www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 30 październik 2020
 
 
KRZYSZTOF KOWALKOWSKI. Złoty Stok. Podróż sentymentalna [PODRÓŻE] Drukuj E-mail
czwartek, 25 sierpień 2016


Po urlopie spędzonym w 2015 roku na wschodnich terenach Polski (Białowieża, Hajnówka i okolice), o czym już pisałem wcześniej, w 2016 roku swoje kroki skierowaliśmy na południowy zachód Polski, a dokładniej do Polanicy Zdrój.

Teren to dla nas w znacznej mierze nieznany, choć w niektórych miejscowościach już gościliśmy, lecz było to tak dawno, że pozostały jedynie mgliste wspomnienia. O pobycie w Polanicy oraz wyjazdach w bliższe i dalsze okolice napiszę w kolejnych relacjach, tu piszę o miejscach, które odwiedziliśmy w sentymentalnej podróży. A podróż była rzeczywiście sentymentalna, gdyż odwiedziliśmy Złoty Stok, a tydzień później Wambierzyce. Ale po kolei.

Poznaliśmy się z moją żoną Elżbietą latem 1969 roku podczas obozu harcerskiego w Soszycy koło Bytowa. Coś między nami wówczas zaiskrzyło. Ale po powrocie z obozu każde z nas jeszcze wyjechało w inne miejsca. Byliśmy wówczas bardzo młodzi i, jak się okazało, nasza obozowa znajomość nie przetrwała próby czasu. Pozostaliśmy jednak w harcerstwie i w grudniu 1970 roku każde z nas z osobna podjęło decyzję o wyjeździe na zimowisko organizowane przez Hufiec Gdańsk-Oliwa w Złotym Stoku. Spotkaliśmy się więc ponownie, ale dla mnie wówczas ważniejsze były narty, na które chodziłem codziennie, korzystając z wyciągu na pobliskim stoku narciarskim. Po zimowisku rozjechaliśmy się do swoich domów, nie kontynuując znajomości.

Okazało się jednak, że przeznaczenie istnieje. W 1974 roku, gdy latem jeździłem do pracy na Przymorze tramwajem, tym samym tramwajem dojeżdżała do swojej sezonowej pracy Elżbieta, wówczas studentka UG. Wtedy spotkaliśmy się po raz trzeci. I tym razem nie było to ostatnie spotkanie, a w lipcu 1975 roku wzięliśmy ślub.

Gdy więc 17 czerwca przyjechaliśmy do Polanicy, musieliśmy pojechać do Złotego Stoku, odległego o ok. 30 kilometrów. Pojechaliśmy w niedzielę, ale dopiero około 14, co okazało się błędem, o czym później. Tam, jako pierwszy cel podróży wybraliśmy dawną kopalnię złota, której wówczas nie mieliśmy okazji zobaczyć, gdyż nie była jeszcze udostępniana do zwiedzania. Dziś dostępnych jest tam kilka podziemnych tras i innych atrakcji. My zdecydowaliśmy się na „Sztolnię Gertrudy” i „Sztolnię Czarną”.



Zanim tam weszliśmy przewodnik opowiedział nam o historii kopalni, której początki sięgają XII wieku (pierwszy zapis pochodzi z 1275 roku). Pierwszymi właścicielami byli Cystersi z Kamieńca Ząbkowickiego, ale przez następne lata kopalnia zmieniała swoich właścicieli. Także jej losy, jak i miejsca pozyskania złota były bardzo różne. Dopiero XVI wiek przyniósł rozkwit górnictwa złota i miasta, choć tylko na 100 lat, bo kolejny wiek to liczne wypadki w kopalni, zarazy, z których największa pochłonęła ponad 1000 osób oraz wojny rujnujące miasto i kopalnię. Dopiero przybycie w 1679 roku alchemika Hansa Schärffenberga przyniosło zmianę, gdyż opracował on metodę odzyskiwania arszeniku z rud arsenowych znajdujących się w kopalnianych złożach. W ten sposób Złoty Stok na sto lat stał się głównym światowym dostawcą arszeniku, który był używany m.in. w ówczesnym lecznictwie. Jednak i to wydobycie miało swój kres. Dopiero pod koniec XIX wieku, gdy opracowano tańszą metodę produkcji złota, wznowiono jego wydobycie w Złotym Stoku. Nie przerwała tego II wojna światowa. Prace górniczo-hutnicze w Złotym Stoku zakończono w 1962 roku i kopalnia w krótkim czasie została zalana przez wody gruntowe. Po 35 latach od tamtej decyzji postanowiono udostępnić część kopalni zwiedzającym. Nastąpiło to w 1996 roku, kiedy oddano do zwiedzania wspomniane powyżej dwie sztolnie. W 2008 roku udostępniono kolejną sztolnię, „Czarną Dolną”.

Jak wspomniałem, za cel zwiedzania obraliśmy „Sztolnię Gertrudy” i „Sztolnię Czarną”. Wejście do tej pierwszej znajdowało się w kompleksie mieszczącym także muzeum minerałów, restauracje i kasy. Ze „Sztolnią Gertrudy” wiąże się legenda, według której żona jednego z zasypanych górników, Gertruda, weszła do kopalni szukać męża i niestety sama w niej już została. Nie odnaleziono też zasypanych górników. Gdy wchodziliśmy do sztolni, na dworze było ok. 30 stopni C, zaś w sztolni poniżej 10, ale byliśmy na to przygotowani. Udostępniony odcinek miał tylko 500 metrów długości, ale pozwalał poznać warunki pracy, tym bardziej, że wyeksponowano także niektóre stare narzędzia, na przykład wózek do wywozu urobku.



Po wyjściu na powierzchnię udaliśmy się do „Sztolni Czarnej”. Po małej wspinaczce, mijając park linowy zrobiony w dawnej kopalni odkrywkowej, stanęliśmy przy wyjściu do sztolni. Tu po pokonaniu schodów wiodących w dół sztolni stanęliśmy przed mającym 8 metrów wysokości podziemnym wodospadem, jak mówił przewodnik, jedynym takim w Polsce.





Po pokonaniu kolejnego odcinka tunelem wykutym w skale czekała nas kolejna niespodzianka - przejażdżka podziemną kolejką, która wywiozła nas do wyjścia.



Po wędrówce w podziemiach okazało się, że zabraknie nam czasu na zwiedzanie Średniowiecznego Parku Techniki, gdyż koniecznie chcieliśmy pojechać do miasta. Gdy wjechaliśmy do niego i zatrzymaliśmy się na rynku, nastąpiła konsternacja. Okazało się, że żadne z nas nie zapamiętało miasta z 1970 roku. Gdzie była szkoła, w której mieliśmy swoje zimowisko? Gdzie był stok narciarski, na którym tak zawzięcie jeździłem na nartach.





Poruszaliśmy się tak, jakbyśmy byli w tym miejscu po raz pierwszy. Dopiero rozmowa z napotkaną na rynku miasta mieszkanką Złotego Stoku pozwoliła na ustalenie lokalizacji „naszej” szkoły. Było to niedaleko, ale samochodem musieliśmy objechać centrum, aby kierując się widokiem wieży kościoła dojechać we wskazane miejsce. Tu z pomocą przyszła kolejna mieszkanka Złotego Stoku. Ona pamiętała kolonie i zimowiska, jakie się tu odbywały i wskazała budynek szkoły.



Dziś już nie ma w nim szkoły, a budynek jest obecnie domem mieszkalnym. Nie mogliśmy więc obejrzeć jego wnętrza, ale wspomnienia odżyły w dwójnasób. Przypomniały się nam różne wydarzenia, jakie miały wówczas miejsce, wspominaliśmy uczestników tamtego zimowiska. Z kilkoma z nich utrzymujemy kontakty do dziś. Po spacerze czas nakazywał powrót do Polanicy, jako że zbliżała się pora kolacji. Udaliśmy się w drogę powrotną, planując kolejny wyjazd, tym razem do Wambierzyc, w których też wówczas w 1970 roku byliśmy, ale zachował nam się w pamięci jedynie widok wysokich schodów wiodących do kościoła i ruchoma szopka. O Wambierzycach opowiem w następnej relacji.

Krzysztof Kowalkowski
23.08.2016 r.
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!