www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 24 luty 2017
 
 
PAULINA - BLOG. Wielki mały świat [o niezwykłych zbiegach okoliczności] Drukuj E-mail
wtorek, 14 luty 2017
 

Wielki mały świat



W czerwcu dostałam kilka dni urlopu. Tym razem zamiast lecieć do Polski zaprosiłam rodziców do Anglii.

Rodzice przyjechali kilka dni temu. Starałam się pokazać im jak najwięcej atrakcji, chociaż sama przez natłok pracy niewiele do tej pory zwiedzałam. To ich pierwszy pobyt w Anglii.

Do zwiedzania wybrałam Chester. Wyczytałam w internecie, że to miejsce, jakie warto zobaczyć ze względu na ciekawą architekturę i bogatą, sięgającą prawie dwóch tysięcy lat historię. Miasteczko było jedną z baz armii rzymskich w Brytanii i zostało otoczone wysokim murem, który zachował się do dzisiaj i jest wielką atrakcją turystyczną. Każdy przyjezdny zaczyna swoją wycieczkę od spaceru po murze.

Czekając na autobus na stacji Picadilly w Manchesterze, który miał nas zabrać do Chester, zaczęliśmy głośno komentować w języku polskim, co się podoba, a co nie. W pewnym momencie zauważyłam, że przygląda nam się szpakowaty mężczyzna, na oko lat 60. Na chwilkę zatrzymałam wzrok na jego twarzy. Kiedy ktoś obcy przysłuchuje się w ten sposób, wygląda, jakby rozumiał nasz język. Zastanawiam się w takich momentach, czy to rodak, czy nie. Nie dziwne. W końcu nas, Polaków, jest tu bardzo wielu, podobno około miliona. Starszy pan wyczuł mój wzrok i ośmielony podszedł do nas.
- Dzień dobry państwu. Jak się macie? Wspaniały dzisiaj dzień na wycieczkę. Państwo z Polski? - zagaił po angielsku, co rodziców trochę skonsternowało. Angielski znają na tyle, żeby zrozumieć podstawowe słowa. Nigdy tego języka nie uczyli się na żywo.
- Dzień dobry. Tak, jesteśmy z Polski. Rodzice przyjechali na urlop na kilka dni - odpowiedziałam.
- Pytam, gdyż rozpoznałem język. Mój ojciec pochodził z Polski. Ale ja rozumiem jedynie kilka słów - powiedział z uśmiechem.

Pokiwałam z zaciekawieniem głową.

Starszy pan z pewnością rozwinąłby konwersację, ale w tym momencie kierowca zaczął nawoływać pasażerów do zajmowania miejsc w autobusie. Rodzice po cichu komentowali między sobą, jacy ci Anglicy są uprzejmi, że tak zagajają rozmowę i jakie to miłe. Można by ten sposób bycia przenieść do Polski.

Malownicze Chester swoją architekturą i położeniem nad rzeką Dee nasunęło nam trochę skojarzeń z naszym Toruniem, miastem, do którego często robiliśmy rodzinne wycieczki ze względu na to, że rodzice tam właśnie studiowali. Wiele osób określa Toruń jako miasto magiczne i tak samo określiłabym Chester.

Postawiliśmy sobie za cel przejście wzdłuż całego muru obronnego miasta. Zatrzymaliśmy się na wysokim blanku, z którego roztaczał się widok na park i na rzymskie pozostałości, gdzie akurat odbywała się szkolna lekcja historii. Dzieciaki, na oko dziesięcioletnie, przebrane w stroje rzymskich żołnierzy, na tle ruin amfiteatru w skupieniu słuchały wykładowcy, który demonstrował uderzenia krótkim mieczem i opowiadał im (i nie tylko im, na blanku też zebrała się grupa przechodniów – widzów) o historii Wielkiej Brytanii. Rodzice, mimo nierozumienia padających z dołu zdań, oglądali ten pokaz z zaciekawieniem. Próbowałam coś wyłapać, zrozumieć, bo wiedziałam, że zaraz będą mnie prosili o zwięzłe przetłumaczenie wykładu nauczyciela. Nagle ze skupienia wyrwał mnie znajomy głos.
- Znowu się spotykamy! Jak się podoba Chester? - Starszy, spotkany w autobusie pan, widząc znajome twarze, znowu postanowił zagaić rozmowę. - Pogoda przepiękna. Ja to sobie robię takie wypady do innych miast co dwa tygodnie, ale tak pięknie nie było już od dawna. Wyjątkowo ciepła wiosna. A gdzie dokładnie państwo mieszkacie w Polsce?
- Na północy, w Gdańsku... - zaczęłam. Chciałam powiedzieć kilka zdań o mieście i Bałtyku, gdyż zawsze lubię zachęcać innych do zwiedzania naszego kraju - przecież u nas również jest wiele do zobaczenia - ale nie zdążyłam. Mężczyzna z zadowoleniem mówił:
- Znam Gdańsk! To właśnie z tego miasta jest mój ojciec! Kiedyś, dawno temu, jeszcze za czasów komunizmu w Polsce, pojechałem go odwiedzić. Ale nic, nie przeszkadzam państwu. Życzę miłego zwiedzania.

Gestem pozdrowił rodziców, znowu zaskoczonych tak życzliwym zachowaniem obcego.

Po zwiedzaniu i obowiązkowym tradycyjnym obiedzie "fish and chips" skierowaliśmy się w kierunku stacji autobusowej.

Mieliśmy jeszcze sporo czasu do odjazdu autobusu i wracaliśmy spacerkiem. Rodzice prosili o tłumaczenie każdej nazwy własnej ulicy, placu czy budynku.

Po dotarciu na miejsce zdumieni zobaczyliśmy tego samego starszego pana! On również zamierzał pojechać tym samym autobusem co my! Tym razem, widząc że jestem zszokowana tak niezwykłym zbiegiem okoliczności, jedynie się uśmiechnął. Gdy dotarliśmy do Manchesteru, jeszcze nas na chwilę zatrzymał.
- Tak sobie przemyślałem po drodze sprawę... Może, gdy państwo wrócą do Gdańska... Może przy okazji przekażecie pozdrowienia mojemu ojcu. Mieszka przy ulicy Kartuskiej. Skontaktujemy się na Facebooku i podam dokładny adres? Na imię mam Rob. Miło było mi państwa poznać.
- Oczywiście. Kartuska to ulica, przy której mieszkałam podczas studiów. Narzeczony mieszka tam do teraz. Przy okazji możemy się skontaktować, zapewne to niedaleko – odpowiedziałam.

Wieczorem tego samego dnia odebrałam wiadomość od Roba:

"Mój ojciec nazywa się Antoni Mielec i mieszka przy ulicy Kartuskiej 78. Będę dozgonnie wdzięczny, jeżeli uda się mu przekazać pozdrowienia."

Antoni Mielec! Czytałam kilka razy nie wierząc.


***

Dwa lata wcześniej. Jesień 2011 rok. Wracam z zakupów. Przede mną dwa nocne dyżury. Muszę jeszcze przygotować posiłek na jutro. Wracając ze sklepu wyliczam sobie w myślach, co jeszcze mam do zrobienia. W planach mam również drzemkę przed pójściem do pracy, łatwiej mi jest wtedy wytrzymać 12 godzin. Gdy wchodzę do klatki schodowej, słyszę sapanie. Patrzę - sąsiad z naprzeciwka. Starszy pan, na oko 90 lat, jeszcze postawnej postury, zawsze gdy mnie spotykał, zagajał krótką rozmowę a to o pogodzie, a to o dzisiejszej młodzieży. Lubię jego pudelka. Kilka razy dziennie wyprowadza go na spacery. Zawsze cieszył się, że po sąsiedzku mieszkają tacy spokojni ludzie, że nie imprezujemy za głośno, bo przede mną i moimi współlokatorami "to takie dwa chłopaki mieszkali, co puszczali ciągle głośną muzykę". Ale teraz wyraźnie coś z nim nie tak. Drugie piętro dla niego to kawał drogi, a on na parterze trzyma się poręczy, posapuje i wcale nie idzie. Pytam, czy wszystko w porządku. Dziadek cieszy się na mój widok.

- Jak dobrze, że pani akurat przechodzi – mówi. - Dzień dobry. Weźmie mnie pani pod pachę i pociągnie trochę do góry, bo coś mi dzisiaj słabo. Muszę się położyć.

- Ok.

Biorę go "pod pachę" i ciągnę, ale nie bardzo mi to idzie. Każę mu czekać i biegnę piętro wyżej po narzeczonego. Po chwili ciągniemy go razem na to drugie piętro.

Kiedy starszy pan otwiera drzwi, opiera się o framugę i już wydaje się, że wszystko w porządku, już chcemy zawracać i wchodzić do naszego mieszkania, a tu nagle rozlega się głośne "łubudubu"! Odwracam się i patrzę z przerażeniem. Sąsiad nie zdążył nawet zamknąć drzwi, leży na podłodze z głową koło szafki na buty, sapie i charczy jeszcze głośniej, a oddechu nie pozwala mu wziąć jego piesek. Z radości, że pan wrócił do domu liże go po twarzy.
- Dzwoń po karetkę! - krzyczę do narzeczonego, a sama już robię ocenę sytuacji – oceniam, czy się uderzył głową o tę nieszczęsną szafkę i czy nigdzie nie krwawi.

- Pani jest pielęgniarką, prawda?

Starszy pan zaczyna powoli wymieniać mi swoje choroby, co chwilę posapując i ciągle mając problemy ze złapaniem oddechu. Po kilku minutach przyjeżdża ekipa ratunkowa. Przepytują, o co chodzi. Nie są zadowoleni, że muszą sąsiada znosić z drugiego piętra.
- Co państwu przyszło do głowy, żeby go ciągnąć na to drugie piętro?! - denerwuje się ratownik medyczny. Wiadomo, w stresowych sytuacjach najlepiej znaleźć kogoś winnego. Reflektuje się trochę, gdy słyszy, jak obiecuję starszemu panu, że go odwiedzę w nocy w szpitalu, bo mam tam nocny dyżur.

W pracy, po wykonaniu zleceń lekarskich i odczekaniu aż usną dzieciaki, dostaję chwilę wolnego na przerwę. Mówię koleżance z oddziału, że idę odwiedzić sąsiada na oddziale ratunkowym. Przypilnuje przydzielone mi dzieci w tym czasie.
- Podam pani numer telefonu do syna... yyy... do córki... Żeby zaopiekowała się Ritą, moim psem - sąsiad podaje numer. Za krótki. Po chwili namysłu podaje inny, również niepoprawny.

Wydaje mi się, że mężczyzna jest trochę splątany, nie do końca zorientowany w sytuacji, w której się znalazł. Dziewczyny, pielęgniarki z oddziału ratunkowego, mówią, że nie mogą się skontaktować z rodziną. Starszy pan sapie i charczy jeszcze głośniej niż wtedy, gdy dzwoniliśmy po karetkę. Pewnie musi odpocząć. Do tego trzęsie się z zimna. Zapewniam go, że wszystko będzie dobrze, dotykam jego ręki. Bardzo zimna. Jesień w tym roku jest chłodna, a on leży przykryty jednorazową, flizelinową powłoczką. Pytam pielęgniarki, czy nie mogłyby znaleźć dla niego jakiegoś dodatkowego koca. Tłumaczę im, że jestem sąsiadką. Obiecuję, że spróbuję skontaktować się z rodziną i odwiedzę go następnego dnia, bo mam kolejny dyżur.

Z rana, bezpośrednio po dyżurze zachodzę do jeszcze jednej sąsiadki, która ma namiar na córkę starszego pana. Razem już dzwonimy do niej poinformować, że jej ojciec znajduje się w szpitalu i że trzeba zabrać pieska, który utknął w jego mieszkaniu. Córka pojawiła się niezwłocznie. Dziękuje mi za szybką reakcję po upadku starszego pana. Rozmawiamy chwilkę. Mówi, że dzwoniła do szpitala i dowiedziała się, że jej ojciec został już przeniesiony na chirurgię. Zadowolona, że udało mi się dotrzymać słowa i skontaktować się z rodziną sąsiada, mogę iść spać. Wieczorem idę na kolejny dyżur.

W pracy, znów po wykonaniu zleceń, chwila na przerwę i mówię koleżankom, że przejdę się, żeby dowiedzieć się, czy wszystko już w porządku z sąsiadem, czy czegoś mu potrzeba. Witam się z pielęgniarkami z oddziału chirurgicznego, przedstawiam i wyjaśniam, o co mi chodzi. Wyglądają na zaskoczone. Po chwili wyjaśnia się dlaczego. Jedna z nich ze współczuciem mówi:
- Przykro nam, pan Antoni Mielec zmarł dzisiaj wieczorem.

PRZEJDŹ DO BLOGA


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!