www.mamboteam.com
 
Strona główna
wtorek, 22 wrzesień 2020
 
 
PAULINA - BLOG. Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii -1 Drukuj E-mail
wtorek, 07 luty 2017

Czy wyjazd do pracy za granicę jest pójściem na łatwiznę? Pamiętam piękne słowa mojego dziadka, że jako młoda osoba powinnam budować Swoją Ojczyznę w Swoim Kraju, aby zmieniała się na lepsze. Ale młodego człowieka zawsze kusi możliwość podróży, poznawania nowych ludzi, a w końcu sprawdzenia swoich własnych możliwości.
Opowiem Wam tutaj, jak wyglądały moje początki w Anglii, a także dylematy, z jakimi się zmagałam do momentu, w którym jestem teraz.


Lato 2012. Siedzę w busie z Warszawy do Gdańska. Jakieś dwie godziny temu miałam rozmowę kwalifikacyjną i teraz biję się z myślami. Rozmowa poszła źle. Nie dlatego, że moje doświadczenie zawodowe zamyka się w trzech latach pracy na oddziale niemowlęcym ani nie dlatego, że pytania były trudne. Rozmowa z potencjalnym pracodawcą, surowo wyglądającą Angielką, kierowniczką sieci domów opieki, odbywała się w języku angielskim. Czułam porażkę, gdyż wielu pytań po prostu nie zrozumiałam i nie potrafiłam na nie odpowiedzieć, mimo że uczę się tego języka już od podstawówki. Jadąc do domu, robię sobie wyrzuty, że porywam się z motyką na słońce. Od dłuższego czasu myślałam o wyjeździe do pracy w innym kraju, na pierwszym miejscu do USA, by tam opiekować się dziećmi. Przeszukując oferty pracy znalazłam ofertę firmy rekrutacyjnej do domów opieki w Anglii. Raz się żyje, pomyślałam i przesłałam im życiorys. Domy opieki? Trochę nie mój profil, zwłaszcza, że polubiłam pracę z dziećmi. Lubiłam, jak po chorobie zdrowieją i zostają wypisane ze szpitala do domu. Ale nie zawsze kończyło się radośnie. Czasem jako pielęgniarka musiałam brać udział w tragedii dziecka i całej jego rodziny, widziałam jej cierpienie, lęk i gniew. Mało komu w takich sytuacjach udaje się zachować spokój.

Z rozmyślań wyrywa mnie dźwięk telefonu. "Pani Paulo, gratulujemy, przeszła Pani rozmowę kwalifikacyjną pozytywnie."


Na przygotowania do wyjazdu miałam trzy miesiące. Przez ten czas automatycznie na skrzynkę mailową otrzymywałam informacje o swojej nowej pracy. To był również czas na złożenie wypowiedzenia w moim szpitalu i psychiczne przygotowanie się do wyjazdu, co przychodziło bardzo ciężko. Anglia wydawała mi krajem leżącym jakby na drugim końcu świata. Pierwszy raz miałam być na tak długo odseparowana od rodziny i bliskich. 
 - Dostałam się do tej pracy, no wiesz, do sieci domów opieki, o których ci kiedyś mówiłam - cicho wspomniałam narzeczonemu. Mieliśmy w planach się pobrać, ale ostatnio nie układało mu się z pracą. Lepiej odłożyć ślub na później.
- Obiecaj, że po roku wrócisz - powiedział. Czułam, że trudno mu było się pogodzić z moim wyjazdem. Spojrzałam mu prosto w pełne obaw oczy i odpowiedziałam:
- Obiecuję.

 Liście na drzewach zmieniły kolor z wysyconej zieleni w odcienie rudego i brązu. Nadeszła jesień i czas wyjazdu do Anglii. Na lotnisku w Warszawie przed bramkami pożegnałam rodziców i narzeczonego. Byłam z nim w narzeczeństwie już 5 lat. "Wieczna narzeczona" - śmiałam się z goryczą. Wyjazdy nie są niczym nowym, on był już wcześniej na wymianie w Stanach, czekałam na niego rok. Teraz jego kolej, on będzie czekał. Chciałabym – planowałam - odłożyć na depozyt na nasze własne mieszkanie. Wrócę po roku. Pielęgniarka oddziałowa zapewniła mnie, że jakbym chciała miejsce w pracy, zawsze się dla mnie znajdzie. Jeszcze nie wiem – chodziły mi po głowie różne myśli - czy w przyszłości będę pracować dalej na tym samym oddziale, czy raczej zacząć uczyć się czegoś nowego, ale na pewno będę odwiedzać koleżanki z pracy i zawsze będę miała sentyment do tego szpitala.

Po pożegnaniu z bliskimi, łzach (nigdy nie mogę się opanować!) przeszłam przez bramki do kontroli bezpieczeństwa stawić czoła nowemu życiu.

 Na lotnisku w Derby stała ta sama surowo wyglądająca kierowniczka, która bombardowała mnie tysiącem pytań na rozmowie kwalifikacyjnej i próbowała wyciągnąć jakiekolwiek angielskie słowa. Okazało się, że samolotem leci jeszcze sześć innych pielęgniarek z tego samego „zaciągu”. Pogadać na spokojnie mogliśmy dopiero w hotelu. Dojechaliśmy do niego czarnymi, dużymi angielskimi taksówkami. Kasia, rudowłosa trzydziestolatka, matka dwojga dzieci i żona niepracującego męża, zarzekała się, że gdy tylko dostanie pierwszą wypłatę, dom opieki zamieni na szpital. Rodzinę zostawiła w Polsce. Ściągnie ją, gdy znajdzie dobre zakwaterowanie. Martwiła się już na zapas, jak dzieciaki poradzą sobie w nowym środowisku, tym bardziej że starszy, pięcioletni synek choruje na autyzm. Mirka, rozwódka, najstarsza z nas, ale niezwykle nowoczesna i przebojowa, już wcześniej pracowała 5 lat w szpitalu na bloku operacyjnym. Stała się naszą skarbnicą wiedzy. Odpowiadała na wszystkie nasze pytania i rozwiewała wątpliwości. Przed tym naszym przylotem była przez kilka miesięcy w Polsce. Miała załatwić emeryturę, przeciągnął się czas załatwiania formalności i przez to straciła poprzednią lubianą pracę. Z kolei Marta, którą od razu najbardziej polubiłam, odkłada na ślub i wesele. Gdy tylko się zaaklimatyzuje w nowym miejscu – planowała - narzeczony do niej dołączy. I jeszcze Daria, Aga i Zuza, dwa miesiące temu obroniły pracę licencjacką, trzy przyjaciółki z jednego miasta. Od razu postawiły warunek nowemu pracodawcy - biorą pracę tylko wtedy, jeżeli będą pracować w tym samym miejscu. Nie pracowały w polskim szpitalu. Stwierdziły, że nie będą sobie strzępić nerwów na "polski chory system ochrony zdrowia". Zuza, w wolnym czasie prowadziła zajęcia fitness i już na początku zapowiedziała, że w tym czasie, w którym jesteśmy razem, popracujemy nad kondycją fizyczną.

Firma zakwaterowała nas w pięknym hotelu. Każda miała pokój tylko dla siebie. Kierowniczka domów opieki dała nam "plan lekcji" z rozkładem zajęć. Przez kolejne 5 dni od 9 do 18 będziemy się uczyć o zasadach panujących w angielskim pielęgniarstwie geriatrycznym. To tam po raz pierwszy usłyszałam wykład na temat równości i różnorodności ludzi, na temat szacunku i godności drugiego człowieka. Później były też wykłady o umieraniu i sposobie rozmawiania na temat śmierci. W Polsce to jeszcze temat tabu. W Anglii już przy przyjęciu nowej osoby do domu opieki w zestawie pytań podstawowe brzmią: Gdzie chciałbyś umrzeć, w domu czy w szpitalu? Czy po śmierci wolisz kremację, czy tradycyjny pochówek? W polskich placówkach ochrony zdrowia nikt o takie sprawy nie pyta.

Dzień po dniu wkłady. Po takich dniach każda z nas przychodziła do pokoju hotelowego wykończona, z bólem głowy od ciągłego słuchania obcego języka i skupienia. Okazało się, że każda z nas oprócz Mirki, która już wcześniej spędziła kilka lat w Anglii, ma problemy z komunikatywnym angielskim.

Po pięciu dniach wytężania umysłu na tych wykładach, przed dniem, w którym mieli nas rozdzielić na poszczególne domy opieki, wstąpiłyśmy do starego, wiktoriańskiego pubu. Przy angielskim piwie "Ale", znając już swoje słabe możliwości językowe, zastanawiałyśmy się, dlaczego wzięli nas do tej roboty. Zuza zaczęła się śmiać. - Popatrzyli na metrykę i stwierdzili, że może coś jeszcze z nas będzie!

Rano spotkałyśmy się z naszą kierowniczą w looby hotelowym. Już nie wydawała się taka surowa. Chyba się trochę do nas przywiązała, w końcu sama nas wybrała. Jej firma potraktowała nas fantastycznie. Wszystko było zorganizowane, zakwaterowanie, pyszne hotelowe posiłki, dali nam również czek na start, oczywiście z klauzulą, że musimy pieniądze oddać, jeśli nie przepracujemy dwóch lat. Wczytywałyśmy się w umowę. Nie zawierała żadnych haczyków, na przykład, że musimy oddać 5 razy więcej. Zapisane wszytko jasno, czarno na białym i w porządku. Taki kontrast. W Polsce od swojego pracodawcy spodziewałam się tylko kolejnej kłótni o 20 złotych podwyżki rocznie. Albo kwestia samej umowy o pracę - nie chciano jej ze mną podpisać. Byłam zaskoczona, że tak dobrze traktują tutaj pracownika.

Trzy koleżanki lublinianki dostały, jak im przyrzeczono, przydział do jednego domu opieki w Birmingham. Kasia otrzymała bilet na pociąg do Liverpoolu. Ze stacji miała ją odebrać szefowa jej docelowego domu opieki. Niespodzianka - ja z Martą dostałyśmy informację, że razem jedziemy do Manchesteru. Okazało się, że kierownictwo domów opieki zadbało również o wynajęcie dla nas mieszkań.

Kierowniczka zapakowała mnie i Martę do swojego samochodu i zawiozła do domu opieki, w którym miałyśmy zacząć pracę.

Nowy, duży budynek z czerwonej cegły, nawiązującej do ceglanej architektonicznej tradycji Manchesteru, znakomicie przystosowano do pełnienia funkcji ośrodka dla potrzeb osób starszych. Mieścił 88 pokoi, wszystkie z prywatną łazienką i własną restaurację, oferującą posiłki dla pacjentów, ich rodzin, również dla pracowników, pięknie przyozdobione salony z wygodnymi fotelami dla pacjentów, w których rozsiadali się, żeby oglądać ulubiony serial.

Suze, nasza nowa szefowa, oprowadziła nas po swoich włościach, przedstawiając kilku pacjentów, nazywanych tutaj rezydentami. Przy okazji przedstawiło nam się kilku pracowników, ale już wtedy, po tylu wrażeniach, wiedziałyśmy z Martą, że w ten dzień nie zapamiętamy już żadnego imienia. Suze, po pokazaniu domu opieki zaprosiła nas do swojego samochodu. Krótko poinformowała, że jedziemy zobaczyć nasze mieszkanie. Po 10 minutach zajechałyśmy pod domek. Suze zostawiła nas, gdyż musiała wracać do pracy.

Weszłyśmy do domu. Mile zaskoczyła nas czystość, powitały pachnące kwiaty na stole w kuchni i karteczka "Welcome home". Lodówkę ktoś wypełnił polskimi produktami, a w każdej sypialni leżał folder z informacjami, jak się poruszać po Manchesterze i co warto zwiedzić. Popatrzyłyśmy z Martą po sobie z niedowierzaniem. Ale mamy szczęście!

 Naszym zadaniem w domu opieki było podawanie leków, prowadzenie dokumentów, komunikacja z lekarzami, jeśli działo się coś niepokojącego, i nadzorowanie opiekunów. To taki zwięzły zapis. W praktyce - rundki z lekami 4 razy dziennie, co zabierało dość dużo czasu. Podczas tych rundek trzeba było też dopilnować, czy osoba starsza rzeczywiście połknęła leki. Zdarzało się, że tabletki znajdowałyśmy powypluwane w łóżku rezydenta, w torebce, pochowane w fałdach fotela czy w doniczce z kwiatem. (...)

PRZEJDŹ DO BLOGA

 
wstecz
 
Top! Top!