www.mamboteam.com
 
Strona główna
czwartek, 14 listopad 2019
 
 
ANDRZEJ KACPEREK. Recenzja “Jadzi” w kwartalniku PROWINCJA nr 1(23) 2016 Drukuj E-mail
środa, 27 kwiecień 2016

O małej Jadzi z Wołynia

Przez długie lata temat rzezi wołyńskiej nie istniał w oficjalnej literaturze. Nie można było pisać o faktach, które miały miejsce na „radzieckiej Ukrainie”, tak jak nie pozwalano na wspominanie Katynia. Jeszcze w 1987 r. w paryskiej „Kulturze” Tadeusz Chrzanowski (pod pseudonimem: Tymoteusz Klempski) pisał, że „te zbiorowe mogiły pomordowanych rodaków stawały się papierkiem lakmusowym światopoglądowej prawowierności. Milczenie było opieczętowane urzędowo. Zgoda na prymitywne kłamstwo bywała rękojmią lojalności. Jakże łatwo wyrzekać się swoich, zwłaszcza gdy tak dalecy, zwłaszcza gdy ich czaszki od tak dawna już wypełnia glina i piasek”. Te słowa odnosiły się co prawda do zbrodni katyńskiej, ale przecież gehenna wołyńska pozostawała podobnie przemilczana. Strach, kłamstwo i milczenie były odpowiedzią na ból tysięcy ludzi, którzy przeżyli horror tych wydarzeń, którzy często nie mogli odwiedzić grobów swych bliskich, bo ich nie było, bo nie wolno, bo nie trzeba rozdrapywać ran… Wołyń trwał we wspomnieniach dziadków, rodziców, w ich snach i nocnych koszmarach. Usta pełne gliny nie krzyczą, głos stłumiony piaskiem nie jest słyszalny i jak w „Weselu” Wyspiańskiego powtarzano: „ Znam to tylko z opowiadań, / ale strzegę się tych badań […] Myśmy wszystko zapomnieli…” Właściwie to tylko pisarstwo Włodzimierza Odojewskiego dawało literackie świadectwo tej zbrodni, jego trylogia: „Wyspa ocalenia”, „Zasypie wszystko, zawieje…” oraz „Zmierzch świata”. Sytuacja zmieniła się dopiero po roku 1989, kiedy już wolno było na ten temat mówić. Pojawiło się wiele pamiętników, wspomnień a także prac naukowych. Wspomnieć tu należy twórczość Stanisława Srokowskiego, która stała się inspiracją do filmu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”. Jan Błoński napisał, że polski raj nasza literatura ulokowała na Litwie, natomiast piekło zostało osadzone na Ukrainie. Mit ukraiński odznacza się „fatalizmem, pesymizmem, poczuciem wiecznego rozdarcia i doznaniem wielkiej klęski”. Pamięć okrucieństw i potworności powstania Chmielnickiego z 1648 r., rzezi humańskiej czy wreszcie zaciętych walk o Lwów w 1918-19 r. daje wystarczająco wiele dowodów na poparcie tego twierdzenia. A wydarzenia, które miały miejsce na Wołyniu w 1943 r. potwierdzają je najmocniej. Zadziwiające, że słowa romantycznego poety Seweryna Goszczyńskiego, które znalazły się w jego „Zamku kaniowskim” (1828), poemacie zainspirowanym wydarzeniami z czasów powstania hajdamackiego na Ukrainie w XVIII w., po tylu latach wciąż znakomicie oddają atmosferę rzezi wołyńskiej: „W mgnieniu oka wszystko rzuciło się do spis i nożów, a wkrótce Ukraina cała, jakby czekała tylko hasła, zmieniła się w teatr niesłychanych mordów”. Od wspomnienia tej, wypieranej przez lata z polskiej pamięci, tragedii rozpoczyna się książka Michała Aleksandra Majewskiego pt. „Jadzia”. Michał Majewski (ur. 1954) z zawodu jest inżynierem mechanikiem, przez lata pływał na statkach PLO. Już w czasie studiów zajął się rzeźbą w drewnie i dziś to niegdysiejsze hobby, pomagające zabić czas podczas długich rejsów, daje mu chleb – specjalizuje się w tematyce sakralnej, m.in. jest autorem wystroju rzeźbiarskiego kościoła pw. Niepokalanego Serca Najświętszej Marii Panny w Nowym Dworze Gdańskim. Okazuje się, że Michał także pisze. Debiutował w naszym kwartalniku, w numerze 10 opublikował opowiadanie „Zieliński”. Interesującą prozę wywiedzioną ze wspomnień dzieciństwa. Później pisał o malarstwie swej żony (nr 11) i publikował w „Prowincji” kolejne opowiadania, których tematy wykorzystywały anegdoty zapamiętane z czasów żeglugi: „Galabija” oraz „Szachy”. Michał jest synem Jana Majewskiego, lekarza i poety (ciekawych odsyłam do numerów: 15 i 17 numeru „Prowincji”, są tam jego wiersze i wspomnienie pośmiertne) i bratem Tadeusza, który zajmuje się dziennikarstwem. Widać, że literatura to „choroba” rodzinna. W numerze 15 opublikowaliśmy jego opowiadanie „Lachiw rizat, czyli dlaczego Jadzia przestała lubić bób”. Teraz okazało się, że to tytuł pierwszego rozdziału książki pt. „Jadzia”. W tytule tego rozdziału jak w soczewce skupia się zamysł autora – opisać ten straszny czas (okrzyk Lachiw rizat! – powtarza się kilka razy) z perspektywy naiwnego dziecka, które mimo pamiętanych scen okrucieństwa i bestialstwa mocniej zapamiętało okropny ból brzucha, bo głodne najadło się surowego bobu. Autor świadomie zdecydował się na użycie żabiej perspektywy. Nie jest to co prawda narrator dziecięcy jak w „Naszej szkapie” Marii Konopnickiej, gdzie to dziecko opowiada nam o wydarzeniach, ale konsekwentnie zastosowano tu relacjonowanie wydarzeń z punktu widzenia dziecka, które patrzy z innej perspektywy, czasem widzi mniej, ale bywa, że dostrzega to, czego dorośli nie zauważają. Podobnego narratora znajdziemy w „Omyłce” Bolesława Prusa. Dziecko zawsze mówi: Tatuś, Mamusia; patrzy na świat swymi zdumionymi oczyma. Węgiel to dla niego czarne kamienie, nie rozumie kim są repatrianci, nie wie, co to jest front czy szaber. Nie może się nadziwić ogromowi miasta, podziwia prysznic, swastyka to dla niej „dziwnie poskręcany krzyż”. Nie pojmuje, dlaczego wokół niej dzieją się tak okrutne rzeczy, dlaczego muszą uciekać z własnego domu, dlaczego musi patrzeć na takie obrazy bestialstwa jak ten: „Na trawie dogorywało niemowlę. Było całe zakrwawione i kwiliło, tuląc się do swojej mamusi, która leżała na plecach i nie miała obu piersi. Były odcięte, a w ich miejscu straszyły poszarpane, krwiste plamy. Brzuch też był rozcięty, od pępka aż po nagie krocze, i wyłaziły z niego jeszcze pulsujące flaki”. Nie chodzi tu o epatowanie czytelnika, to zwykła uczciwość autora, który przytacza opowieści swej matki zapamiętane przez nią z tamtego strasznego lata 1943 r. Opowieść rozpoczyna się od ataku oddziałów UPA na Hutę Stepańską (wieś została całkowicie spalona a murowane budynki wysadzono). Następuje paniczna ucieczka, w wyniku której dziewczynka zostaje rozłączona z rodziną. Później tułaczka: Sarny, Równe… Połączenie z bliskimi i wyjazd na roboty do Niemiec. Tułaczka i poniewierka, ale ocalili swe życie, mieli więcej szczęścia niż kilkuset pomordowanych sąsiadów. Dziesięcioletnie dziecko traktuje to wszystko jako przedłużające się wakacje, które jednocześnie stają się okazją do poznawania świata: „Jadzia wciąż się uczyła – także tego, że nic jednak nie może trwać za długo”. Zmieniające się miejsca, spotykani ludzie pozwalają zrozumieć, że są zarówno dobrzy Niemcy i źli Polacy. Ale także pogłębiają w niej poczucie nietrwałości świata: „Zdawało jej się, że rodzice podobnie jak ona wciąż żyją w poczuciu jakiejś niepewności, a może tymczasowości, z przekonaniem, że to co aktualnie robią za chwilę się skończy”. Koniec wojny nie oznaczał jednak szczęśliwego powrotu do domu. Miesiące mijają, Jadzia chodzi do polskiej szkoły w „Spadochronowie”, miejscowości zamieszkałej przez Polaków, w pobliżu Emmerich, tuż przy granicy z Holandią. Wielka niepewność, co robić. Rodzice nie wiedzą, czy wracać do kraju, czy emigrować do Ameryki lub Australii. Kiedy czytam ten fragment przypominają mi się wspomnienia moich rodziców, którzy przeżywali identyczne dylematy. I wybrali tak samo - jak rodzice Jadzi - powrót do Polski. Czasem chyba żałowali tej decyzji. W przypadku Wołyniaków sprawa była poważniejsza, bo dla nich repatriacja wcale przecież nie oznaczała powrotu do ojczyzny, a przynajmniej tej najbliższej sercu. Wymowna jest scena, w której dziecko pyta ojca: „– Czyli jak już tu jesteśmy, w Polsce, to niedługo pojedziemy do Huty Stepańskiej? Znowu cisza, i do tego zdawać się mogło, że Tatuś mocno posmutniał. – Nie... – odpowiedział w końcu. – Huta Stepańska już nie jest w Polsce”. Ale tęsknota za małą ojczyzną nigdy się nie skończy, a ból utraty nie minie. Ojciec w chwili zwątpienia pali w piecu dokumenty z Wołynia, z Niemiec. Tamtej historii już nie ma. Rodzina wraca do Polski na statku „Ragne”, na którym spotykają innego repatrianta – poetę Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który także w marcu 1946 r. wraca z wojennej tułaczki. W Polsce nikt na nich nie czeka a pierwsi spotkani rodacy – robotnicy portowi nie witają ich chlebem i solą. Śmieją się z nich: „jeden się jeszcze odwrócił i palcem postukał w czoło. – Głupi wybór. Sam pan zobaczysz, gdzieś pan wrócił”. Trzeba szukać swego miejsca do życia. Znajdą je na Żuławach, mały domek w Marynowach musi zastąpić ten z Huty Stepańskiej. Jadzia najszybciej zaakceptuje ten wybór, bo wreszcie poczuje się tu jak u siebie: „To nasza ziemia, nasze Żuławy! To jest nasza ojczyzna”. Dla dorosłych nie będzie to takie proste: „Zrozumiała, że Tatusia z tego miejsca już nigdy donikąd żadna siła nie ruszy. Ale też zrozumiała, że taka pewność, której sama przecież bardzo potrzebowała i na którą czekała, musi zostać czymś okupiona. Zrozumiała, że dla Tatusia taka pewność to także tęsknota, rozpacz, a może nawet i ból. I że tu, na Żuławach, oprócz pięknych chwil będzie także wiele chwil mało radosnych”. „Jadzia” to książka, którą Michał Majewski napisał w wyręce, zamiast swej matki, bojąc się, że jej świadectwo przepadnie. Jej ta książka jest dedykowana i o niej (oraz jej rodzinie) jest ta opowieść. Pierwszy rozdział jest najbardziej udany literacko. Prostota języka i narracji doskonale komponują się z tragedią, która dotknęła polskie Kresy, te straszne „skrwawione ziemie”. Ale dalszy ciąg tej opowieści także przynosi ciekawą narrację rodzinną, która jest jednocześnie odbiciem losu tysięcy Polaków – pozbawionych swej ojcowizny, zmuszonych do ucieczki, wędrówek i osiedlenia na Ziemiach Odzyskanych, które dopiero musiały stać się częścią Polski. I stały się, dzięki ich trudowi, determinacji. Tylko oni wiedzą, ile kosztowało to potu i łez. A Jadwiga pojedzie na Wołyń, „pochyli się i zagarnie garść tamtejszej, jakże innej ziemi, i przywiezie ją na Żuławy, specjalnie dla Mamusi i Tatusia”.
Michał Aleksander Majewski „Jadzia”, Starogardzkie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki, Starogard Gdański 2015
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!