www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 23 październik 2020
 
 
KRZYSZTOF KOWALKOWSKI. Jachtem ze Szkocji do Holandii - cz. 2 Drukuj E-mail
niedziela, 13 sierpień 2017


Z Sunderland w morze wyszliśmy 25 lipca po 3.00. Jeszcze było ciemno. Silny wiatr pozwolił na postawienie jedynie foka, choć grot na wszelki wypadek zrefowaliśmy już w porcie. Dla niewtajemniczonych zrefowanie grota to zmniejszanie jego powierzchni. Nocne wachty pełniliśmy we dwóch, przy czym sternicy po 2 godz., a Rysiek i ja po 3 godziny.
W żegludze bardzo pomocny był LOWRANCE, dzięki któremu mogliśmy zlokalizować zdecydowaną większość statków płynących w pobliżu nas. Dopiero w ciągu dnia postawiliśmy grota, ale już bez refów. Fale były spore 2-3 metrowe (a może i większe?), więc jachtem bujało w każdą stronę, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Niestety, jeśli cokolwiek pod pokładem nie było dobrze przymocowane, to na pewno zmieniło swoje miejsce. Maszt rysował na niebie elipsy, ósemki i inne figury geometryczne. Ale rejs przebiegał bez żadnych problemów, pogoda oszczędziła nam tym razem deszczu.




Z sterem Marek.



Z sterem Paweł.




Z sterem Przemek.


Do Grimsby, po przepłynięciu ok. 105 mil, dotarliśmy o 18.30. Akurat otwierano wrota śluz zabezpieczających marinę przed spadkiem poziomu wody. Wpłynęliśmy do Meridian Quay Marina, gdzie znaleźliśmy łatwe do cumowania miejsce. Po zacumowaniu czekały nas małe porządki, a dopiero po tym przyszedł czas na kolację. W ciągu dnia przy tym bujaniu nie było chętnych do przygotowania posiłku. Podczas meldowania się w marinie poinformowano nas, że w środę przewidywany jest silny wiatr wiejący z południa, a my właśnie tam mamy płynąć. Ponieważ zawsze sprawdzaliśmy prognozy pogody, zapadła decyzja, że pozostajemy w porcie. Będziemy mieli czas na zwiedzanie, ale jedynie przedmieść Grimsby i na niezbędne zakupy, m.in. butli z gazem, bo właśnie się skończył.

Zgodnie z planem w środę po śniadaniu w trójkę, Marek, Rysiek i ja, wyszliśmy do miasta, zrobiliśmy zakupy zwiedzając przy okazji przedmieścia miasta. W tej jego części - przy marinie było wiele zrujnowanych domów po przetwórniach, zakładach itp. Także sama marina była wydzielona z większego kiedyś portu. Po powrocie przestawiliśmy jacht, aby zatankować paliwo. Obiad postanowiliśmy zjeść w budynku klubowym, w którym dostępna była dla wszystkich żeglarzy świetnie wyposażona kuchnia. W roli kucharza wystąpił jak zawsze nie zastąpiony Rysiek. Po obiedzie, już w czwórkę z Przemkiem, postanowiliśmy przejść się na śluzy. Zbliżał się szczyt przypływu i pod śluzą stał już jeden z oczekujących niewielkich statków. Niestety, w drodze powrotnej niespodziewana, choć krótka, ulewa zmoczyła nas doszczętnie. Wieczorem namówiliśmy Przemka, żeby napiekł tych swoich pysznych naleśników, ale podwójną porcję, to będziemy mieli na następny dzień.
 



Nasz jacht (czarny kadłub) w marinie w Grimsby.



Polski sklep w Grimsby, w którym robiliśmy zakupy spożywcze.




Śluza na wejściu do portu.


W Grimsby po raz pierwszy zetknąłem się z książeczką zawierającą informacje o pływach Tide Tables. Podaje ona godziny i najwyższy poziom wody podczas przypływu każdego dnia. Ułatwia to bardzo planowanie rejsu.






Książeczka pływów dla portu w Grimsby.

Z Grimsby wyszliśmy w czwartek 27 lipca zgodnie z naszym planem o 7.00 rano, bo przy naszym zanurzeniu (1,80 m) był już wystarczający poziom wody, a i śluzy były już otwarte. Z mariny wypłynęliśmy na silniku pod dużą falę przypływu. Ale już wkrótce postawiliśmy grota i foka. Wiatr wiał 6-70B, a i prąd odpływowy był korzystny, więc płynęliśmy z prędkością 6-7 węzłów, a w porywach nawet 8 węzłów. Dla naszej trójki nie była to nowość, bo podczas rejsu z Kłajpedy nasza prędkość dochodziła nawet do 9-10 węzłów. Naszym celem było Wells-next-the-Sea. Początkowo płynęliśmy baksztagiem (wiatr z kierunku pomiędzy burtą a rufą), a po zmianie kursu półwiatrem. Tu okazało się, jak dobrym pomysłem były naleśniki Przemka, smakowały podwójnie. Ok. godz. 13 kolejna zmiana kursu. Niestety musieliśmy płynąć bajdewindem (niemalże pod wiatr), co znacznie zwolniło naszą dotychczas szybką żeglugę. W pewnym momencie gwałtowny szkwał zmusił nas do zrzucenia grota, ale jak się okazało, był to chwilowy atak i po pół godzinie postawiliśmy ponownie grota. Nie pomogło to wiele, bo wiatr osłabł i płynęliśmy z prędkością 1,5-2,5 węzła. Przy tej pogodzie na godzinę stanąłem za sterem. Tego dnia po raz pierwszy w życiu widziałem niemalże poziomą tęczę. Niesamowite wrażenie.



Ja za sterem.



Pozioma tęcza.


Po godz. 17 znów wiatr się wzmógł i osiągaliśmy prędkość 5-6 węzłów. Ok. 18.00 podpłynęła do nas łódź Border Force (straż graniczna). Wypytali nas co i jak i towarzyszyli nam do samego portu. Niestety nie od razu mogliśmy wpłynąć, bo poziom przypływu był jeszcze za niski. Musieliśmy przez niemalże godzinę krążyć przy boi oznaczającej początek toru wejściowego. Przed wejściem do portu na plaży przywitał nas ciąg małych domków, stojących jeden obok drugiego. Samo wejście do portu przypominało slalom, a czasem zdawało się, że można z jachtu zeskoczyć wprost na brzeg. Do mariny prowadziła nas łódź jej szefa, który pokazał nam miejsce przycumowania przy innym jachcie, co nastąpiło o 21.00. Tu czekali na nas oficerowie z Border Force. Byli bardzo sympatyczni, po wypytaniu co i jak oraz spisaniu naszych danych z dokumentów życzyli dalszego miłego żeglowania i zeszli z jachtu. Mogliśmy siąść do kolacji. Tego dnia pokonaliśmy ok. 60 mil.




Łódź Border Force.



Domki na plaży.




Wpływamy do Wells-next-the-Sea.




Port w Wells podczas odpływu, w głębi jachty na piasku.


Krzysztof Kowalkowski
Gdańsk 12.08.2017

 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!