www.mamboteam.com
 
Strona główna
środa, 18 październik 2017
 
 
MIECZYSŁAWA KRZYWIŃSKA. Krótki, prosty i nieco wulgarny felieton oparty na szczerości Drukuj E-mail
środa, 14 czerwiec 2017

Nie lubię z grubsza, jak ludzie brzydko pachną i są bezinteresownie podli. Nie toleruję także nietolerancji. Zrozumiałam także, że właściwie nie lubię słodkiego, facetów w hawajskich koszulach szpanujących piciem yerba mate oraz kółek wzajemnej adoracji. Swego czasu do takiego kółka „zapisałam” śp. Andrzeja Grzyba i choć ten naprawdę mi pomógł i raczej szczerze twierdził, że mam talent (po trosze do dziś uważam, że się nieco mylił), to nie zdążyłam Mu powiedzieć, że z „kółka” Go wypisuję. Żałuję. Nie lubię jeszcze regionalizowania na siłę, a dla tych, co po cichu także nie lubią, ale dla dobra bliżej nieznanej dla mnie sprawy regionalizują, mam uczucia ambiwalentne. Co więc tu robię (jeśli „robię”, bo być może Tadeusz schowa ten mój tekst do ikonki o popularnej nazwie „kosz”, która świeci na każdym pulpicie)? Uwielbiam wsadzać kije w mrowiska, niczym wróżka ze srebrnym pasemkiem ze Sweet Road… Zresztą podobnie jak ona nie mam zwyczaju uciekać, kiedy już mrówki ruszą do ataku, broniąc swojego starannie wypracowanego świata. Mrówcze ataki mają zresztą sens – one bronią doskonałego układu, na który ciężko pracowały i który pozwoli im na ochronę zarówno Królowej, jak i paziątek. Jest Królowa (o Króla mniejsza ;)), jest straż przyboczna, są robotnice. Tradycja jest i nikt tego nie zakwestionuje. Od wiek wieków budowana i udokumentowana. Przez entomologów zwłaszcza. Oto wypowiedziałam się niechcący, co sądzę o regionalizmie w wydaniu „kociewskości”. Ktoś coś – a reszta brawo! Bardzo brawo, bo ktoś może „może coś”, a inny ktoś jest albo będzie „kimś”, nawet jeśli chadza na bosaka kiedy widzą, albo na durnowate palmy na koszuli, rozpiętej na gołym, bezpierśnym torsie. Ach, jakże mnie nie zachwyca „gniecenie boba”. Ach, jakże wrażliwość ma reaguje bezbłędnie na adorowanie się wzajemne i kolejne próby udowodniania sobie i nie sobie swej przenikliwości, którą kto inny krytykuje jeszcze „przenikliwiej”, a wszyscy wiedzą, że wszystko razem tyle warte, co fusy po yerba…

 

 

Ale to przecie „zachwyca”. Jednych zachwyca, bo jakieś pieniądze przynosi. Innych zachwyca, bo jakieś korzenie szlachetne dokumentuje. Choć szlachetność ta czasem wonieje grochem ze skisłą kapustą i kartoflami bądź „mniodem” z maślanki… A zdaje się, że maślanka ma tyle wspólnego z miodem, co placek kartoflany ze schabowym… Pogońcie mnie z tego Kociewia. Pokochałam je za polodowcowy krajobraz. Za nieskażone enklawy przyrody. Za wielu pięknych ludzi. Nie za regionalizm na siłę, nie za bosego gościa w hawajskie palemki i nie za oszukane zupy. Czym właściwie jest ten regionalizm? Jeśli za słownikiem PWN przyjąć, że jest to „zespół cech etnograficznych i kulturowych, charakterystycznych dla danego regionu”, to można w ten worek wrzucić wszystko. Dosłownie. Bo kultura jest tym, co stanowi efekt działania ludzi we wszystkich swoich przejawach – i materialnych, i symbolicznych. Jest to więc nasz swoisty „stan posiadania” przez nas wytworzony. I w pewnym sensie specyficzny. Czy jesteśmy regionem bogatym kulturowo w swojej odrębności? Kilka lat temu byłam w Pelplinie na - zdaje się – Dniach Kultury Kociewskiej czy jakoś tak. W ramach wydarzenia odbywał się przegląd naszych zespołów regionalnych. Kiedy po raz szósty czy siódmy usłyszałam, że „u naszy Anki, psianknej Kociewianki(…)”, to od tego bogactwa mnie zatknęło. Jest jeszcze kuronek i kokoszka, czyli bajka bez wyraźnego morału. No i maślankowy miód czy tam miodowa maślanka. I wszystko ok. Dobre i to, a na pewno nie złe. Ale czy od tego zrobi się region? I czy musi się koniecznie zrobić? Czas pokazał, że na nasz regionalizm łapiemy się tylko my – mieszkańcy Kociewia. Słodzimy sobie, tworzymy te słynne kluby wzajemnej adoracji, wątpiących z nich wyrzucając i skazując na „regionalny” ostracyzm. Pokażcie mi twórcę „kociewskiego”, który zdobył uznanie poza „regionem”. No tak, Małgorzata Hillar. Tylko, że ona wyjechała młodo i nigdy nie wróciła. Nikt też nie słyszał „we świecie” o jej regionalnym zaangażowaniu. Nie jestem i nigdy niestety nie będę jak Hillar. Ale… Kiedyś otrzymałam nominację do nagrody „Kociewskie Pióro”. Do dziś nie wiem, kto mnie nominował. Rozstrzygnięcie miało nastąpić na gali, na którą z rozmysłem nie pojechałam. Bo moje „pióro”, gorsze czy lepsze, nie jest kociewskie. I nigdy nie będzie. Tak, jak nie będzie paryskie, góralskie czy norweskie, choćbym nawet zamieszkała kiedyś te piękne okolice. To jest pióro ludzkie. I czasami ostre. Jeśli zaś to czytacie, znaczy, że zdarzył się cud…

Mieczysława Krzywińska

Kociewiacy.pl



 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!