www.mamboteam.com
 
Strona główna
wtorek, 19 listopad 2019
 
 
Gacelezi - Vidice. Pola minowe. W kamiennym labiryncie (PODRÓŻE) Drukuj E-mail
poniedziałek, 29 sierpień 2016


Widok z szosy łączącej Gacelezi z kurortem Vodice nie jest zbyt zachęcający, zresztą jak wszystko tutaj, już nieco odległe od Adriatyku. Suche i kamieniste wzgórza, z rzadka porośnięte dziką roślinnością. Jeżdżąc często tą trasą mijaliśmy małe, brązowe kierunkowskazy z intrygującymi napisami, m.in. rzymska cysterna, po lewej i rzymska warownia po prawej (patrząc od Gacelezi) . I oprócz napisów nic więcej, ani ile kilometrów, ani jaka kategoria droga i kto ma pierwszeństwo.

W końcu, zaintrygowani, skręciliśmy - najpierw na prawo. Jechaliśmy dość długo wąskim na auto duktem wybitym kamieniami, mijając po drodze, zaskoczeni, starannie utrzymane winnice oraz co jakiś czas figowce z dojrzewającymi już owocami.



Wreszcie ukazało się rozszerzenie drogi i wjeżdżające z tego rozszerzenia w naszą stronę auto. Ku mojemu zdumieniu zdenerwowany kierowca dawał nam wyraźne znaki, że mamy się cofnąć - my mieliśmy kilometr, on 10 metrów! Zatrzymaliśmy auta, wysiadłem i grzecznie zapytałem o rzymską warownię. Chorwat, ciągle gniewnie gestykulując, wskazał na tabliczki z obrazkiem roweru. I dał do zrozumienia, że to na dość wysokiej górze, a więc nie na samochody. To nie mogli tego dać przy asfaltowej szosie? Ciągle napięty Chorwat cofnął auto i wreszcie się minęliśmy. Zrobiłem zdjęcia górze z domniemaną rzymską warownią, również przez teleobiektyw. Po "wywołaniu" ich na monitorze faktycznie widać spore ruiny (nie, nie ten rozwalony dom znacznie niżej - zapewne oberwał z moździerza w wojnie z Serbami).





 


Zjedliśmy trochę fig i zniechęceni wróciliśmy na szosę. Czy to już koniec przygody? Nie dla nas! Były przecież jeszcze tabliczki wskazujące na drogę po po drugiej stronie szosy - m.in. na rimską cisternę. I znowu ruszyliśmy, nie mając pojęcia, że tu kwestia pierwszeństwa przejazdu będzie problemem fundamentalnym.





 



Wąska, kręta droga biegła dłużej i była z obu stron obudowana wysokim murem z kamieni, zapewne zebranymi ze stoków wzgórz, porośniętych soczysto zielonymi winnicami i, jakby dla kontrastu, wypłowiałą zielenią drzewek oliwnych (kolor naszego piołunu). Po pokonaniu w tym zawiłym kamiennym tunelu kilku zakrętów nagle z przeciwka wyskoczyło auto. Ostre hamowanie z obu stron i znowu to samo - zawzięta gestykulacja i wściekły, zawzięty wyraz twarzy.








Musieliśmy się cofnąć ze dwa zakręty, gdzie z trudem mogliśmy zrobić mu miejsce. To taka idiotyczna jazda - ty się cofasz, a on tuż za tobą jedzie do przodu, jakby pilnował - tu rządzi on. Po kilku zakrętach po lewej ktoś zrobił w kamiennym murze coś w rodzaju bramy, skąd wiodła aleja wzdłuż rzędów winorośli. Wysiadłem z auta, śmiało wszedłem w aleję krzycząc: "Rimska cisterna?!" Chorwat machnął ręką do przodu, a tuż przy nim wyrósł czujny dalmatyńczyk, co jest zrozumiałe w Dalmacji. Ruszyliśmy więc za tą machniętą wskazówką ramienia. Po kilku następnych zakrętach daliśmy sobie jednak spokój - droga wyraźnie omijała wzgórze, na którym musiała stać owa cysterna (przez teleobiektyw zresztą coś było widać). Jadąc z powrotem musieliśmy się jeszcze raz wycofać, gdyż kolejny Chorwat absolutnie nie miał zamiaru bawić się w kurtuazję. Dopiero już blisko szosy wygraliśmy. Ostatnie auto stanęło naprzeciw nas, a kierowca z nieprzeniknioną twarzą omiatał wzrokiem niebo, winnice i sady oliwne, wszystko, tylko nie nas. Doskonała metoda! Nie widzi nas, więc nas nie ma, a jeżeli jesteśmy, to tylko tyle znaczymy, że mamy się cofać. Nagle się poddał, gdyż za naszymi dwoma autami zrobiła się kolejka kilku aut Chorwatów. Z 50 metrów za sobą znalazł jakiś wyłom w murze. "Dziękuję!" - krzyknąłem przez otwarte okno, gdy go mijałem. Zawzięta twarz nawet nie drgnęła, nie rozluźniły się wrogo napięte mięśnie. Maleńka Chorwacja przyjmuje już rocznie 15 milionów turystów, z czego znakomitą część Dalmacja. Wątpię, żeby te miliony na szosach i drogach, w miasteczkach i na plażach podobały się wszystkim, a rolnikom nie podobają się chyba wcale. Aha, zapomniałem napisać, że w drodze powrotnej ten, co machał ręką, wypuścił już dwa dalmatyńczyki na drogę. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś zechciał wejść w aleję jego winnicy.

Tadeusz Majewski - Facebook

Niżej zdjęcia miejscowości na południe od Gaelezi.  Sporo tu jeszcze rozwalonych domów (na jednym ze zdjęć - rozwalona szkoła). W okolicach tej wioski nie moglibyśmy jechać takimi drogami, gdyż tereny ciągle jeszcze są zaminowane, o czym informują tablice.    



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!