www.mamboteam.com
 
Strona główna
poniedziałek, 26 czerwiec 2017
 
 
PAULINA - BLOG PIELĘGNIARKI. "Jak pachnie piniądz" - Czas na zmiany Drukuj E-mail
poniedziałek, 20 marzec 2017


Każdy dzień w domu opieki wyglądał podobnie. Rano - raport pielęgniarski, przejażdżka z wózkiem z lekami po długich korytarzach mojego oddziału. Codzienne rytuały, dopilnowanie, aż moi podopieczni połkną podane leki, potem pisanie dokumentacji.

 Niektórzy rezydenci nie mają ochoty na rozmowę, szybko biorą tabletki i odprowadzają mnie wymownym wzrokiem do drzwi swojego pokoju, chcą zostać sami. Inni z kolei mają wiele do powiedzenia. Zażalenia, że wczorajszy obiad był niesmaczny i mają od niego wzdęcia bądź że boli noga, głowa czy ręka. Niektórzy nie mogą wcale porozmawiać czy się poskarżyć, bo tę możliwość odebrała im zaawansowana demencja. Po półtora roku pracy w domu opieki mam wrażenie, że na swoim odcinku znam już każdego swojego pacjenta na wylot. Niektórzy są tutaj od czasu, gdy zaczęłam pracę. Od tego czasu kilku podopiecznych też zmarło, a na ich miejsce zostali przyjęci nowi.

Szczerze? Zaczęłam mieć wrażenie, że utknęłam w miejscu. Pod względem zawodowym. Z jednej strony przywiązałam się do moich podopiecznych jak do członków rodziny, zwłaszcza do Teresy, która w tym roku obchodziła swoje 102. urodziny. Z drugiej, zaczęłam odczuwać pragnienie zmian. W wózku z lekami, który prowadziłam długimi korytarzami domu opieki, znajdowały się wyłącznie leki doustne, zastrzyki zdarzały się raz na dwa miesiące. Na pobieranie krwi należało zrobić specjalny kurs, więc bez niego nie byłam uprawniona do wykonywania tej czynności, mimo iż robiłam to na porządku dziennym w polskiej pracy.

- Gdzie jest moja pomocna ręka? – jęknął John. Unieruchomiony w łóżku po rozległej operacji biodra, wiecznie szukał skonstruowanego przez siebie drążka, na którym znajdował się specjalny chwytak. Dzięki niemu John mógł sięgnąć po rzeczy, które leżały na stoliczku przyłóżkowym. Po zabiegu ortopedzi zostawili mu w biodrze wielką otwartą ranę, a na niej specjalistyczny opatrunek. Rana nigdy nie miała już się zagoić, a ciągle powodowała infekcje ogólnoustrojowe, dlatego przyzwyczaiłam się już do epizodów, gdy John przez infekcję był bardzo splątany.

- Leży zaraz po twojej prawej stronie, John. – Pacjent lubił towarzystwo i zawsze, kiedy ktoś przychodził do jego pokoju, zagajał rozmowę, a to szukając swojego drążka, a to pilota od telewizora. Czasem, żeby nie czuł się taki samotny w swoim pokoju, przenosiliśmy go dźwigiem do wózka inwalidzkiego i braliśmy do salonu, ale po pięciu minutach zaczynał płakać, że mu niewygodnie. Nic dziwnego. Z taką raną najwygodniej było mu leżeć płasko w swoim łóżku.

Na przerwie na kawę w pokoju dla personelu dosiadł się do mnie pielęgniarz Abdul. Przyniósł dla mnie skserowane kartki z książki pielęgniarskiej, którą ostatnio czytał.

- Proszę, to dla ciebie. Czytałem ostatnio ciekawy rozdział o przemijających atakach niedokrwiennych mózgu. Pomyślałem, że ci przyniosę. – Uśmiechnął się. Wyczuwałam jego sympatię do mnie. Niejedna osoba już się ze mnie śmiała, że pochodzący z Pakistanu Abdul chyba szuka drugiej żony. Zresztą on sam mi powiedział, że w jego kraju jest to dozwolone, zawadiacko do mnie mrugając.

- Dziękuję Abdul, miło, że o mnie pomyślałeś – odpowiedziałam. Abdul, pracował dla naszego domu opieki przez agencję, bo to jego praca dorywcza. Na pełen etat był zatrudniony w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Niedawno proponował, że poleci mnie swojej oddziałowej i zaproszą mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Opowiedziałam mu o swoich obawach, o za małym doświadczeniu zawodowym. Dom opieki to też pierwsza moja praca na emigracji, nie czułam się pewna siebie, czy poradzę sobie w tak zmiennym środowisku z moimi umiejętnościami językowymi.

- Paula, bądź odważna! Gdy zaczniesz pracę w szpitalu, to wszystko się zmieni. Będziesz mieć sto razy lepszą wiedzę, niż jakakolwiek pielęgniarka, która utknęła w domu opieki. Rozwiniesz skrzydła. – Abdul złapał mnie za rękę, którą miałam położoną na stoliku kawowym. Poczułam się niezręcznie, szybko uwolniłam dłoń z uścisku, cofnęłam i objęłam kubek, udając, że chcę wziąć łyk kawy.

***

Po zakończeniu dyżuru i wyjściu z domu opieki zaskoczył mnie deszcz. W sumie ciężko mówić o zaskoczeniu - w okolicach Manchesteru deszcz padał niemalże co drugi dzień, czy w zimę, czy w lato. Bywało, że padało przez cały okrągły tydzień. Taka „szara” pogoda sprawia, że łatwo popaść w depresyjny nastrój. Tym razem, nie chciałam jednak myśleć o przygnębiających sprawach, czułam, że muszę zacząć budować dobrą przyszłość, że nadszedł czas na zmiany. Deszcz nie ułatwiał mi dojazdu do domu na rowerze. Gdy w końcu dojechałam, zamknęłam się w swoim pokoju, włączyłam komputer i zalogowałam się na swój profil na portalu randkowym. Cztery nowe wiadomości. Wirtualny świat wciąga. Zwłaszcza, jeżeli daje tak wiele możliwości. Czy chcesz rodaka, czy obcokrajowca? Blondyn, szatyn czy brunet? Kolor oczu? Brązowy, niebieski? Jakie sobie życzysz wykształcenie kandydata na chłopaka? Szukasz przygody czy miłości na całe życie, a może obu na raz? Pula kandydatów była imponująca. Wybór naprawdę spory. Nie spodziewałam się, że randkowanie w internecie jest tak popularne. Tylko jak tu wybrać, kiedy każdy człowiek jest inny? Usiadłam na kanapie, wygodnie podpierając się poduszkami. No dobrze, chłopcy. Czas na lekturę. Otworzyłam pierwszą wiadomość.


 


PRZEJDŹ DO BLOGA

 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!