www.mamboteam.com
 
Strona główna
czwartek, 21 listopad 2019
 
 
TADEUSZ MAJEWSKI. Nagle wlazłem prosto w Słoneczniki mistrza Vincenta! Drukuj E-mail
wtorek, 10 maj 2016


Z FACEBOOKA. W ten listopadowy dzień w Londynie nie było zbyt ciepło. Do tego czułem się już nieco zmęczony podróżą ze Starogardu na lotnisko Walesa, z Walesy na Stansted, stamtąd autobusem na Victoria Station i od razu wędrówką po okolicach Westminster Abby. Więc Zbyszek zaproponował wdepnąć do National Galery na herbatę, bo - jak rzekł - w przyjemnych warunkach można tam sobie przysiąść i odpocząć. Skąd miałem wiedzieć, że ktokolwiek do niego przyjeżdża w odwiedziny, od razu prowadzi go w to miejsce, gdzie lubi włóczyć się godzinami.

Po minięciu kilku obszernych pomieszczeń z pamiątkami, przewodnikami i mapami ze ścieżką zwiedzania muzeum - labiryntu, pokonaniu stopni wysokich schodów i przejściu przez kilka pomieszczeń, w których kręciło się sporo multi-kulti, nagle, właściwie jakby przypadkowo znaleźliśmy się w dużej sali z obrazami na bordowych ścianach, i to jakimi!
- Czy to jakaś sala reklamówkowa? - zapytałem zaskoczony. - Nie powiesz mi, że do tego muzeum wchodzi się bez osobistej kontroli, prześwietlania toreb, większych przedmiotów, a na dodatek za darmo! To się nie mieści w głowie, żebyśmy tak z marszu, z ruchliwego placu przed muzeum z lewitującymi kuglarzami, po pokonaniu wielkich, aczkolwiek zwykłych schodów, a nie z kryształu, a nawet choćby ze szkła jak na zamku w Gniewie, po wyjściu z zatłoczonych korytarzy nagle stanęli oko w oko z Vincentem Van Hoghiem i to na dodatek bez opłaty. Zbyt proste dojście, żeby te dzieła mogły zrobić na kimś wrażenie. I to jest właściwie bardzo podejrzane!

A jednak nie było w tym żadnej sztuczki. Zwiedzanie jest bezpłatne, oprócz wystaw tymczasowych (akurat był Goya) - Vincent, na dodatek Vincent - Słoneczniki, był w stu procentach oryginalny, podobnie jak wiszący tu słynni impresjoniści.

Więc Słoneczniki - rozczarowanie. Za duży format! Gdzieś u kogoś wisi moja kopia, jaką wykonałem w 1979 roku, ten sam obraz o wiele lepiej wyglądający w mniejszym wymiarze. Po drugie - nie mogłem podpatrzeć, jak on kładł farbę, gdyż te cenniejsze tutaj dzieła są pokryte jakąś zabezpieczającą przeźroczystą powłoką. No i prawdopodobnie - to po trzecie - mają tu przemyślany system alarmowy, bo już chcesz dotknąć, a tu - hej, trzymaj ręce w pewnej odległości. Ale to powiedział Zbyszek, a nie starszy wiekiem strażnik, który - co usłyszałem będąc koło niego - żeby zabić nudę pośród geniuszów światowego malarstwa, śpiewał sobie pod nosem Singing in the rain i wyraźnie miał ochotę postepować. Nagle zamilkł, widząc, że mu się z wielką uwagą i podejrzliwie przyglądam. Natychmiast przybrał poważną maskę brytyjskiego stróża porządku, wskazał na moją lustrzankę i profilaktycznie dał do zrozumienia, że nie można robić zdjęć, co było niezbyt uprzejme, gdyż w tym samym czasie kilku Japończyków bezczelnie przemielało Claude Moneta i Paula Cezanne na miliardy pikseli wyszukanymi smartfonami, fakt, bez błysków.

W ten pierwszy dzień z przyczyn oczywistych zrobiliśmy małą rundkę, ale za to dla mnie przez przypadek bardzo szczęśliwą. Akurat trzy dni temu pisałem tekst (w ramach pracy o zboczeniach w mitologii greckiej) o nieszczęsnym Akteonie, po bestialsku zamordowanym przez wyraźnie uprzedzoną do facetów niejaką Dianę, a tu proszę - dowód rzeczowy, obraz - rekonstrukcja przebiegu zbrodni wykonana przez starszego śledczego Tycjana.
W niektórych salach dzieci słuchały pań nauczycielek, wyjaśniającym im, o co chodzi na danym obrazie. Nauczycielka na przedstawionym tutaj zdjęciu mówiła piękną i klarowną angielszczyzną - to ocena Zbyszka, ja się uczyłem angielskiego w PRL-u - w sposób fascynujący, o czym zresztą świadczyło zainteresowanie dzieci. Mnie w tej sali zainteresowało co innego, dziewczyna kopiująca portret, a więc coś z mojej niegdyś dziedziny. Inna sprawa, że nie bardzo chciało mi się wierzyć, że robi to naprawdę, bo przecież kopiowanie to sztuka samotności. To chyba było na pokaz, mistyfikacja - tę kopię, owszem zapewne robiła, ale tu udawała, że ją kończy. Zdenerwowałem się też, że nie mogę zrobić zdjęcia jej twarzy - po oczach rozpoznałbym, czy rzeczywiście pracuje, wyłączona ze świata teraźniejszego, otaczających ją gapiów, połączona pępowiną czasu z duchem epoki mistrza renesansu.

Ogarniała mnie coraz większa irytacja, jeszcze większa niż w sierpniu tego roku, gdy w pod Meteorami również chciałem uchwycić twarz artystki malującej (właściwe określenie - piszącej) ikony. Irytacja rosła i rosła, aż przeszła w stadium ledwie hamowanej wściekłości, poprzedzającej wybuch furii, bo ten sam strażnik, który pilnował Moneta i Van Gogha (u nas jako niepełnosprawny emeryt pilnowałby na czarno nocą składu węgla na Małym Dworcu) znowu, gdy koło niego przechodziłem, podśpiewywał niestosownie Singing in the rain. Tym razem widząc mój wzrok, zawstydzony wyszedł prędko do sąsiedniej sali. I na to właśnie czekałem! Zbliżyłem się do Słoneczników, włączyłem opcje nocne portrety one shot i sieknąłem fleszem po tych banalnych żółtych płatkach, by po chwili z dziką satysfakcją obserwować, jak cały obraz blaknie, więdnie niczym jesienią kwiat. Oczywiście od razu włączył się system monitoringu, zabrzmiały przerywane, ostre dźwięki alarmu, przerażony Zbyszek skrył się w dziale malarstwa średniowiecznego, ciężkim kłusem wbiegł starszy strażnik i stanął jak wryty, widząc, że stepuję przy tym, co zostało z Vincenta Van Gogha podśpiewując Singing in the rain. To z radości. Mistrz może być tylko jeden, obraz też - moje Słoneczniki.


 

 

 

 


DYSKUSJA NA MOJEJ STRONCE NA FB. ZAPRASZAM!

INNE RELACJE Z TEGO WYJAZDU:


TADEUSZ MAJEWSKI. Londyn! Charlie Chaplin kiwa różą na dobranoc - PRZEJDŹ

Crawley, czyli o podejściu Angoli do tradycji! (coś dla starogardzian) - PRZEJDŹ

 

TADEUSZ MAJEWSKI. Pamięć historyczna! Bitwa o Anglię z Anglikami! - PRZEJDŹ


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!