www.mamboteam.com
 
piątek, 15 styczeń 2021
 
 
ANTONI CHYŁA. Józef Wałdoch z Zajączka zaczynał koszenie wypowiadając słowa „W imię boskie Drukuj E-mail
sobota, 18 luty 2017


Wielu z nas pamięta sianokosy z dzieciństwa. Przygotowanie dobrego siana na zimę jako karmy w gospodarstwach rolnych było ważnym zadaniem. Dotyczyło to wszystkich rolników, jak i robotników, którzy posiadali bydło mleczne, kozy, owce czy króliki. Z tym że ci pierwsi byli w lepszym położeniu, gdyż mieli czym i na czym zwieźć siano z łąk.

Na okres sianokosów wozy były przygotowane w ten sposób, że zakładało się drabie i wóz był rozciągany. Tym sposobem rosła możliwość przywiezienia większej ilości siana. Warunkiem też było, że w przypadku wożenia siana z wałków ładowało się go na wóz mniej, gdyż siano było bardziej nastroszone - nie to, co ładowanie z kopek, gdzie było już odparowane i bardziej ściśnięte.
Pamiętam, jak niektórzy przy pomocy kary (taczki) wozili siano do stodoły. Ci, co musieli najmować rolników do wożenia siana, musieli odrabiać zwózkę u rolnika.
Podczas wożenia siana ważne było ułożenie fury, gdyż w przypadku złego ułożenia siana fura się przewracała na zakręcie lub gubiono siano na drodze. Gdy siano przewożono na dalsze odległości, to stosowano drąg, który leżał pośrodku fury i był ściągany kietami (łańcuchami) lub linami.




Rolnicy, opisuję tych z lasów, mieli łąki w naturalnych zagłębieniach terenowych, jak i nad jeziorami i rzeką Wda. Różnice między łąkami były spore, gdyż te nad jeziorami czy rzeką były dość często podtopione lub zalewane na dłuższy czas, a te drugie miały stabilną wilgotność i występowały na nich bardziej szlachetne gatunki trawy. Łąki było można podzielić również w zależności od rodzaju własności - prywatne i państwowe. Te drugie wchodziły w skład nadleśnictwa.

Każdy robotnik leśny, leśniczy i gajowy otrzymywał deputat w postaci pola oraz łąki lub pastwiska. Były również przypadki dzierżawienia łąk przez rolników od Lasów Państwowych (nadleśnictwa, z konkretnym wskazaniem leśnictwa). W leśnictwach były również łąki z przeznaczeniem na siano dla zwierzyny leśnej. Te łąki były zasilane nawozem mineralnym, który rozsiewany był przez pracowników leśnych. Te łąki były również wałowane na wiosnę wałem betonowym, którego ciągnęła para koni. W leśniczówce Lasek był taki wał, który wypożyczano do innych leśnictw. Ciekawostką tego wału były dwie smarowniczki na olej z takimi małymi klapkami, aby się nie dostało zabrudzenie. Kiedyś po latach w pewnym miejscu natknąłem się na rozbity wał i wydawał mi się on znajomy. Faktycznie był to wał z Lasku, który długo służył, lecz uległ uszkodzeniu na skutek złej eksploatacji (ciągnięty ciągnikiem po drodze z kamieniami).

Pierwsze sieczenie (koszenie) łąk przypadało po Janie. W początkach to robotnicy kosili kosami. Jaki to był piękny widok. Dwunastu lub czternastu pochylonych mężczyzn jeden za drugim równo ciągnęło i odkładało na pokos skoszoną trawę. Po skoszeniu pewnej części łąki następowało ostrzenie kos. Kosiarz pochylał się i sięgał ręką po garść trawy którą oczyszczał kosę. W tym czasie kosisko było wciśnięte w ziemię i lewą ręką obejmował je, trzymając dłoń na końcu kosiska. Sięgał po osełkę i bardzo szybko ostrzył przemiennie raz w górę, raz w dół, przekładając przy tym osełkę. To ostrzenie to była pełna gracja! Wydawało się, że osełka nie dotyka ostrza kosy. Tylko charakterystyczny dźwięk ostrzenia odbijał się od ściany lasu. Nie wiem, skąd kosiarz wiedział, że w niektórych miejscach na krótkich odcinkach kilkukrotnie musi ostrzyć kosę. Na zakończenie ostrzenia osełka wykonywała ruch na całej długości ostrza z góry do dołu i z powrotem.

Koszenie to zaczynało się o świcie, jak jeszcze była rosa. W czasie przerw robotnicy wymieniali uwagi na temat jakości kos. Najlepsze notowania miały kosy przedwojenne, kupowane u Niemca na Żuławach lub w Polsce. Suchej nitki nie pozostawiali na nowych kosach, które pogardliwie nazywali „blachówy”, jak również śmiali się z kosisk, które ich zdaniem kompletnie nie nadawały się do używania. Podczas koszenia zawsze jeden z nich przewodził i był to pan Stanisław Dubiela.




W przypadku koszenia łąki ojca pracownicy otrzymywali posiłek, to jest chleb obłożony polską z weka lub polską suchą z wędzarni w plastrach, w piątek obligatoryjnie z serem, do tego prawdziwa kawa w kance. Ten chleb był układany w nowym koszu do ziemniaków, wyłożonym białym, lnianym ręcznikiem i takim samym przykryty. W drugim, mniejszym, były kubki do kawy. Każdy robotnik otrzymywał od ojca również paczkę papierosów, a pan Stanisław pieniądze za koszenie, które miał podzielić pomiędzy kolegów. Te pieniądze każdy z nich chował do portfela. Te miały różny kształt i format. Niektóre z nich musiały pamiętać wojnę, tak mówił pan Stanisław.
Po koszeniu wszyscy udawali się do domów. W przypadku Józefa Rocławskiego kosa była przytroczona do roweru, a ostrze kosy zabezpieczone materiałem.

W tym samym dniu jeszcze trzeba było rozrzucić pokosy trawy. Czyniono to przy pomocy wideł lub grabi drewnianych. W zależności od temperatury i nasłonecznienia trzeba było siano przetrząsnąć. W przypadku wysuszenia następowało zgrabianie w wały i robienie kopek. W przypadku pogody decydowano się na pozostawienie siana w wałach i branie jego bezpośrednio na wóz. W pewnym okresie pojawiły się kosiarki konne na żeliwnych kołach, ciągnięte przez parę koni. Specyficzne było to, że konie musiały jednostajnie ciągnąć tę kosiarkę, a w przypadku cofania można było usłyszeć terkot sprzęgła.




W słoneczną pogodę konie szybko się męczyły, dlatego sieczenie odbywało się szybko rankiem lub pod wieczór. Ważne było, aby podczas koszenia mieć zapasową wyostrzoną kosę oraz zapasowe nożyki i nity, gdyż na skutek pozostawionych metalowych różnych części nożyka się urywały lub się nożyk się wyszczerbiał. W tym czasie konie odpoczywały i zjadały trawę z pokosu. Józef Wałdoch z Zajączka zaczynał koszenie wypowiadając słowa „W imię boskie”.

Kosiarki konne na żeliwnych kołach zostały zastąpione przez takie na kołach gumowych. Dyszel kosiarka miała wykonany z metalu. Były przypadki, że niektórzy rolnicy, którzy mieli jednego konia, kosiarki te wyposażali w napęd silnika motocykla, z tym że najlepiej sprawował się silnik od skutera Osy, który miał wentylator na magnecie. Koń w tym przypadku ciągnął tylko samą kosiarkę i zamiast dyszla były dyszułki. Często dodawano jeszcze jedno koło gumowe, aby konia nie obciążać.

Z chwilą powstania kółek rolniczych koszenie przejęły one i weszły kosiarki zawieszane Osa. Traktorzyści, którzy pochodzili z gospodarstw, mieli pojęcie o koszeniu, a ci co nie mieli do czynienia z koszeniem, to była tragedia w tym sensie, że pozostawiali kawałki łąki nieskoszonej i wszelkiego rodzaju grzywy.
Furorę zaczęły robić kosiarki rotacyjne. To już była klasa! Nie było kłopotu z ostrzeniem kos, tylko wymianą nożyków.




Nasze Koło Łowieckie ma kosiarkę rotacyjną, którą kosimy nasze dzierżawione z nadleśnictwa łąki. Kosili koledzy Henryk Muchowski, Marek Raduński, Zygmunt Kukliński, Henryk Partyka i ja osobiście. Z tym koszeniem to było różnie. W przypadku Marka Raduńskiego to wpadł do rowu na „IV”, że musiał go przyjechać wyciągnąć ciągnikiem kolega Marek Klin. Był przypadek skoszenia przez kolegów nie naszej łąki. W obwodzie Frąca otrzymaliśmy od nadleśnictwa w dzierżawę łąkę, którą musieliśmy zrekultywować, to jest wyrwać zakrzaczenie i wykopać rów, który rowem był tylko z nazwy. Przy tej łące napracowali się koledzy Zygmunt, Waldemar, Sławomir Kuklińscy, Czesław Krocz, Stanisław Partyka, Jan Burant, stażyści oraz ja sam z racji prezesowania. Pierwsze koszenie na tej łące przypadło mi samemu. Kosił łąki i pastwiska kolega Zygmunt Kukliński i Stanisław Partyka. Na Gębach miałem możność kopować siano w kopy. W sumie to lubię robić w sianie, gdyż można samemu zobaczyć efekt końcowy.

Z wywożeniem siana do paśników bywa różnie. Są przypadki, gdy zwierzyna płowa korzysta z siana w przypadku śnieżnych i mroźnych zim. W przypadku zim łagodnych siano nie jest pobierane w paśnikach. Myśliwy taki oddany łowiectwu pierw pracuje w łowisku, aby polepszyć warunki bytowania zwierzyny i czasem nie starcza czasu na polowanie. A w przypadku polowań na byki - nie zdąży usiąść na ambonę, bo są obsadzone przez innych kolegów, którzy nie mają czasu popracować w łowisku, a są przyzwyczajeni do pracy siedzącej. I jak tu podchodzić zwierzynę?




Mamy możność polowania z podchodu, ambon i zwyżek. W dzieciństwie widziałem urządzenia łowieckie, które powstały podczas okupacji. Były to już rozlatujące się zwyżki, których siedzenie dla myśliwego było bezpośrednio przybite do drzewa i wchodziło się na nią po drabinie. Te zwyżki w leśnictwie Lasek były zrobione na ścianie lasu przy polach uprawnych i łąkach. Były one przytwierdzane przeważnie do brzóz lub olch. Wiązało to się z tym, że myśliwy się nie ubrudził żywicą. Do zbijania siedzeń używano porządnych desek. Robotnicy leśni wspominali, że za Niemca to były wygrabiane ścieżki do zwyżek i ambon, jak również ścieżki podchodowe na łąki przy rzece Wda. W okupację na polowania często jeździł motocyklem nadleśniczy z Drewniaczek i te ścieżki musiały być czyste. Teraz też wykaszamy i oczyszczamy ścieżki do ambon. W dzieciństwie pamiętam budowę ambon. Robotnicy stawiali je rozpoczynając od wkopania słupów nośnych.



Stanisław Dubiela miał wprawę w budowie ambon, które były solidnej konstrukcji. Pokrycie dachu stanowiła papa. Drabina posiadała poręcz, a sama ambona mogła śmiało pomieścić trzech tęgich myśliwych. W Kole przyjęto budowę ambon poprzez stawianie gotowej ambony. Wiąże to się z potrzebą użycia przyczepy, wywrotki i ciągnika. W ubiegłym roku udało się nam wykonać kilkanaście ambon przenośnych do polowań typu szwedzkiego. Patrząc z perspektywy czasu trzeba stwierdzić, że chęci w tym wszystkim są najważniejsze, bo zorganizowanie materiału, jego obróbka przez wykorzystanie piły tarczowej napędzanej pasem od ciągnika, poprzez zbijanie i rozwiezienie pochłonęło kilka dni. Duży wkład w realizacje tego zadania, gdzie niektórzy powątpiewali, że to się uda, wnieśli koledzy Stefan Filbrand, Zygmunt, Sławomir Kukliński, Daniel i Kuba Dworakowski, Andrzej i Eryk Liedtkie, Grzegorz Kolaska, Krzysztof Walkowski, Czesław Krocz, Paweł Szreder i stażyści Adrian Wohlert i Maciej Tomaszewski. Miałem możność kierować podczas budowy tych ambon kolegami i zbijać pierwszą ambonę z kolegą Adrianem Wolhert. W sumie to wszyscy staramy się pracować na rzecz łowiectwa. Tych których pominąłem, nie wspominając o ich pracy, przepraszam. Nagrodzi ich św. Hubert.

PS. Te kilka zdjęć obrazuje naszą pracę w łowisku i tym samym kończę cykl opowiadań łowieckich.

Skórcz dnia 15.02.2017 rok
Antoni


















 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!