www.mamboteam.com
 
Strona główna
poniedziałek, 29 maj 2017
 
 
JOACHIM CHOINA. KRAKÓW - JELEŃ. Dwie historie związaliśmy w całość Drukuj E-mail
piątek, 19 maj 2017




Węgrzce pod Krakowem

Czwartek 27 kwietnia, godzina 10. Wyjechaliśmy ze Starogardu do Krakowa. W misji specjalnej – jak mówił kilka dni wcześniej pan Tadeusz.

Na A1 ze Starogardu zostałem wprowadzony w temat. Otóż niejaki pan Jan Chodziński z Krakowa przysyłał do różnych instytucji kulturalnych listy z informacją, że pisze książkę o Kociewiu. Dołączył twórcze CV, z którego wynikało, że pisze rzeczy udane, wystawiane nawet na krakowskich scenach. Trzeba więc pojechać, przeczytać, porozmawiać, pomóc i nagłośnić. A nuż znajdzie się jakiś sponsor. To nie jest normalna sprawa, że ktoś z Krakowa pisze o Kociewiu.

Układ chmur podzielił Polskę tego dnia na pół. Północ słoneczna, a na południu w programach radiowych ostrzegano przed powodziami, spowodowanymi nadmiernymi opadami. Pod Łodzią już rzeczywiście zaczęło lać. W deszczu spostrzegliśmy jednak pod Częstochową samochód zespołu Dżem. Ciekawe, czy nucili jakąś deszczową piosenkę ze swojego repertuaru? Może teraz jakiś fan przypomni sobie jakąś i zanuci do lektury?

To jednak nie Kraków, a Węgrzce – podkrakowska sypialnia grodu Kraka. Jechaliśmy wolno podziwiając wille. Był jeszcze jasny dzień. Podróż ze Starogardu zajęła nam nieco ponad 5 godzin, co do niedawna byłoby fantasmagorią. Dzięki uprzejmości Jana Chodzińskiego przenocowaliśmy w hoteliku. Same Węgrzce zaskoczyły "nazwami" ulic - literami alfabetu. A10, B2, C17... A my tu, w Starogardzie, prowadzimy dyskusję nad nadaniem imienia parkowi miejskiemu (gdy ten już od lat 30 XX w. nosi w zapomnieniu imię Marszałka Józefa Piłsudskiego, co okazało się kilka dni temu).

Następnego dnia udaliśmy się do domu pana Jana. Zostaliśmy przywitani niczym głosiciele dobrej nowiny z Kociewia. Otrzymaliśmy pyszne śniadanie, a w międzyczasie zapoznaliśmy się z twórczością gospodarza. Jan Chodziński pomimo swej niepełnosprawności (porusza się na wózku inwalidzkim), aktywnie działa w środowisku lokalnym. Pisze scenariusze przedstawień, w których grają osoby w różnym wieku. Autorem wielu wierszy i opowiadań. Napisał książkę o swojej rodzinnej miejscowości, Bałtowie, największej w Polsce "jurajskiej" miejscowości z dinozaurami.

Dlaczego człowiek z drugiego końca Polski postanowił napisać książkę ściśle związaną z Kociewiem? Okazało się, że pan Jan jest powiązany z rodziną Czajów, zasłużoną w działalności Polonii w Wolnym Mieście Gdańsk.

- Choroba sprawiła, że poszukiwałem hobby, którym mógłbym się zająć. Zacząłem pisać opowiadania, wiersze i inne utwory. Zainteresowałem się też historią mojej rodziny. W ten sposób dotarłem do spisanych wspomnień wuja Edwarda Czai – tłumaczył pan Jan.

Wuj Chodzińskiego opisał, jak kazano mu, Polakowi, w czasie okupacji opuścić Gdańsk i zamieszkał w miejscowości Jeleń niedaleko Piaseczna u swojej rodziny, Cybulów. Ciotka Edwarda Czai, Elżbieta Czaja, wyszła za Józefa Cybulę i tam się osiedlili. Poza tym rodzina Czajów też posiadała w Jeleniu ziemię. Kupił ją dziadek Edwarda, Teofil Czaja, ojciec Szczepana. Wcześniej miał karczmę w Nowem, ale spłonęła.

Całej tej opowieści o historii przysłuchiwał się olbrzymi kot Gilbert. Po pewnym czasie zaczął gryźć mi sznurówki.

- To znak, że pana zaakceptował – zażartowała Pani Chodzińska. - Gilbert tu rządzi. Boi się jedynie sąsiada, pana Zięby.

Gdy pan Jan zaczął pisać książkę opartą na spisanych wspomnieniach Edwarda Czai, postanowił nadać jej tło ukazujące kulturę Kociewia. Zdobył kilka książek o naszym regionie, zachwycił się naszą gwarą i zaczął się jej uczyć, a także zaczął zbierać wszelkie informacje o naszej kulturze materialnej i duchowej.

- A najbardziej to mi się podobają szturane ziemniaki. – stwierdzał pan Jan, nie mogąc powstrzymać śmiechu. - Zupełnie różne jest u was, na północy, wychowanie. Widać pruskie podejście do pracy, „langsam, langsam – wolno, ale solidnie”. I widać solidną podstawę wychowania patriotycznego w polskich domach w czasie zaboru. Bardzo to podziwiam.

Jan Chodziński napisał wiele listów z prośbą o ubogacenie jego książki w zdjęcia przedstawiające naszą kulturę ludową. Dzięki temu książka oparta na motywach wspomnień Edwarda Czai będzie atrakcyjniejsza. I stąd wynikła nasza podróż. Obejrzeliśmy również ksero maszynopisu wspomnień Edwarda Czai, którą pan Jan otrzymał od swojej ciotki z Gdańska, Otolii Czai.

Jakże piękną rodzinną spuścizną są takie wspomnienia i piękne też jest nadawanie im nowego życia w postaci książki. To czyni Jan Chodziński wraz z pomagającym mu Mirosławem Grelą (po prawie i historii na UJ), uczestniczącym w rozmowie. Obiecaliśmy pomóc - znaleźć więcej zdjęć. Udane spotkanie uczciliśmy obiadem wydanym przez gospodarza, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej na Dolny Śląsk, pod Otmuchów, gdzie pan Tadeusz chciał zrobić zdjęcia ze zdjęć swojej rodziny z przedwojnia z... Wołynia u swoich krewnych. Zrobił jedno, bo jedno tylko mieli.






Jeleń, gmina Gniew

12 maja udaliśmy się do Jelenia z nadzieją, że zdobędziemy jakieś stare zdjęcia, związane z rodziną Czajów, dla pana Jana. Zajechaliśmy pod remizę OSP. W środku siedział sołtys Jelenia Tadeusz Netkowski. Przygotowywał salę do jakiejś uroczystości zawieszając gardynę. Towarzyszyła mu wesoła, wygadana mieszkanka Jelenia.

- Pan sołtys sobie fryzurę poprawił, jakby zaraz na dziewczyny miał iść. – zażartowała, gdy pan Netkowski przygotowywał się do zdjęcia.


- Sołtys musi dobrze wyglądać – odparł poważnie pierwszy człowiek Jelenia. Przy okazji poinformował nas, że sołectwo, zajmujące trochę ponad 700 ha, zamieszkuje 727 osób.

- Czyli jedna osoba na hektar – z dumą stwierdził i określił, gdzie znaleźć Cybulów, skoligaconych z Czajami.

Jechaliśmy wolno "starą drogą". Na słupach jednej z bram dumnie stały polskie orły z 1933 r. Tu i tam widać było ślady po jakimś majątku.

Przy "jedynce" w stronę Piaseczna mieszka rodzina Romana Cybuli. Pan Roman niewiele wiedział o Edwardzie Czai. Ale tak, to tu mieszkał w czasie okupacji. Poradzono nam pojechać do Józefiny Chmieleckiej. Na odjezdnym z wjazdu na podwórze Czajów zrobiliśmy przez teleobietyw zdjęcia kąpiącemu się łabędziowi. Nietypowy obraz. Na ogół łabędzie płyną, a ten doprowadzał do porządku pióra. W ogóle pejzaże w Jeleniu i okolicach są bardzo urozmaicone przez łagodne wzgórza i kociołki często ze stawami.

Dojechaliśmy pod wskazany adres. Drzwi otworzyła Józefina Chmielecka. Rozmawialiśmy w obszernym wiatrołapie. Pan Tadeusz zadawał pytania trzymając notatki z Krakowa.

- Czy znała pani Edwarda Czaję, syna Szczepana Czai, wnuka Marianny i Teofila Czajów, którzy mieli karczmę w Nowem? Teofil Czaja prowadził potem tu olejarnię, bo karczma mu się spaliła. Elżbieta Czaja wyszła za mąż za Józefa Cybulę tu, w Jeleniu...

Kompletnie zaskoczona pani Józefina kiwała głową.

- Pewien pan z Krakowa ma spisane wspomnienia pana Edwarda. Czy wie pani coś o ty maszynopisie? Przyjechaliśmy tu w sprawie Jana Chodzińskiego, który pisze książkę na podstawie tego pamiętnika. Czy kojarzy Pani to nazwisko? - rzucaliśmy już pytania obaj.

Pani Józefina westchnęła głęboko, w oczach zabłysły jej łzy i szepnęła: – Ja mam te pamiętnik... Zaraz przyniosę... Jestem kuzynką Edwarda Czai.

Po chwili przyniosła takie samo ksero maszynopisu wspomnień, z jakim pozowałem do zdjęcia w Krakowie! I załączony własnoręcznie napisany list przez Edwarda Czaję z prośbą o zachowanie ich w rodzinie "dla świadomości następnego pokolenia".





Zrobiliśmy kopię kilku rodzinnych fotografii z Jelenia z okresu okupacji do książki Jan Chodzińskiego i wymieniliśmy numery telefonu, żeby oddalona między sobą rodzina, która nic o sobie nawzajem nie wie, mogła się skontaktować. Otrzymaliśmy także numer telefonu do wdowy po Edwardzie Czai, Otolii. To ona ma oryginał wspomnień Edwarda.

W rodzinnym albumie pani Józefiny były też zdjęcia z lat 70. jej dzieci przebranych w stroje indiańskie, wykonane przez objazdowego fotografa. No proszę, za PRL-u, a takie coś – fotograf objeżdżający miejscowości z rekwizytami. Pomysł na biznes. Z podwórza dobiegał nas pełen pretensji do świata głos siwej perliczki, która zniosła jajko.

Zajechaliśmy jeszcze raz do domu Cybulów. Pan Roman jest dużym gospodarzem. Znacznie zmienia statystykę sołtysa – 1 ha na 1 osobę. Zajechaliśmy zrobić zdjęcie domu, w którym mieszkał w okresie okupacji Edward Czaja i w którego dziś nieistniejącym przedłużeniu mieściła się olejarnia.

- Sporo ma pan ziemi i roboty mnóstwo – zauważyliśmy.

- Tak. Praca przez cały dzień... Ale muszę się wreszcie zainteresować rodzinną historią.

-

To niezwykłe, że o utrwalenie historii swojej rodziny z tak wielką determinacją stara się zadbać niepełnosprawny człowiek z drugiego krańca kraju, gdy tu na to nie ma czasu. Wiadomo – praca, pot i trud. Wielką przyjemnością było po prostu pomóc panu Janowi i poczuć dreszczyk emocji, gdy odkryliśmy dwie biegnące niezależnie od siebie historie, by złożyć je w jedną całość.

Joachim Choina



Joachim Choina - student Historii I roku MSU na Uniwersytecie Gdańskim. Do niedawna stażysta w Instytucie Pamięci Narodowej Oddział w Gdańsku. Współzałożyciel i prezes Regionalnej Grupy Popularyzacji Mikrohistorii. Od 6 lat uczestnik zajęć koła dziennikarskiego OPP w Starogardzie.


INNE ZDJĘCIA



 
dalej »
 
Top! Top!