przyszli, on był już w domu. Ciocia miała w sypialni dosyć niskie łóżka. Widzą, że policja już się zbliża. Gdzie tu się schować, żadnej komórki nie było. On wsunął się pod te łóżka. Miał kaszel, ale jakoś wytrzymał. Przeszukali wszystko, łóżka też, ale pod nie nie zaglądali. To było całe szczęście. Gdyby go znaleźli, żołnierza – oficera, pewnie by go nie rozstrzelali, chociaż do końca nie wiadomo jak by to było. No i wtedy tam było już bardzo gorąco.

Znał bardzo dobrze Fischerów. Już przed wojną się przyjaźnili i on jakoś do nich się skierował, by go ukryli. Zgodzili się. Mieli piwnice pod restauracją i tam miał schowek. Piwnice wysokie, na posadzce ułożył podest, raz, że nie było wilgoci, a dwa, był pod podłogą restauracji i słyszał rozmowy przebywających tam Niemców, co planują itd. Tam bywało dużo gości, bo budowano autostradę. On tam nawet planował i już częściowo miał zrobiony podkop, by połączyć piwnice ze stodółką. To mu się jednak nie powiodło. Ciocia z wujkiem wiedzieli, że ich z dworca wysiedlą i postanowili uprzedzić Niemców. Wynajęli pokój z kuchnią u państwa Szarmachów mieszkających blisko żwirowni, na uboczu, kilkaset metrów od Fischerów. Tam byli razem z Edmundem, bo kryjówka u Brunona Fischera stawała się niebezpieczna.

Wujka zaciągnęli do Bauzugu (firma budowlana) i wywieźli do Francji. U Szarmachów w miarę spokojnie sobie żyli. Edmund tam nawet walizki robił, jednak na dwór wychodził tylko wieczorem, by go nikt nie widział. Później, by trochę pobyć w dzień na dworze, na podwórku postawili taki stożek z pociętego drewna na opał, blisko chlewika. Wykopali tunel i połączyli chlewik z pustym w środku stożkiem. On tam wchodził i przebywał jak na dworze. Mimo, że mieszkali na uboczu, Niemcy zawsze mogli tu zajechać. Jednego razu ciocia patrzy przez okno, a tam idzie trzech mundurowych, czarnych. To chyba było gestapo (Geheim Stadt Polizai). Edmund był w domu w tym czasie i jadł z mamą obiad, zupę. Gdy ciocia ich zobaczyła, to byli jakieś 500 metrów przed domem. Edmund szybko otworzył okno od strony ogrodu i czmychnął w żyto. Ciocia talerz Edmunda z zupą wrzuciła do wiadra ze zlewkami. Gdy przyszli, to już śladu po nim nie było. Zrobili rewizję i jak się okazało, miało to związek z wysadzeniem pociągu pod Strychem (z 8 na 9 czerwca 1942 roku partyzanci por. Jana Szalewskiego wykoleili pociąg pośpieszny Królewiec – Berlin - przyp. E.Z.).

Po tym zdarzeniu Edmund zrobił sobie schowek w lesie. Tam przypadkowo spotkał się z dwoma Anglikami, którzy uciekli z obozu jenieckiego spod Gutowca. Oni budowali tą autostradę. Przez jakiś czas przebywali razem w lesie. Pewnego dnia Anglicy odeszli. Edmund, kiedy tylko mógł, przebywał w domu. Jednak odwiedziny policji były coraz częstsze. Na dłuższy czas przenosi się do lasu, którym zawiadywał leśniczy – Niemiec. Tyle co mi wiadomo, żona leśniczego wiedziała, że w tym lesie ukrywa się Edmund. Ja nie wiem, czy leśniczy nie wiedział. Myślę, że on nie chciał wiedzieć, zwłaszcza, że leśniczyna czasem podkarmiała Edmunda.

W międzyczasie wydarzyła się taka historia. Niespodziewanie ktoś puka do drzwi. Edmund chowa się za szafę, a do mieszkania wchodzi naczelny inżynier budowy autostrady i powiada, że chce się zobaczyć z Edim. Ciocia niemal zemdlała. On uspakaja, że nie ma złych zamiarów, powołuje się na znajomość z Fischerami, gdzie faktycznie często przebywał. A oni ufając mu powiedzieli o Edmundzie. Edmund za szafą słyszy, że powołuje się również na dziewczynę Fischerów i dochodzi do wniosku, że ona by go nie zdradziła. Fischerowie chcieli go uprzedzić o wizycie tego inżyniera, ale on był szybszy. Edmund zza szafy wychodzi, a ten Niemiec go serdecznie uściskał i powiedział, że mieszka w Berlinie, ma trzy córki. Ale jakby któraś wyszła za hitlerowca, to by tego zięcia zastrzelił.

Powiedział do Edmunda, że ma życzenie, aby jedna z córek została jego żoną. Odwiedzał ich jeszcze wielokrotnie. Kiedy budowa autostrady się skończyła – wyjechał. Przysyłał paczki, w których były również papierosy i cukierki. Z cukierkami była zawsze karteczka z napisem Für kleinen Edi (dla małego Edzia) dla zmylenia poszukujących Edmunda. Po wojnie chciał się jakoś odwdzięczyć i szukał inżyniera różnymi sposobami. Prawdopodobnie zginął w czasie bombardowania.

Muszę tutaj dodać informację córki Pana Edmunda, że w czasie ukrywania się w lesie biegle opanował język angielski, posługując się książkami niemiecko-angielskimi. Wymowy nauczył się na podstawie rysunków pokazujących prawidłowe ułożenie języka.

I tak Edmund przetrwał wojnę. Po wyzwoleniu został powołany do wojska. Jako zastępca dowódcy kompanii wracał z Berlina przez Budziszyn, Kłodzko do Żywca. Widziałem go, jak przyjechał na urlop, była zima, a on w drelichowych spodniach. Wszystko robił, by z tego wojska się wydostać i jakoś się udało.

Według relacji córki pana Wernera, proponowano mu dalszą karierę w wojsku, ale warunkiem było wstąpienie do partii komunistycznej, z czego nie skorzystał. Pani Beata pisze tak:

Zdegradowany przedwojenny oficer, wykształcony nauczyciel zafascynował się czymś nowym – ziemniakiem, i w 1946 roku rozpoczął pracę w Stacji Hodowlanej Bozniewice, później Wyszoborz gmina Manowo jako asystent i zastępca kierownika. Dwukrotnie został delegowany (1948 – 1950) do Francji do pracy nad stonką ziemniaczaną. Po powrocie z drugiej delegacji pracował jako asystent w Laboratorium Badań Ziemniaka I.H.A.R. w Gdańsku-Wrzeszczu (przy ulicy Jesionowej - przyp. mój). Pracuje jako organizator pracy badawczej nad stonką w Przczynie i Zamartem k/Chojnic, gdzie od 1952 do 1961 był kierownikiem Laboratorium Przeciwstonkowego i Działu Hodowli Ziemniaka.

Tatko po raz trzeci wrócił do szkoły, tym razem do Akademii Rolniczej w Olsztynie, w której w 1956 roku uzyskał tytuł inżyniera, w 1962 – magistra, a 1968 doktora nauk rolniczych, pisząc pracę doktorską pt. „Uzyskiwanie haploidów ziemniaka oraz ich znaczenie w metodyce hodowli”. W międzyczasie (1959-1960) w ramach wymiany organizowanej przez Ministerstwo Rolnictwa przebywał na rocznej delegacji na Uniwersytecie Wisconsin w USA. Był kierownikiem Pracowni Ekologii w Laboratorium Badań Ziemniaka w Gdańsku-Wrzeszcu, a od 1965 roku do końca swej zawodowej kariery pracownikiem Zakładu Doświadczalnego Ziemniaka w Boninie k/Koszalina, którego jako współorganizator był zastępcą dyrektora ds. naukowych. Pełnił też funkcję kierownika Zakładu Hodowli Eksperymentalnej. W 1972 r. został docentem, a w 1983 profesorem nadzwyczajnym. Wkrótce zostaje ogólnokrajowym koordynatorem hodowli ziemniaka, znanym naukowcem w tej dziedzinie w Polsce i zagranicą. Zasiadał w wielu Radach Naukowych i zespołach doradczych.

Bohater mego felietonu był autorem 14 odmian ziemniaka; Azalia, Bogna, Dalia, Ina, Irys, Jaśmin, Kama, Kora, Leda, Liwia, Malwa, Mila, Olsztyński i Ronda. Pan Kalinowski wspomina, że kiedyś w rozmowie na pytanie jak tam jest w Stanach Zjednoczonych miał powiedzieć:

Co ja mogę powiedzieć. Byłem w trzynastu. Gdybym był we wszystkich, to mógłbym coś powiedzieć, jak tam w Stanach jest.

Jednocześnie był bardzo solidnym i dokładnym. Współpracownicy mawiali, że Edmundowi to trudno dogodzić. Często sam brał się za łopatę i uprawiał poletka doświadczalne.

Rodzice Edmunda – Anastazja i Jan Werner od 1949 roku zamieszkali u pana Krajewskiego Franciszka w Zblewie. Ojciec był już na emeryturze i pomagał w gospodarstwie Krajewskiego. Pewnego razu zawoził szlófami (drewniane płozy z podestem) zboże na dworzec. W drodze powrotnej konie się spłoszyły i został szlófami poturbowany, co było powodem jego śmierci. Natomiast Janek Stachowiak tak opisał mi to zdarzenie:


(…) Jak Tobie opowiedziałem, pan Jan Werner codziennie odwoził mleko do mleczarni. W tym dniu był śnieg, więc wiózł to mleko na "szlufach". Po odstawieniu mleka do Kan nalał serwatki i przygotowywał się do powrotu. W tym czasie z dworca jechał ciągnik „Lanzbulldog” z węglem i konie o nazwach "Orzech" i "Pupa" wystraszone gwałtownie wyciągnęły szlufy na ulicę w kierunku Jóskowskiego. Pan Werner jeszcze nie siedział na kanach, więc przez niespodziewane szarpnięcie koni stracił równowagę i się przewrócił na tył szluf tak nieszczęśliwie, że wypadł poza nie, trzymając lejce zahaczył o tylny hak szluf. Konie spłoszone biegły całą szerokością drogi i na zakręcie uderzyły w bok drzewa. Pan Jan w to drzewo również uderzył i potem całe jego ciało było wleczone po szosie. Koło Richterow przed skrzyżowaniem na Pinczyn, któryś woźnica je zatrzymał i zabrał na swoje sanie pana Wernera do Ośrodka Zdrowia w Zblewie. Gdy przyjechało pogotowie, pan Jan jeszcze żył, ale był nieprzytomny. Pani Wernerowa, przywieziona saniami do Ośrodka Zdrowia, jeszcze zdążyła męża przytulić. Cały czas odmawiała modlitwę i prosiła Boga o pomoc. Kiedy pogotowie odjeżdżało, nakreśliła ręką krzyż na pożegnanie swego Męża. Była to bardzo bogobojna kobieta. Codziennie chodziła na mszę świętą. Pamiętam, jak na ławeczce pod stosem drewna złożonym u nas w podwórzu, z naszą Buśką w okresie letnim odmawiała Różaniec.


Pani Anastazja do śmierci mieszkała ze swoim synem Edmundem.

W trakcie pisania tego felietonu zadzwoniła do mnie pani Kawala, kuzynka Edmunda z informacją, że jest w posiadaniu zdjęć bohatera tego felietonu, ma też spisane wspomnienia córki Edmunda – pani Beaty (część z nich wyżej przytoczyłem). Jak nie skorzystać z takich materiałów? Pojechałem dziś (wtorek 15 maja 2007) na Przymorze pod wskazany adres. Niezwykle miła pani Kawala wręczyła mi archiwalne zdjęcia naszego bohatera i wspominki pani Beaty. Pani Kawala widziała mnie pierwszy raz i obdarzyła mnie pełnym zaufaniem. Powiedziała mi, że będę wiedział co z tego przyda mi się do tego reportażu. W domu wszystko zeskanowałem i natychmiast odwiozłem te cenne pamiątki. Teraz dopiero spojrzałem na człowieka, o którym piszę. Panie Edmundzie - mój imienniku, czy moje pisanie spodoba Ci się?

W swych wspomnieniach o kochanym ojcu pani Beata pisze:

W czasie studiów w Olsztynie będąc na przyjęciu u znajomych w Sopocie, tatko poznał moją mamę Irenę z Górskich. Oboje znali język francuski i pożyczali sobie książkę pt. „Mały Książe” A. De Saint-Exupery. Ten, wtedy 36-letni mężczyzna i 30-letnia, energiczna blondynka, pokochali się i po roku znajomości pobrali – 19 kwietnia 1952 roku – w kościele pod wezwaniem św. Jerzego w Sopocie. W grudniu następnego roku urodziłam się ja – Beata, a potem przez kolejne dwa i pół roku moje rodzeństwo; brat Tadeusz (1954) i siostra Joanna (1956).

Dalej pani Beata pisze:

Moja pamięć sięga też do wspólnych weakendow i wakacji spędzonych, bądź nad morzem, bądź w górach, chwil przy rodzinnej grze w karty zwanej „durniem podrzucanym”, łowienia ryb w jeziorach lub rzekach, lecz najczęściej do tych wielogodzinnych wypraw do lasu, gdy tatko uczył nas jak zbierać jagody i jak rozpoznawać grzyby – prawdziwki, rydze, gąski, kozaki i odróżniać je od muchomorów i innych trujących grzybów. Wyprawom naszym często towarzyszył śpiew układanych wspólnie piosenek, jak np. ta: „Choć dzień smutny i ponury, ród Wernerów rusza w góry”.

Pan Edmund Werner pod koniec 1992 roku leci z żoną w odwiedziny do swojej córki – Beaty zamieszkującej w Los Angeles. Spędzają wspólnie kilka szczęśliwych miesięcy. Myślę, że warto oddać głos Pani Beacie, która tak wspomina tamte chwile.

Kocham Ciebie, tatku! I ja także cię kocham, Beatusiu! To były moje ostatnie słowa, jakie wymieniłam z moim tatą na lotnisku w Los Angeles w 1993 roku. Twarz mojego tatki, pokryta kalifornijską opalenizną, była pełna uśmiechu, ale jego niebieskie oczy, które zawsze patrzyły na mnie z taką wielką miłością – były pełne łez. Może ten siedemdziesięciosiedmioletni mężczyzna z siwą czupryna przeczuwał, że coś się stanie. Ale ja tego majowego dnia niczego nie przeczuwałam i łez tatki nie zrozumiałam. Po tym, jak spędziliśmy razem z moimi rodzicami niezapomniane cztery miesiące w moim domu w Kalifornii, było mi bardzo ciężko powiedzieć do widzenia mojej mamie i mojemu tacie. Tym bardziej, że po raz pierwszy w życiu mogłam gościć moich rodziców we własnym domu z moją rodziną – mężem i synem. Słowa „do widzenia” wywołały łzy. Słońce nie mogło osuszyć mojej płaczącej duszy. Do tej pory zastanawiam się, dlaczego wtedy powiedziałam te trzy słowa tylko mojemu tacie, a nie mojej mamie, którą przecież także kocham. Wydaje mi się, że w moim domu rodzinnym nie używało się zbyt wielu słów, by okazać uczucie. Było oczywistą rzeczą, że kochaliśmy się wzajemnie, więc po co słowa? Nie pamiętam, aby moi rodzice używali je w stosunku do nas, więc dlaczego w tym ostatnim momencie powiedziałam „Kocham Ciebie, tatku”? Może to moje serce mi je dyktowało; może to moje serce mówiło mi, że to twoja ostatnia szansa, abyś powiedziała te trzy proste słowa „Ja Ciebie kocham”.

Państwo Wernerowie spędzili u dzieci, bo i druga córka Joanna tam mieszka, szczęśliwe cztery miesiące. Zwiedzali słoneczną Kalifornię i jej ciekawą przyrodę. Podziwiali indiańskie tereny, kaniony Grand, Zion i Bryce, olbrzymią wodną zaporę na rzece Colorado. Byli w mieście Las Vegas i San Francisco. Dla pana Romana ciekawym było zobaczyć majestatyczne drzewa w Redwood Forest oraz olbrzymie sekwoje w Sequoia Park. Niedługo po powrocie państwa Wernerów do Polski pani Beata odbiera od brata Tadeusza telefon z wiadomością: tatuś zmarł godzinę temu. (14 czerwca 1993 r.) Nie chciałam wierzyć jego słowom; to niemożliwe, że już nigdy nie zobaczę mojego tatki i jego pełnych miłości niebieskich oczu; to niemożliwe, że już nigdy nie usłyszę z ust jego mojego zdrobniałego imienia „Beatuśka”, że już nigdy nie będę miała możliwości powiedzieć mojemu tatusiowi „kocham cię”. Przyleciałam na pogrzeb tatki, moje serce z bólu krzyczało, moja dusza krwawiła, a z oczu lały się łzy.

Tego skromnego człowieka o wielkim sercu przepełnionym miłością, żegnało setki osób. Stojąc nad grobem tatki – wspomina dalej pani Beata – zapytałam po raz ostatni: Tatku, czy wiedziałeś, że już mnie nigdy nie zobaczysz, gdy twoje oczy były pełne łez na lotnisku w Los Angeles? Ale po raz pierwszy nie usłyszałam odpowiedzi. Wtedy byłam wdzięczna memu sercu, że owego pamiętnego dnia podszepnęło mi, aby po raz pierwszy i ostatni w moim życiu powiedzieć „TATKU, KOCHAM CIĘ” – i zawsze będę. Chciałbym dodać za księdzem Twardowskim: śpieszcie się kochać ludzi – tak szybko odchodzą.

To już cała historia, której byśmy nie poznali, gdyby nie moje spotkanie z panem Romanem Kalinowskim. A ile podobnych tajemnic kryją jeszcze wsie i miasteczka naszego Kociewia – trudno powiedzieć. Może ktoś mi coś opowie?

Gdańsk maj 2007 Edmund Zieliński


Postscriptum do mego felietonu Edmund Werner i historia jego życia

Breisach am Rhein 7.01.2016

Dzień dobry mój Drogi Przyjacielu. Na Fb. T. Majewski zamieścił na swoim profilu  zdjęcie zniszczonego „Zajazdu Fischerow”. Zaczęły sie komentarze, do których i ja się włączyłem. Redaktor Majewski "napomknął”, że gdzieś w jednym z reportaży ktoś wspomniał o tym, że u Fischerow  w czasie okupacji „ktoś” się ukrywał. Wiedząc że to Był Edmund Werner, odpowiedziałem kilkoma zdaniami. Kiedy pan Tadeusz poprosił mnie o szczegóły, po krótkim opisie na ten temat zdecydowałem, że odeślę go do Twojej Książki „Na ścieżkach wspomnień” z poleceniem przeczytania rozdziału – Historia życia Edmunda Wernera. Myślę, że zrobiłem dobrze, bo odnowi się pamięć o ludziach, o których prawie nikt nie wie. Jak widzisz, znów dotknąłem „coś” bardzo interesującego, o którym tylko Ty Edku i ja może wiemy.  Cieszę się, że mogę odnowić pamięć o Janie Wernerze, jego żonie Anastazji i ich synach - Edmundzie i Brunonie, których w moim życiu spotkałem na swej drodze. Opisywałem Tobie moje przebywanie w towarzystwie pana Jana Wernera, który pracował na gospodarstwie Krajewskiego. Setki godzin z nim spędziłem w polu, stajni, w bryczce, na furmankach i szlufach. Są to miłe mojemu sercu wspomnienia.

Co, Edziu, o tym myślisz???

Janku – dziękuję Ci. Wspominając historię, przedłużamy wiedzę o naszej wsi, rodzinie, znajomych, a tego nigdy za wiele.


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!