www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 24 marzec 2017
 
 
EUGENIUSZ CHEREK. Tragiczne losy rodziny Nelke z Błędna Drukuj E-mail
poniedziałek, 13 marzec 2017



Gertruda Nelke, ur. 29.VI.1905 roku w Gniewie, 20 lipca 1927 roku w Starogardzie zawarła związek małżeński z Władysławem Zachariaszem Nelke z Kulic. Po ślubie wraz z mężem – leśnikiem zamieszkała w leśniczówce w Błędnie. Mieli syna Tadeusza, ur. 1928 r., Czesławę, ur. 1930 r., i Gizelę. ur. 1941 r. W sierpniu 1942 roku Gertruda wraz z mężem i synem Tadeuszem została aresztowana przez gestapo w leśniczówce Błędno.


Następnie, aż do ewakuacji przebywała w obozie Stutthof, numer obozowy 25901, jako więzień polityczny. Po wojnie zamieszkała w Gdańsku-Wrzeszczu. Odznaczona Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Kawalerskim, Medalem Zwycięstwa i Wolności, Orderem Odrodzenia Polski, Honorową Odznaką za Zasługi dla miasta Gdańska. Zmarła 16 grudnia 1993 roku. Pochowana na cmentarzu we Wrzeszczu.

-

Ja, Gertruda Nelke, ur. 29.VI.1905 roku, stwierdzam, co następuje:

Mniej więcej późną jesienią w 1940 roku zgłosił się do mnie i mojego męża, Władysława, leśniczego w leśniczówce Błędno, nasz znajomy nauczyciel Józef Szmulta, kierownik szkoły w Suchobrzeźnicy. Wprowadził nas do tajnej organizacji „Gryf Pomorski”, mówiąc, że ks. Józef Wrycza jest naszym przełożonym. Od tego dnia wielu ludzi (nazwisk ich oczywiście nie znałam) spotykało się u nas w leśniczówce, niektórzy, jak ksiądz Paweł Wiecki ze Starogardu, kierownik szkoły z Kasparusa, Franciszek Dejna, ukrywali się u nas.

Brat mój Franciszek pracował w lesie jako robotnik. Pod koniec 1940 roku brat Franciszek przyprowadził do nas Stefana Gussa, pseudonim "Dan", który zamieszkał u nas w leśniczówce. „Dan” zaprzysiągł mnie i męża do organizacji AK. Od tego dnia leśniczówka nasza stała się punktem spotkań żołnierzy - partyzantów podziemia. Mieszkali w bunkrach w okolicy Błędna, wieczorami przychodzili do nas umyć się, odpocząć, przespać, zwłaszcza w zimie. Gotowałam dla nich, dostarczałam żywność. Pamiętam, że inż. Jan Tokalski, dziś inżynier w Wojewódzkiej Radzie Narodowej Gdańsk, spotykał się u nas w leśniczówce z „Danem” i doktorem Krajewskim, lekarzem ze Śliwic.

Na partyzantów odbywały się często obławy, organizowane przez gestapowców. Słyszałam potyczki, strzelaninę. W tym czasie miałam troje dzieci - syna Tadeusza, córkę Czesławę i Gizelę.

 

 

 

 

 

 





Pewnej nocy, było to w sierpniu 1942 roku, nocowało w naszej leśniczówce 14 partyzantów, w tym mój brat i „Dan”, gdy do drzwi zaczęło walić gestapo. Spałam z dziećmi w sypialni, męża nie było z nami. Pobiegłam na piętro, gdzie spali ukrywający się partyzanci, by ich zbudzić i ostrzec. Potem zbiegłam na dół. Odruchowo wyciągnęłam pistolet ukryty pod poduszką i zaczęłam strzelać w drzwi wejściowe, w okienka w drzwiach, by zwrócić uwagę gestapo. Gestapowcy stali ukryci za drzewami, za parkanem. Zbliżyli się do drzwi, sądzili bowiem, że tędy będą usiłowali uciekać partyzanci. Po chwili, gdy już wystrzelałam wszystkie naboje (18 naboi), wyważyli drzwi i wdarli się do mieszkania. Zdążyłam ukryć pistolet i wzięłam najmłodsze dziecko na rękę.

Gestapowcy znaleźli 14 ciepłych jeszcze prycz, które opuścili partyzanci, stwierdzili ich ucieczkę. Partyzanci, wszyscy, zdążyli uciec tylnym oknem, przez ogród, przepłynęli rzekę Czarną Wodę i schronili się do lasu, jeden był ranny, „Dan” wyciągnął rannego z rzeki.

Gestapowcy zaczęli nas kopać, krzyczeć. Męża, który wrócił właśnie, i mnie skuli w kajdany, zabrali do Osieka, a stamtąd do Starogardu. Oprócz mnie i męża wzięli również mojego 13-letniego syna Tadeusza. Po strasznym skatowaniu w Osieku, ponieważ nikogo nie wydał,  wypuścili go nazajutrz.

W Starogardzie (ul. Skarszewska), byłam przesłuchiwana, przez tydzień katowana - byłam wówczas w 4 tym miesiącu ciąży, na skutek tortur poroniłam. Ludzie myśleli, że już nie żyję. Ulica była zbryzgana krwią, gdy mnie wlekli do szpitala. Po kilku tygodniach zawieźli mnie do obozu w Stutthofie. Nikogo nie wydałam. Powtarzałam uparcie, że "nic nie wiem.”

W Stutthofie spotkałam wszystkich moich bliskich oprócz męża. Wywieźli tam moją matkę, ojca, mojego brata Leona Nelke i dwie siostry, Jadwigę i Łucję Nelke. Była to zemsta gestapo za naszą pracę na leśniczówce i za pomoc, jakiej udzielała partyzantom Jadwiga (dawała karty żywnościowe, kradnąc je z Arbeitsamtu w Osieku).

W Stutthofie przesiedziałam 2 lata i 5 miesięcy - wyszłam na wolność po wyzwoleniu przez Armię Radziecką, dzieci moje przeżyły w bardzo ciężkich warunkach, córka Czesława wychowała roczną siostrę pracując w Starzęcinie u treuhndera, na dawnym gospodarstwie rodziców w Starzęcinie, pow. Tczew. Syn Tadeusz pracował ciężko, kopał rowy. Ze Stutthofu nikt z mężczyzn nie wrócił - zginął mój mąż, ojciec i brat.













 
dalej »
 
Top! Top!