www.mamboteam.com
 
Strona główna
sobota, 22 luty 2020
 
 
KRZYSZTOF KOWALKOWSKI. Jachtem ze Szkocji do Holandii - cz. 1 Drukuj E-mail
niedziela, 13 sierpień 2017


Opisywałem w ubiegłym roku mój rejs na Bornholm jachtem Portowiec Gdański II. To był trzeci rejs, w którym 5-osobową załogę tworzyli byli instruktorzy Szczepu ZHP im. „Szare Szeregi” w Gdańsku działającego w latach 60. i 70. przy Państwowych Szkołach Budownictwa. Byli to: Mirek, Marek, Ryszard, Marian i ja. Gdy więc w styczniu tego roku Mirek przesłał projekt rejsu dookoła Anglii z wymianą załóg, zgłosiliśmy się na odcinek Kingston (Anglia) - Amsterdam w dniach od 22 do 29 lipca.

Kingston później zostało zmienione na Grimsby. Niestety, Mirek i Marian ze względów zawodowych nie mogli uczestniczyć w rejsie. Pozostaliśmy we trójkę z Markiem i Ryśkiem. Nie jedyna to zmiana. Na kilka dni przed wylotem do Doncaster, skąd mieliśmy dotrzeć do Grimsby okazało się, że jacht nie dotrze na 22 lipca do Grimsby i będzie na nas oczekiwał w południowo-wschodniej Szkocji w Eyemouth 20 km na północ od Berwick. Nie było wyjścia. Trzeba było dostosować się do sytuacji. Niestety nie było już biletów na samolot do Edynburga, skąd mielibyśmy najbliżej do Eyemouth. Pozostało lecieć do Doncaster/Sheffield.




Robin Hood Airport w Doncaster/Sheffield.

Z Gdańska wylecieliśmy 21 lipca (piątek) o 19.35 i po dwóch godzinach byliśmy na lotnisku w Doncaster/Sheffield, gdzie mieliśmy już zamówiony hotel. Następnego dnia mieliśmy do pokonania ok. 200 km pociągiem (z przesiadką w Darlington). Ze wzruszeniem mijałem Newcastle upon Tyne. Tu w czasie drugiej wojny światowej mój wujek  ks. Alojzy Kowalkowski od wybuchu wojny do marca 1941 roku sprawował opiekę duszpasterską nad polskimi marynarzami. Podczas pobytu w Newcastle uczestniczył w Hartlepool w pogrzebie kapitana Mamerta Stankiewicza - ostatniego kapitana m/s „Piłsudski”, wygłaszając nad jego mogiłą mowę pożegnalną. Po południu dotarliśmy do Berwick i dalej autobusem do Eyemouth, już w południowo-wschodniej Szkocji. Pogoda iście angielska, zimno i deszczowo. Gdy dotarliśmy do mariny, na jachcie czekał na nas Przemek - kolejny członek załogi. To on z poprzednim skiperem przyprowadził jacht do Eyemouth. Wkrótce dotarł też Paweł, który w tym rejsie był naszym skiperem i jedynym, który pływał po różnych morzach i oceanach. Bardziej doświadczeni Marek i Przemek podczas rejsu byli sternikami, a Rysiek i ja stanowiliśmy załogę niezbędną przy wykonywaniu wszelkich manewrów, choć i nam przy dobrej pogodzie zdarzyło się stanąć za sterem.



Lokalizacja Eyemouth na tablicy informacyjnej w porcie.




Jacht przy nabrzeżu.




Wejście do portu Eyemouth podczas przypływu.



Falochron chroniący miasto przed sztormem.

Dla przypomnienia kilka informacji o jachcie. Jest to dwumasztowy jednostka klasy Olimpic 41 z ożaglowaniem typu kecz (z grotmasztem i bezanmasztem). Całkowita długość 13,15 m, szerokość 3,45 m, zanurzenie 1,8 m, silnik mercedes. Łączna podstawowa powierzchnia żagli (grot, fok, bezan) to 100 m2, ale gdyby zamiast foka postawić genuę to ok. 130 m2. My jednak pływaliśmy tylko na grocie i foku i nie stawialiśmy bezana. Jacht ma dwie kabiny z 2 kojami każda (na rufie i dziobie), centralny kokpit, mesę z kambuzem (tu także jest koja) i koję w małym pomieszczeniu przy silniku. Na tym jachcie pływałem już trzykrotnie, z czego dwa rejsy pełnomorskie na Bałtyku i jeden po zatoce, robiąc łącznie ok. 600 mil. O tych rejsach pisałem już na stronie www.kociewicy.pl. Nie mam więc wielkiego doświadczenia, ale wiedziałem, z czym muszę się liczyć podczas kolejnego rejsu.

W marinie czekała mnie pierwsza niespodzianka, jaką był widok plaż i portu podczas odpływu morza. Znałem to jedynie z filmów i zdjęć, a teraz miałem okazję zobaczyć na własne oczy. Cumowaliśmy przy pomoście na pływakach, które podnosiły się i obniżały wraz z pływami (zmianą poziomu morza). Jak mogliśmy zaobserwować, różnica poziomu morza wynosiła kilka metrów. Tego efektu na Bałtyku nie znamy, bo 5-centymetrowe pływy na nim są nieodczuwalne. Tu na Morzu Północnym widać to wyraźnie, a przeciętny czas między przypływami to ok. 12 godz. Przypływ determinował nasze wypłynięcie z mariny. Mogliśmy to zrobić tylko podczas wysokiej wody (przypływu). Najbliższy przypływ mieliśmy ok. 4.30 rano 23 lipca. Ponieważ do wieczora było jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy przejść się po miasteczku i porcie. Podczas spaceru zauważyliśmy fokę pływającą w marinie w pobliżu jachtów. Przemek, który w Eyemouth był już od środy, mówił, że foki czekają na kutry rybackie, z których rybacy rzucają im ryby. 



Marek i Rysiek na pomoście przy jachcie podczas przypływu.



Rysiek, Marek i Paweł (tyłem) w rozmowie z holenderskim żeglarzem – zwraca uwagę niskie położenie pomostów podczas odpływu (7409).



Foka w pobliżu jachtu.

Zgodnie z planem wypłynęliśmy w niedzielę 23 lipca o godz. 4.50. Przypływ dawał się początkowo we znaki, a wysoka fala utrudniała wyjście w morze, ale po odpłynięciu od brzegu morze się uspokoiło. Początkowo planowaliśmy płynąć całą noc aż do Grimsby, ale gdy po 4 godzinach rozpadał się deszcz i nie zamierzał przestać, zmieniliśmy plany i za cel obraliśmy bliższy port w Sunderland. Mając postawiony grot i fok płynęliśmy z prędkością 6-7 węzłów, ale wzmagający się wiatr zmusił nas do zrzucenia grota, a i tak prędkość nie spadła. Dla nie wtajemniczonych 1 węzeł to 1 mila morska na godzinę. Płynęliśmy wzdłuż brzegu, ale pogoda nie nastrajała do robienia zdjęć. Na wejściu do portu w Sunderland mijaliśmy dziwnie wyglądające, potężne budowle wychodzące z wody. Były to prawdopodobnie forty artyleryjskie. W domu próbowałem znaleźć więcej szczegółów na ich temat, ale bezskutecznie.



Tajemnicze budowle na wodzie.

Po przepłynięciu ok. 65 mil do mariny w Sunderland weszliśmy ok. 21.00. Szczęśliwie mogliśmy zostawić ubrania do suszenia w budynku mariny. Przed spaniem ustaliliśmy, że zgodnie z czasem przypływu do następnego portu, jakim jest Grimsby wypływamy ok. 8.00, ale plany planami, a życie toczy się swoim torem. Rano 24 lipca okazało się, że fala przybojowa ma 4 m wysokości, a wiatr wiał w kierunku brzegu z prędkością 25-30 węzłów i wypłynięcie przy mocy naszego silnika może być niemożliwe. Dopiero na wtorek zapowiadają korzystną dla nas pogodę. Postanowiliśmy więc zostać w porcie i zwiedzić trochę miasto. Zaskoczyły mnie zasady ruchu drogowego. Pasy dla pieszych stanowiły rzadkość, a na przejście trzeba było czekać, aż samochody przejadą. Żaden kierowca nie zatrzymał się. Trzeba było naprawdę uważać i najpierw obejrzeć się w prawo! Uliczki na przedmieściach to obraz znany mi z filmów, ale duże wrażenie wywarł katolicki kościół, postawiony w VII wieku, jeden z najstarszych kościołów w Anglii. Dziś to obiekt muzealny. Szkoda, że było za późno i nie można było do niego wejść. Na obiad jedliśmy naleśniki, które upiekł Paweł. Bardzo nam smakowały.



Sunderland - ja przy jachcie.



Nasz jacht w marinie podczas odpływu.




Wejście do portu i plaże Sunderland podczas odpływu.










Uliczki na przedmieściach Sunderland.




Sundarland - kościół z VII wieku.


Krzysztof Kowalkowski
Gdańsk 12.08.2017
 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!