www.mamboteam.com
 
wtorek, 27 październik 2020
 
 
EDMUND ZIELIŃSKI. Z nordic walking na ścieżkach wspomnień Drukuj E-mail
niedziela, 02 październik 2016
Przyjedźcie do nas, pójdziemy na kijki – zapraszała nas tymi słowami nasza kuzynka Marlena Baniecka z Białachowa, która ze swoją koleżanką Urszulą Artuna codziennie wędrują po okolicznych lasach. Propozycja nęcąca, zwłaszcza, że dotyczyła  stron mego dzieciństwa. W czwartek, 16 czerwca 2016 roku, wyjechałem z Danką  z Gdańska z pewnymi obawami, zwłaszcza, że padał deszcz. Jednak po kilkudziesięciu kilometrach niebo się rozjaśniło, chmury przybrały kształt cumulusów, zrobiło się cieplutko i słonecznie.










W Białachowie zostawiliśmy samochód na podwórku Marleny i w jej towarzystwie ruszyliśmy na dobrze mi znane ścieżki, oczywiście podpierając się kijkami. Poszliśmy drogą na południe. Po lewej minęliśmy stary cmentarz ewangelicki, o którym swego czasu pisałem. Po prawej stare gospodarstwo Węsierskich, którego dom pozostał jako jedyny
o zrębowej konstrukcji ścian w Białachowie. Urodziłem się w podobnym, w gospodarstwie babci Pauliny Redzimskiej. Jeszcze taki był w gospodarstwach Felskich i Szarafinów. Gospodarstwa te powstały po parcelacji Białachowa w latach 80-tych XIX wieku.

Idąc dalej po lewej minęliśmy gospodarstwo Baczkowskich, w którym urodził się mój ś.p. kolega Józek. To z nim konstruowaliśmy różne zabawki w postaci zminiaturyzowanych wozów konnych i w ogóle spędzaliśmy dzieciństwo na wspólnych zabawach. Często w letniej porze korzystaliśmy z wody pobliskiego jeziora, do którego z gospodarstwa Józka nie ma dalej jak 50 metrów. Był tam pomost, z którego państwo Baczkowscy czerpali wodę na potrzeby gospodarstwa. Przy każdej mojej bytności u Józka jego mama częstowała nas pajdami swojskiego chleba, grubo smarowanego swojskim  masłem, do tego była zbożowa kawa z upalonych ziaren jęczmienia z dodatkiem cykorii, zalana prawdziwym mlekiem. Smaku takiego chleba i takiego masła z tamtych lat dziś nie uświadczysz.

Dalej po prawej znajduje się siedlisko, które za moich młodych lat wyglądało zupełnie inaczej – zrębowa chałupa pod strzechą, obora z chlewem kryta gontem
tylko stodoła została ta sama. Tu się urodziłem, tu zostało moje dzieciństwo i miłe wspomnienia. To jak w niemieckim powiedzeniu, na odludziu, na skraju lasu -  Wo Hase und Fuchs sich sagen Gute Nacht, da hab ich meine Jugend zugebracht – gdzie zając i lis mówią sobie dobranoc, tam spędziłem swoją młodość. W swoich felietonach często używam zwrotów, słów, haseł w języku niemieckim. Proszę się nie dziwić, na Pomorzu nasi dziadkowie, rodzice i starsze rodzeństwo na co dzień przeplatało mowę polską z niemiecką, na co wpływ miała nasza historyczna przeszłość.

Idąc  dalej,  zatrzymaliśmy się przed Bożą Męką mego dziadka Franciszka, która liczy  sobie  71 lat. Budował ją pan Artuna z Białachowa na zlecenie mego dziadka z wdzięczności za ocalenie życia w ostatniej wojnie. Została pobudowana z czerwonej cegły, której lico po latach zostało pokryte tynkiem. Trzyma się jeszcze dziarsko, tylko otoczenie dawnych nasadzeń dożywa swego żywota. Ale wizualnie wygląda bardzo malarsko i kto wie, czy nie przeniosę ją na płótno i domaluję rodzinę Zielińskich i sąsiadów modlących się w czasie majowego nabożeństwa, którym przewodził klęcząc na obu kolanach dziadek Franciszek. 

Obejrzeliśmy też to, co pozostało z gospodarstwa dziadka Franciszka, gdzie urodził się mój ojciec. Tylko chlew, obora i stajnia pozostały w niezmienionym stanie. Nie ma stodoły, drewkarni, wozowni, parownika, nie ma pracowni służącej podręcznym naprawom sprzętu gospodarczego. Reszta? Dom pięknie odnowiony, przebudowany, pewnie moi krewni spędzają tu urlopy i weekendy.


Weszliśmy w las, już inny, młodszy, niż ten z mojej młodości. Tamte wiekowe sosny zostały zastąpione nasadzeniami z lat 60-tych XX wieku. Pomimo tego czułem się jak przed laty. Po drodze mijaliśmy znacznej wielkości mrowiska, które i w tamtych czasach istniały. Zatrzymaliśmy się przy jeziorze, po toni którego co niedzielę w letniej porze pływaliśmy łodzią dziadka. Przyroda zrobiła swoje, nie byłem w tym miejscu kilkadziesiąt lat, porośnięte brzegi zasłoniły dawne kąpieliska. W tym miejscu pan Jerzewski, gospodarz zza lasu już na terenie Borzechowa, nabierał do beczek wodę na pożytek  gospodarstwa. Wprowadzał konie z wozem do jeziora do poziomu stojących na wozie beczek i nalewał wiadrem wodę. Po chwili, ociekający wodą wóz, skierował się w stronę siedliska pana Jerzewskiego. W tym miejscu też jako dzieciaki ze szkoły w Białachowie, krótko przed wakacjami, podczas terenowej lekcji przyrody pod opieka pana Stefana Gełdona – naszego nauczyciela baraszkowaliśmy w wodzie.  Klasa wracała do Białachowa, a ja przez dziadka las do gospodarstwa babci Pauliny Redzimskiej, gdzie mieszkaliśmy. 

Przemierzając dalej dawne, rodzinne strony, na chwilę zatrzymaliśmy się przy krzyżu wujka Benka, o którym wielokrotnie pisałem. Ile razy tu jestem, zawsze wracają wspomnienia z tragedii, jaka wydarzyła się tu 6 marca 1945 roku.  Dalej przez las „rządowy”, jak dawniej nazywaliśmy lasy państwowe, poszliśmy w kierunku drogi gminnej rozcinającej pola pana Szrafina. Po drodze mijaliśmy Wilcze i Białe Błota, miejsca w lesie nazwane przez dawnych okolicznych mieszkańców. Za moich młodych lat droga biegnąca przez ziemie pana Szarafina przecinała uprawne pola. Dziś w większości prowadzi przez młody las.  Kiedyś był to normalny polny szlak uczęszczany przez pana Szarafina, jak i przez innych użytkowników. Po obu stronach drogi rosną piękne stare drzewa pamiętające pierwotny las porastający ziemię pana Szarafina, wycięty przez okupanta niemieckiego.

Przeszliśmy przez szosę Zblewo – Borzechowo i dalej polną drogą obok starego, zapamiętanego z dzieciństwa,  siedliska pana Eliasza – kowala. Po tamtym domku nie zostało już śladu, stoją nowe domy. Po lewej stronie mieszkał Feliks Spaiser, który objął to gospodarstwo poniemieckie w 1945 roku. Przyprowadził się z Mermeta. Przed nim mieszkali tu Felscy. Żona Felskiego miała na imię Emma. Mieli trójkę dzieci – córkę Grettę oraz  synów Fritza i Gustawa. Według słów mojej siostry Danusi, ich mama Emma tak mawiała - Fryc póć zryc, a ty Gustaw miski ustaw.

Dalej za tym gospodarstwem w głąb pola w kierunku Białachowa też mieszkali Felscy. Ona miała na imię  Hedwig (Jadwiga) i mieli dwie córki. W tym gospodarstwie wujek Benek (brat mego ojca) pracował jako robotnik przymusowy. Jest tam gospodarstwo pana Klina, mieszkali tam też Bielińscy. Z Marysią Bielińską chodziłem do szkoły w Białachowie. Pan Bieliński odwiedzał nas i opowiadał straszne historie z okupacyjnych przeżyć.
Droga dobiegła końca i znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Warto było przyjechać, by przez kilka godzin spacerować ścieżkami mojej młodości, bo gdzie się kto rodzi, rad chodzi.  Marlenka – dziękujemy Ci!

Gdańsk 23 czerwca 2016                                                 
Edmund Zieliński

Zdjęcia:



Boża Męka dziadka Franciszka Zielińskiego



Marlena i Danka w drodze do jeziora



Tędy w młodości chodziliśmy do kąpieliska



Urocze jezioro pełne wspomnień



Danka z Marleną



Mrowisko jak za dawnych lat



I kolejna kolonia mrówek



I dalej…



Pod krzyżem wujka Benka



Kamienny drogowskaz



Drogą przez włości pana Szrafina



Z kory takiej sosny robiliśmy łódeczki i spławiki do wędki



Piękne stare drzewo przy starej drodze



Tam było gospodarstwo mojej babci Pauliny i tam się urodziłem



Na drodze do wsi w rejonie  dawnych gospodarstw Felskich, Bielińskich, Klinów, Eliaszów, Węsierskich…



No i kończy się spacer wspomnień
                  
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!