www.mamboteam.com
 
Strona główna
wtorek, 02 czerwiec 2020
 
 
KRZYSZTOF KOWALKOWSKI. Bornholm – przerwany rejs - cz. 2 Drukuj E-mail
niedziela, 02 październik 2016


Jak już wspomniałem w pierwszej części reportażu, z Ustki wyszliśmy po śniadaniu, ok. dziewiątej rano. Pożegnała nas ustecka syrenka z mocno świecącym biustem. Ciekawe dlaczego on się tak świecił? Niestety skończyła się ładna słoneczna pogoda, którą mieliśmy dotychczas.  
Było pochmurno i mgliście, no i niestety ochłodziło się. Ale szczęśliwie mieliśmy wiatr i to w dodatku korzystny, mogliśmy więc postawić wszystkie trzy żagle. Po raz pierwszy płynąłem, gdy postawiony był także bezan. Musi to z daleka ładnie wyglądać.




Marek za sterem, a Mirek obserwuje widnokrąg.

Spokojne morze, postawione wszystkie żagle nastroiły Mirka romantycznie. Wyciągnął gitarę i zaczął nam grać i śpiewać szanty. Z tej strony go nie znałem. A gdy wziąłem śpiewnik, który miał ze sobą i mnie dopadły wspomnienia młodości. Znalazłem tam wiele piosenek, które wspólnie śpiewaliśmy na harcerskich zbiórkach i obozach.




Mirek z gitarą, za sterem Marian.


Płynęliśmy wzdłuż brzegu, ok. 2-3 mile od niego. Niestety trwająca cały dzień mgła nie pozwalała na podziwianie widoków, a szkoda. Długi dzień wymagał zmian za sterem, a spokojne morze i niewielki wiatr pozwalał na rotacje i za sterem mogli stawać wszyscy po kolei. Przyszedł więc czas i na mnie.




Ja za sterem.

Było tak pięknie i spokojnie, że mogłem, utrzymując kurs, sam zrobić zdjęcie naszego LOWRENCA. Jak widać płynęliśmy kursem 74 z prędkością 5,9 węzła. Nie była to zawrotna szybkość w porównaniu do tej, którą rozwijaliśmy wracając w 2015 roku z Kłajpedy (mieliśmy wówczas 10-11 węzłów), ale za to płynęliśmy spokojnie do celu. Nie było więc problemu z przygotowaniem gorącego obiadu, który zrobił Rysiek. Wszyscy ochoczo siedli do stołu w mesie. Przygotowana wcześniej przez Danusię (Ryśka żonę) karkówka cieszyła się dużym powodzeniem.




Lowrence i żyrokompas.   

I w tym dniu mieliśmy urozmaicenia. Kormorany i mewy w tej odległości od brzegu to raczej normalność. W końcu to ptaki wodne. Ale znowu pokazały się nam ptaki z morzem raczej nie kojarzone. Najpierw ponownie odwiedził nas rudzik, pobył krótko i odleciał. Po kilku godzinach przyfrunęła pliszka siwa. Ta, podobnie jak w piątek rudzik, zabawiła na jachcie dłużej. Przylatywała, odlatywała i znów przylatywała, co rusz siadając w innym miejscu jachtu.




Pliszka

Ptaki stanowiły urozmaicenie naszego rejsu, podobnie jak mijane kutry rybackie i jachty. Niestety zbyt słaby wiatr spowodował, że ostatni odcinek do Władysławowa płynęliśmy już w ciemnościach i w dodatku tylko na silniku. Gdy z oddali zamrugała do nas swym światłem latarnia w Rozewiu wiedzieliśmy, że to już bardzo blisko.




Latarnia Rozewie

Za chwilę swoimi światłami i wznoszącymi się w niebo lampionami przywitało nas Władysławowo. Do portu we Władysławowie wpłynęliśmy z małymi problemami dopiero ok. 2130. Z małymi problemami, bo manetka zmiany biegów przekładni silnika sprawiła nam małe trudności. Jednak po kilku minutach i z tym poradził sobie nasz kapitan Mirek. Przy okazji skonsultował się ze swym kolegą Sławkiem, z którym nie raz wspólnie żeglowali. Okazało się Sławek ma czas i z chęcią przyjedzie rano do Władysławowa. Na kei na Ryśka czekał jego syn, który przyjechał po Ojca z Gdańska. Zostaliśmy we czterech. Mimo dość późnej pory postanowiliśmy przejść się przez miasto. Okazało się jednak, że wszystkie lokale zamykane są już o 2200. No cóż, restauratorzy uznali widocznie, że sezon się skończył, choć po drodze, pomimo późnej pory mijaliśmy jeszcze wielu spacerowiczów. W końcu zgodnie z sugestią Marka zjawiliśmy się w Karaoke. Ten lokal był czynny do 2300, a faktycznie jeszcze dłużej, bo do chwili, gdy zaczęli wychodzić ostatni goście. Trochę okrężną drogą, zwiedzając miasto wróciliśmy na jacht. Tu przy szantach powspominaliśmy dotychczas przebytą trasę i obejrzeliśmy jej przebieg, jaki zarejestrował AIS.




Ja na jachcie we Władysławowie

Rano (przed ósmą) 11 września, zgodnie z obietnicą na jachcie stawił się Sławek. Musiał wstać o czwartej rano, aby przyjechać do nas pociągiem. No, ale pasjonaci żeglarstwa dla pływania zrobią bardzo wiele. Wkrótce po nim zjawił się bosman, aby nas skasować za postój przy kei. Wieczorem jak przypływaliśmy zabrakło go. Okazało się też, że do 8 rano następnego dnia zamknięte są sanitariaty. Mało tego, za samo cumowanie musieliśmy zapłacić prawie dwa razy tyle co w Ustce, a ponadto odrębnie trzeba było zapłacić za sanitariaty. Duże koszty i fatalna organizacja, nie zachęcająca żeglarzy do zawijania do Władysławowa. Niestety wszystko trzeba przeżyć. Mało pływałem, więc są może jeszcze mniej przychylne żeglarzom miejsca. Wiem, że są miejsca bardziej przychylne. No dosyć narzekania. Rano ok. 10 po śniadaniu przygotowanym przez Sławka ruszyliśmy w morze, a jacht wyprowadził z portu nie kto inny tylko Sławek.




Sławek za sterem.

Pogoda niestety nie zapowiadała się ciekawie. W dalszym ciągu było pochmurno i mglisto, a morze było gładkie jak tafla lodu. Jednak gdy wyszliśmy dalej podniósł się wiatr, który pozwolił nam na postawienie wszystkich trzech żagli. Nie przeszkodziło to nam w przeprowadzeniu małych porządków na jachcie, a konkretnie zmycia pokładu.




Załoga przy pracach porządkowych.

Płynęliśmy z prędkością ok. 4,0 - 4,5 węzła. Na szczęście poprawiła się pogoda i wyszło słońce. Zrobiło się bardzo ciepło. Oprócz kutrów i jachtów mijały nas też kolosy. M.in. ok. godz. 14 minął nas „Viking Star”, płynący do Gdyńskiego Portu. Ten maltański wycieczkowiec o długości prawie 230 metrów może zabrać na pokład 930 pasażerów. Robił wrażenie, szczególnie przy naszym jachcie.




Wycieczkowiec „Viking Star”

Przepływający komfortowy wycieczkowiec uświadomił nam, że pora na posiłek. Tym razem obiad zaserwował nam Sławek oferując bardzo dobrą fasolkę po bretońsku. Mirek dopełnił to deserem w formie gorącego kisielu. Zanim zbliżyliśmy się do Gdańska, Sławek ponownie zadbał o nasze żołądki. Przygotował kolorowe kanapki i smażone kiełbaski. Takiej kolacji na jachcie jeszcze nie jadłem.




Kanapki przygotowane przez Sławka.

Gdy zaczęliśmy wchodzić w tor wodny, zrzuciliśmy wszystkie żagle i za chwilę weszliśmy pomiędzy główki falochronu na Martwej Wiśle w Nowym Porcie. Rejs z Władysławowa do Gdańska zajął nam ok. 8 godzin. Oczywiście musieliśmy jeszcze przepłynąć odcinek od ujścia Wisły do mariny zlokalizowanej przy ul. Sienna Grobla, ale to już spokojnie na silniku podziwiając widoki Gdańska. Po drodze umknęliśmy wyprowadzanemu przez holowniki statkowi „Wallenius Wilhelmsen”. Przybiliśmy do kei i po sklarowaniu jachtu zakończyliśmy rejs, umawiając się na następny we wrześniu 2017 roku. Wstępnie celem ma być szwedzka wyspa Olandia, a rejs ma trwać tydzień.




Załoga przed zejściem na ląd w Gdańsku.

Krzysztof Kowalkowski
22.09.2016 r.

REPORTAŻ - PRZEJDŹ
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!