www.mamboteam.com
 
Strona główna
środa, 27 maj 2020
 
 
EDMUND ZIELIŃSKI. W Trzech Króli. Z dawnych dziejów naszego Kociewia Drukuj E-mail
czwartek, 05 styczeń 2017
Jestem częstym gościem muzeum etnograficznego w Oliwie. W rozmowie z koleżanką Ewą Gilewską, kustoszem tutejszego muzeum, dowiedziałem się, że wśród wielu pozycji bibliotecznych znajduje się książka o tematyce kociewskiej - KASZUBY I KOCIEWIE, która zawiera treści związane z językiem, zwyczajami, przesądami, zagadkami i pieśniami ludowymi, jakie panowały w północnej części Prus Zachodnich.
Książka wydrukowana została czcionkami drukarni Dziennika Poznańskiego w 1892 roku. Autor, podpisujący się „Dr Nadmorski”, to Józef Łęgowski (1852 – 1930). Książkę wypożyczyłem i z niej wynotowałem ówczesne zwyczaje i obrzędy. Czy któreś z nich ma jeszcze w dzisiejszych czasach zastosowanie? Wiele się zmieniło. Pozwolę sobie zacytować fragmenty z tej książki z zachowaniem ówczesnej pisowni:

„Na Kociewiu, gdy do chrztu się zabierają, to jedni przestrzegają, jak będzie chrzestna siadała na wóz, nie ma stąpić nogą na koniec osi, boby dzieciak był smarkaty, a jakby szła lub jechała z dzieckiem przez wodę, ma go obudzić, aby się w nocy budziło, gdy ma potrzebę; chrzestna zaś także nie powinna, mając dziecko na ręku, iść na ustęp (…) drudzy zaś mówią, jak po chrzcie idą około ołtarza, mają główką dziecięcia trącić o ołtarz, wtenczas ma mieć dobrą głowę do nauki (…) a jak chrzestni dadzą jaki pieniężny datek, zatkną go na piersiach, a nie trzeba mu go odbierać prędzej, aż na wieczór razem przy zdejmowaniu chrzestnej sukienki, to wtenczas będzie go się pieniądz trzymał."

Znajduję w tej książce bardzo ciekawe zapiski odnoszące się do zwyczajów z okazji ślubu. Toteż zacytuje w oryginalnym zapisie:

„Żeby miała kobieta nad chłopem góra, to narzeczona kawalerowi przy ślubie ma klęknąć na t r o k u , ale że teraz jedni noszą suknie kuse, niepodobno troku przyklęknąć, wtenczas ma ona przy ślubie, jak sobie podadzą rance, swoja ranka mieć na wierzchu, wtenczas będzie miała nad nim zwierzchność (…) żeby zaś ze sobą w zgodzie żyli, to przy ślubie mają się tak ścieśnić, jak uklękną, żeby nikt nie przejrzał (…) uważają też, jak się świece palą podczas ślubu, jeśli się trafsi, że się jedna świeca smutniej pali, to gdy na jego stronie, to on wnet umrze, a gdy na jej, ona długo nie pożyje”.

Kiedy wiele dziesiątek lat temu w kościele w Orłowie ślubowałem mojej żonce miłość, wierność i uczciwość małżeńską aż do śmierci, nie obchodziły mnie palące się świece lub czyja ręka będzie na wierzchu. Szczerze prosiłem Boga o jak najdłuższe wspólne pożycie małżeńskie. Wysłuchał? Tak – żyjemy już ze sobą pięćdziesiąt lat i za to pięknie dziękujemy.

Wertując stronice tej ciekawej książki trafiam na zwyczaje związane z okresem Bożego Narodzenia. Cytat:

"Na Kociewiu zwyczaj chodzenia z szopką zwolna zanika, dawniej był powszechnym, a że także różne figle przy tym płatano następujące opowiadanie pokazuje. Do pewnego dobrodusznego gospodarza przybyli pod okno śpiewać, gdy już leżał w łóżku, wstał on w koszuli i boso, żeby im co dać, a oni go porwali między siebie i dalej z nim do sąsiada, prośby, żeby go puścili, nic nie pomogły, gdy tam zaczęli prosić: długo się nie bawcie, prędko nas odprawcie, bo tu są nadzy i bosi i skaczą pod niebiosy, pokazali na potwierdzenie tych słów owego gospodarza w koszuli.
26 grudnia w Szczepana tu i ówdzie święcono owies. Ten zwyczaj zachował się w Wysinie, Starej Kiszewie i Osieku. Owies przynoszono do kościoła w kieszeniach, chustach a nawet w workach. Część poświęconego owsa tego samego dnia dano zwierzynie, część zmieszano z ziarnem na siew i zachowano jako środek przeciw chorobom inwentarza.
Czas zapustny miał też swoje zwyczaje. Przytoczę jeden z ciekawszych z tamtego okresu krążący w okolicy Więcków. Mówiono wtedy, by w tych dniach nie prząść wełny, bo bydło wszy dostanie, a kto by wówczas szył koszule, sam stanie się pastwą tych pasożytów."


Znajduję w książce zapis mówiący o smaganiu rózgami w Wielki Piątek i że jest to zwyczaj rozpowszechniony. Przyznaję, że nigdy o tym nie słyszałem. Jest też ciekawy zapis odnoszący się do mocy uzdrawiającej wody w pierwszy dzień świąt Wielkanocy. Cytuję:

"Jeśli kto ma na sobie wyrzuty, np. liszaje, powinien wstać rano, iść do bieżącej wody i obmyć się, ale spieszyć się, aby to uskutecznić przed wschodem słońca. A jeśli są chore małe dzieci lub dorośli z łóżka powstać nie mogą, trzeba przynieść im takiej wody, dać im się umyć i znów zanieść wodę i wylać w tym samym miejscu, przy tym zajęciu nie wolno się obejrzeć , lub przemówić do kogo. Jeśli ma kto kołtun, zerżnąć go w dzień wielkanocny, zanieść i zanurzyć przed wschodem słońca w wodzie bieżącej."

Dr Nadmorski pisze też w swej książce o zwyczajach związanych z Zielonymi Światkami, które i w dzisiejszych czasach noszą dawne znamiona. Kiedyś majono izby gałązkami brzozy i tatarakiem i dziś się to robi. W XIX wieku na Kociewiu mniemano, że w wigilię św. Jana - czarownice udają się na łysą górę i dlatego ognie sobótek palą, ale czy dla oświetlenia czarownicom drogi, czy aby je odpędzić od własnych pól, dziś już dokładnie nikt nie wie. W dobie dzisiejszej nie stawia się drąga z palącą się beczką smoły na szczycie. W tamtych czasach ten zwyczaj kultywowano na Kociewiu. Tańczono i skakano wokół drąga często przy muzyce. Kiedy beczka spadła skakano przez ogień.

Tak to było ponad sto lat temu. Przy okazji chciałbym opowiedzieć o moich przeżyciach z dziecinnych lat związane ze świętem Trzech Króli. To był 1946 rok. Moja ciociaŁucja – siostra mego ojca, postanowiła uczcić święto Trzech Króli małą inscenizacją związaną z tym świętem. Miejscem przygotowań było gospodarstwo dziadka Franciszka w Białachowie. Ciocia Łucja pomyślała, że za Trzech Króli przebierze swojego siostrzeńca – Edmunda Bielskiego lat 5 i dwóch bratanków – Rajmunda lat 5 i Edmunda lat 7. Któregoś z nas ciocia umorusała sadzami, by pełnił rolę króla – Murzyna z afrykańskiego kraju. Już nie pamiętam, kto nim był, może ja? Jakim cudem ciocia wykombinowała dla nas stroje – nie wiem. Pamiętam piękne pozłacane korony i królewskie płaszcze wykonane prawdopodobnie z kolorowych obrusów. Dostaliśmy też do rąk pastorały, które z drewna wykonał wujek Benek. Nasz kuzyn, Edmund Bielski, był gościnie u dziadka Franciszka. Natomiast ja z moim bratem Rajmundem mieszkaliśmy w sąsiedztwie w gospodarstwie babci Pauliny Redzimskiej. W prostej linii gospodarstwa Zielińskich i Redzimskich oddalone były od siebie o około 150 metrów. W Trzech Króli zebraliśmy się po południu u dziadków Zielińskich, gdzie ciocia Łucja przeprowadziła z nami próbę generalną, z nauką pieśni „Trzej Królowie monarchowie”. To nie było takie trudne, bo w tamtych czasach śpiewanie kolęd przy rozjarzonej świeczkami choince, było czymś normalnym i dzieci z radością z rodzicami i rodzeństwem śpiewały najpiękniejsze w świeci kolędy. A że było to pierwsze Boże Narodzenie po okupacji niemieckiej, kolędy brzmiały szczególnie radośnie, bo śpiewane po polsku, bez obawy, że ktoś podsłucha i doniesie na Polizei. Przypomnę, że Pomorze w czasie okupacji należało Reichu i mowa polska była surowo zakazana. Za jej używanie można było w najlepszym wypadku dostać po gębie.
Próba generalna się udała, więc można było ruszyć w trasę kolędniczą. Najpierw poszliśmy do pokoju dziadków – Antoniny i Franciszka Zielińskich, gdzie zaśpiewaliśmy „Trzej Królowie”. Dziadkom się spodobało, że ich wnuczęta przy choince uświetnili to święto. Oczywiście dostaliśmy od dziadków po cukierku i jabłuszku.
Kolejnym etapem było gospodarstwo Redzimskich. I tam przy choince i przed siedzącą w fotelu babcią Pauliną odśpiewaliśmy znaną kolędę o trzech królach. Co dostaliśmy od babci – nie pamiętam. Myślę, że były to cukierki marcepanowe. Trzecim wstępem było mieszkanko moich rodziców w domu babci Pauliny. Pamiętam, że stanęliśmy naprzeciw choinki stojącej na stoliku nocnym w ganeczku pomiędzy łóżkami. W tamtym czasie choinki oświetlały świeczki osadzone w specjalnych żabkach przymocowanych do gałązek. To był piękny widok zmieszany z wonią drzewka i spalanych świeczek. Pamiętam, że stałem przy piecu, z paleniska którego buchał żar palącego się drewna. I tu śpiewaliśmy naszą kolędę, a włączyli się moi rodzice, brat Jerzy i siostra Danusia. Naszej wędrówce towarzyszyła nam ciocia Łucja i kuzynka Jadzia Bielska. Już po zakończeniu udanego kolędowania ciocia Łucja powiedziała do mnie - Edzio, ty ładnie śpiewasz drugim głosem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy. Myślałem, że to coś normalnego, że tak śpiewam i tyle.
Tutaj zakończyła się wędrówka białachowskich trzech króli. Ja z bratem Rajmundem zostałem już w naszym mieszkaniu, natomiast Ciocia Łucja i Edmundem i Jadzią poszli do dziadków Zielińskich. To było 70 lat temu. Dawno? Jakby wczoraj.

Gdańsk 4 stycznia 2017-01-04
Edmund Zieliński


Zdjęcia:



Szopka Reginy Matuszewskiej z Czarnegolasu na wystawie w Urzedzie miasta w Gdańsku w 2004 roku



Szopka Jerzego Kamińskiego w kościele na Zaspie w 2011 roku



Szopka Edmunda Zielińskiego z 1996 roku



Szopki Edmunda Zielińskiego na wystawie w muzeum w Oliwie 2005 roku



Korony i maski Trzech Króli Edmunda Zielińskiego na wystawie w muzeum w Oliwie 2005 roku



Gwiazda kolędnicza Edmunda Zielińskiego na wystawie w Oliwie w 2005 roku
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!