www.mamboteam.com
 
niedziela, 19 luty 2017
 
 
Tam, na górze, wcale tak nie jest!! [impresje związane z koncertem organowym Patryka Podwojskiego] Drukuj E-mail
środa, 08 czerwiec 2016


Wielką niedogodnością na koncertach organowych w kościołach jest lokalizacja instrumentu, a zatem i wykonawców, wobec słuchających, bo nie dość że to najeżone piszczałami ogromne dźwiękowe urządzenie znajduje się wysoko na chórze, to na dodatek za plecami wiernych.

Kiedy więc chcesz zobaczyć, kto tam tak potężnie gra i śpiewa, odwracasz i zadzierasz głowę, i... nic z tego! Może to i dobrze, bo Twoje zmysły chcąc nie chcąc koncentrują się wyłącznie na muzyce i śpiewie, zamykasz oczy i kontemplujesz kombinacje dźwięków, ewentualnie wyobrażasz sobie na przystawkę do tej kontemplacji, jak to tam wysoko dotknięty Bożym palcem organista zgodnie ze zmieniającym się tempem muzyki raz szaleje palcami po klawiaturze, a raz wtula głęboko szyję w ramiona, żeby z jakiegoś wielkiego tempa i ogromu zejść ostrożnie w miękkie i delikatne dźwięki uspokojenia. Ogólnie to jednak musi być ktoś, kto w jakimś mistycznym uniesieniu wzrok ma nieprzytomny, włos rozwichrzony, a ruchy – bez względu na to czy to Bach, czy nie – pełne ekspresji. Tak być może to sobie wyobrażasz. Podobnież z sopranistką i barytonem. Ogólnie mówiąc, przy muzyce i śpiewie przyzwyczajeni jesteśmy do widoku artysty na scenie, jego scenicznego image, ruchów ciała podkreślających muzykę (lub odwrotnie). Więc jak to jest z organistą Patrykiem Podwojskim, jak jest z sopranistką Angeliką i barytonem Michałem Rajewskim tam na górze?! Na marginesie – sopranistki nie było w planie, ale wystąpiła - baryton jechał z Łomży i w drodze utknął w korku, spowodowanym tragicznym wypadkiem. Dotarł na koniec koncertu rodzeństwa Angeliki i Patryka Podwojskich, tym samym rozpoczynając... nowy koncert. Cóż, człowiek planuje, Pan Bóg kreśli. Jak to jest w tym ostrym od piszczał gnieździe muzyki, w ogromnej niedotykalnej katedrze boskich dźwięków, do której wiodą kręte, wąskie schody? Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że organista w garniturze pod krawatem, a sopranistka w pięknej, niezwykle eleganckiej kreacji, a spóźniony baryton – będzie mu to wybaczone – w spodenkach i koszulce. Gdyby mitrężył jeszcze czas na zmianę ubrania i przerwał bieg z auta na chór, nie miałby w kościele już żadnych słuchaczy (przed jego przybyciem ks. prałat oraz przewodniczący rady gminy już podziękowali Podwojskim za wspaniały koncert). No więc jak to w rzeczywistości wygląda tam, w górze? Wcale nie tak, jak można sobie wyobrażać podczas kontemplacji na przykład opadającej kaskady potężnych dźwięków! Tam – przejdźmy może już na tu, na chórze – jest absolutny, dziwny spokój, skupienie i koncentracja przy czytaniu nut. Będzie w tym stwierdzeniu pewna sprzeczność – tu, w górze, jest coś jakby bąbel ciszy. Zupełnie jak gdyby ta potężna muzyka wybiegała ze wszystkich szczelin kościoła, tylko nie stąd! Jest też oczywiście wzruszenie i inne odczucia osób tu nielegalnie przebywających, na przykład dwojga ludzi z aparatami, zwłaszcza przy Ave Maryja – łzy, a przy śpiewie Rajewskiego zdumienie, że można śpiewać bez mikrofonu i zaczerpywania haustów powietrza w pierś, żeby głos był tak potężny. Dźwięki stąd idą idealnie, być może dzięki geniuszowi starych mistrzów architektury, którzy zaprojektowali tak gotyckie sklepienia, by muzyka po zetknięciu się z ich ożebrowaniem potęgując swoją siłę opadała na Was tam, Boże robaczki, na dole. Z tym wszystkim idealnie korespondują Rembrandtowskie kolory odeskowań ogromnego instrumentu, lampka nad pulpitem, smugi światła z małych okien oraz przyjaźnie spierająca się z nimi żywa kolorystyka witraży, bliższa malarstwu średniowiecza. No i w tym wszystkim mój nieszczęsny aparat, który po niedawnym dramacie w młynie w Czarnej Wodzie nie dość że stracił zdolność robienia zdjęć w trybie auto, to na dodatek zaczął przekłamywać obrazki na podglądzie i myślałem, że po zrobieniu ponad stu ujęć nic nie będzie nadawać się do pokazania. Jednak coś wyszło! Ave Maryja...

 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!