www.mamboteam.com
 
Strona główna
czwartek, 23 listopad 2017
 
 
KRZYSZTOF BAGORSKI. XI „kaczmarski underground” - Moja kronika i refleksje Drukuj E-mail
czwartek, 02 listopad 2017

Kiedy na mojej stronie autorskiej na Facebooku, PORTRETY – PASTELE – MALARSTWO, opisywałem album ze zdjęciami z wernisażu w Wieliczce, w którym miałem wielką przyjemność wziąć udział z Pauliną Dąbrowską-Dorożyńską w ramach festiwalu "kaczmarski underground", użyłem do tego kilku bardzo ważnych liczb, które ilustrują w dużym stopniu intensywność i specyfikę tego wydarzenia.

Czyli:

Krótkie podsumowanie w liczbach.

3 dni

1350 km

20 godzin za kierownicą

17 przewiezionych obrazów

Ponad 100 kg wagi wszystkich prac

Wiele ciekawych znajomości. I przede wszystkim maraton

42 godzinny z twórczością Jacka Kaczmarskiego i tego, co z nim związane. Godziny snu symboliczne. Przynajmniej w moim przypadku, choć byli "zawodnicy" o dużej wytrzymałości.

10 godzin - licząc od północy 1 września do 6 rano, w poniedziałek 4 września dłuższego w moim przypadku z 78 godzin. Ja, z uwagi na przejechaną trasę i świadomość powrotu (trochę dłuższego, bo przez Warszawę z powodu "obrazowo towarzyskiego spotkania"), nie mogłem sobie pozwolić na szaleństwo i w okolicach 4 nad ranem kładłem się na chwilę spać.

Kiedy zostałem zaproszony przez Joannę Chwalewską i Marcina Szymańskiego z fundacji Underground, nie wiedziałem, czego się spodziewać.

Jedno było pewne. Udział w festiwalu związanym z Jackiem Kaczmarskim, a przez to dla mnie również z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim, to coś, w czym musiałem wziąć udział.

Cóż wspólnego ma to, co robię, czyli malarstwo pastelowe i portretowe z festiwalem muzycznym?

W moim przypadku bardzo dużo. Twórczość Gintrowskiego, Kaczmarskiego i Łapińskiego jest od samego początku związana z tym, co robię, aż od szkoły podstawowej, kiedy to usłyszałem pierwsze utwory "barda Solidarności" - sam Jacek nie lubił tego określenia. Krótko później była pierwsza płyta, winylowa "Litania", przywieziona przez jakiegoś marynarza z zagranicy. Aż nastał moment, kiedy poznałem Gintrowskiego jako wykonawcę utworów Kaczmarskiego i autora muzyki do wielu z nich.

Wtedy usłyszałem pierwszy raz "Autoportret Witkacego", tekst Kaczmarskiego w wyjątkowym wykonaniu Gintrowskiego. Jak opowiadałem Agnieszce Gintrowskiej, to był moment dla mnie bardzo ważny, bo zainteresowałem się Witkacym i techniką pasteli, której wierny jestem do dziś.

Tak więc poza wielkim szacunkiem dla ich twórczości, która od ponad ćwierć wieku jest ze mną, jestem też winny im wdzięczność za tę technikę, lekcje historii, historii sztuki i poezji Zbigniewa Herberta. (Przemysław Gintrowski był wielkim wielbicielem twórczości tego najwybitniejszego, również moim zdaniem, poety XX wieku w naszym kraju. Propagował jego wiersze pisząc do nich muzykę i wykonując jako utwory. Nagrał 3 płyty poświęcone w całości utworom Herberta. Moim zdaniem robił to świetnie, czuł tę poezję i potrafił swoją muzyką i głosem zrobić z tych wierszy perełki w tej muzycznej formie. Płyta „Tren”, ostatnia z herbertowskich, jest świetnym tego przykładem, nagrana z orkiestrą Polskiego Radia w muzyce monumentalnej, ale jednak pięknie współgrającej z głosem pana Przemka i słowami wierszy Zbigniewa Herberta. Sam poeta w latach 80-tych nazywał się żartobliwie „tekściarzem Gintrowskiego”. Jest w tym jednak sporo prawdy, bo choć nie pisał wierszy z myślą o ich wykonywaniu przez pieśniarza, to muzyk we wspaniały sposób potrafił znaleźć rytm współgrający z melodią utworu literackiego poety. Jest też jeszcze jeden wymiar tej „współpracy” obu artystów, a chodzi mi o popularyzację poezji wieszcza. Jestem tego przykładem, ale wiem, że nie jestem jedynym, którego kompozytor zainteresował osobą Herberta.

Dlatego też w domu rodziny Pana Przemka są moje trzy prace - portrety męża Agnieszki i ojca Julii. Jeden z tych portretów był przez 3 lata, do śmierci Gintrowskiego w 2012 roku, na froncie jego oficjalnej strony internetowej, opisany jego autografem witającym odwiedzających to miejsce. Byłem z tego powodu bardzo dumny i szczęśliwy.


Po tym długim wstępie, ale ważnym do zrozumienia wagi, jaką ma dla mnie to wydarzenie, chciałbym opisać te 3 wyjątkowe dni, które spędziłem w Krakowie i Wieliczce na początku września tego roku.

Tak jak w moim liczbowym podsumowaniu, dla mnie ten festiwal rozpoczął się kilkanaście godzin wcześniej i kilkanaście godzin po oficjalnym zakończeniu się zakończył.

Ponieważ miałem z sobą 17 niemałych prac, zmuszony byłem wybrać podróż samochodem, więc wyjechałem nad ranem 1 września. Do Wieliczki w miejsce, w którym miał odbyć się wernisaż, dotarłem krótko po godz. 13 i miałem z przyczyn organizacyjno-technicznych zaledwie niepełną godzinę na ustawienie prac.




Festiwal oficjalnie rozpoczął się o godzinie 18 koncertem w sławnej "Piwnicy pod Baranami". Od siebie dodam, że nazwa „piwnica” jest jak najbardziej adekwatna do przestrzeni, jaką tam zobaczyłem. Jednak atmosfera była wyjątkowa, co uwiarygadnia legendę i estymę, jaką cieszy się to miejsce. Zapewne Ci z Was czytających, którzy byli tam, wiedzą, o czym piszę.

Tematem przewodnim tegorocznego XI kaczmarski underground, był Włodzimierz Wysocki, wielki mistrz i wzór dla naszego tytułowego artysty, dlatego otwarcie należało do Vladimira Stockmana i Aleksandra Andrijewskiego, którzy wykonali wiele utworów Wysockiego. Wspaniali muzycy i jak się później okazało, bardzo sympatyczni koledzy pochodzący z Ukrainy, ale od 25 lat mieszkający w Krakowie artyści, których na pierwszy koncert w Piwnicy zaprosił sam Piotr Skrzynecki i namówił ich do zostania w naszym kraju.

Później wystąpili charyzmatyczni Janusz Kasprowicz i Stanisław Marinczenko. M.in. wykonali utwory Wysockiego przełożone na język polski. Również w wersji Romana Kołakowskiego, który jako tłumacz przekładał też m.in. teksty Toma Waits'a. Sam Kołakowski jest też świetnym wykonawcą.

Wtedy, po krótkiej przerwie na posiłek, czyli wyśmienity chleb ze smalcem i ogórki kiszone - które dla uczestników serwowane były w jednym z zakątków sławnej Piwnicy za sprawą Michała Długosza, piekarza i miłośnika twórczości patrona wydarzenia, na scenie pojawiła się przedostatnia wykonawczyni - Dominika Świątek z akompaniamentem Kuby Mędrzyckiego. Pięknym głosem wykonała sporo piosenek Jacka Kaczmarskiego, jak i te z repertuaru Przemysława Gintrowskiego. Mogę śmiało powiedzieć, że byłem zauroczony jej głosem i tym, w jaki sposób te utworu ponownie ożyły.

Ostatnim tego wieczoru wykonawcą był Paweł Konopacki, jeden z członków znanej szerzej grupy „Trio Łódzko - Chojnowskie”. Obok piosenek Kaczmara wykonał też własne kompozycje, które były bardzo ciekawe i w warstwie tekstowej bliskie patronowi tego festiwalu. Również próbki utworów z re-edytowanej płyty „Sny i sny”, która ma się ukazać jeszcze w tym roku.



Koncert w Piwnicy pod Baranami dobiegł końca, gdy na zegarkach było już po północy. Opuściliśmy gościnne progi sławnego lokalu i wraz z grupą osób zawędrowaliśmy na Dworzec Główny w Krakowie, skąd po krótkiej podróży znaleźliśmy się na stacji Wieliczka Park. Znajduje się tu zabytkowy, pięknie odrestaurowany dworzec, którego część jest użytkowana przez szkołę muzyczną. Tam też w jednej z sal czekały na gości prace Pauliny Dąbrowskiej-Dorożyńskiej i moje. Również tradycyjna lampka wina i poczęstunek na ciepło, gdyż jak się okazało, mimo że było już blisko godziny 1 nad ranem, to nie był jeszcze koniec tego pierwszego dnia. Z założenia jest to maraton 42-godzinny i jak powiedział mi później Marcin Szymański, wskazane jest „nietknięte łóżko” do niedzieli. Część osób mogła sobie na to pozwolić, ja niestety wiedziałem, że w niedzielę czeka mnie powrót na Kociewie, więc zmuszony byłem każdej z dwóch nocy położyć się choć na 4 godziny. Jak się później okazało, to i tak było za mało.

Ale o tym później.

Wróćmy do wernisażu.

Kiedy wszedłem do sali, zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie frekwencja, gdyż zakładałem, że godziny nocne nie są najlepszym czasem na oglądanie obrazów, szczególnie po wielogodzinnym pełnym wrażeń koncercie.

Było jednak inaczej. Publiczność dopisała, a po naszym krótkim przedstawieniu swoich prac wtopiłem się w krąg osób oglądających i fotografujących nasze prace. To zawsze miłe, bo oznacza, że podobało się to, co mogli zobaczyć goście tego nietypowego, nocnego wydarzenia.


 


Stojący w kącie sali fortepian bardzo szybko ożywił Sasza, czyli Aleksaner Andijewski, który, jak wcześniej pisałem, wraz z Vladimirem wystąpili jako pierwszy we wcześniejszym koncercie.

Sasza, mężczyzna postawny, swoim wyglądem przypominał mi Iwana Groźnego. Długie siwe spięte włosy, broda i wąsy, a do tego rysy twarzy budzące respekt. (Gdy się poznaliśmy, okazało się, że jest zgoła odwrotnie). Kiedy wcześniej, jeszcze przed koncertem zobaczyłem go przy stoliku u wejścia do Piwnicy pod Baranami pomyślałem, że to zapewne jakiś poważny artysta. W tym moje domysły okazały się więcej niż trafne.

Zagrał dla publiczności pięknie i nastrojowo, tak jak to można sobie wymarzyć do tej sytuacji. Krótko później miałem wielką przyjemność poznać obu muzyków, Vladimira również, i bardzo szybko nawiązała się między nami nić sympatii, która trwała aż do samego końca tego festiwalu, do niedzieli 3 września. Aleksander opowiadał ciekawe historie, między innym o Wołodi Wysockim, którego znał osobiście. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Kiedy wernisaż się zakończył, musiałem „ewakuować” swoje prace z powrotem do samochodu, gdyż takie było założenie tego wernisażu i techniczne możliwości późniejszego ich odebrania.

Całe towarzystwo prosto z dworca udało się do miejsca naszego zakwaterowania, a mianowicie do motelu Na Wierzynka. Tam w sali Solnej miało miejsce nieoficjalne kontynuowanie festiwalu, czyli jak to oficjalnie nazywają organizatorzy i stali bywalcy, „afterparty z prądem i bez”. Jednym słowem śpiew i granie do godzin porannych przy soczkach i pysznych przekąskach.

 

 


Było dobrze po 4.00, kiedy już nie mogłem dłużej wysiedzieć, choć niechętnie, ale położyłem się spać.

Wstałem dość wcześnie i zaraz po wspólnym śniadaniu, odbyła się Limeriada. Zabawa polegająca na pisaniu tekstów limeryków, a właściwie dopisywanie kolejnych wersów. Dwie drużyny po kilkanaście osób rywalizowały w tym konkursie. Więc i ja wciągnąłem się w tę rywalizację również, pisząc swoje propozycje wersów.. I choć na końcu nasza drużyna wygrała ilością pomysłów, to koszulki z logo imprezy otrzymali wszyscy aktywnie biorący udział w zabawie. Mogę się pochwalić, że też mam teraz taką.

Zanim dobiegło popołudnie, na terenie motelu ustawiona scena, zwana Sceną pod Hamakiem, zebrała wykonawców panelu pod tytułem „Z czego czerpać możem”.

Występ na Otwartej Scenie Sztafetowej poprowadziła Justyna Panfilewicz, a zaprezentowali się; Zuzanna Wiśniewska, Marcin Gąbka, Krzysztof Kania, Michał Kaczmarczyk i Jacek Kadis.

 

 


Kilku wykonawców zaśpiewało rzeczy własne i Jacka Kaczmarskiego, a było to przygotowanie przed wieczornym oficjalnym koncertem w Kampusie Wielickim.

Po obiedzie, który zjedliśmy w restauracji przy Zamku Żupnym, udaliśmy się na kolejny wernisaż w tej edycji zlotu, a był to zbiór prac Janusza Kaczmarskiego, ojca Jacka, artysty plastyka i wieloletniego prezesa ZAPP. Ten nieżyjący już od 8 lat malarz w swoich pracach ukazywał postacie we wnętrzu własnej pracowni, autoportrety, portrety żony.

Muszę przyznać, że zrobiły na mnie spore wrażenie. Pierwszy raz widziałem na żywo prace tego artysty i przypadły mi do gustu. Myślę, że wszystkim obecnym również.

 

 


Mieliśmy przyjemność przy tej okazji wysłuchać prelekcji i wspomnień o domu Kaczmarskich w wykonaniu Pana Jerzego Woziwodzkiego, który był przyjacielem Janusza Kaczmarskiego i całej rodziny. Również opowiedział kilka ciekawych faktów z życia młodego poety.

Kiedy zakończył się wernisaż, wszyscy udaliśmy się do Kampusu Wielickiego, gdzie już czekał na nas kolejny wykład, tym razem dotyczący Włodzimierza Wysockiego i jego życiu w ZSRR. Dr Anna Jach, i Profesor Marek Karwala prowadzili dyskusję i przedstawiali konteksty tamtych czasów w Związku Radzieckim związane z twórczością Wysockiego.

 

 

 


Oczywiście wśród głosów publiczności nie zabrakło Saszy, który zainteresował prowadzących swoimi opowieściami i spostrzeżeniami z tamtych czasów. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Jak się później wyraził nasz kolega, prezes fundacji organizującej ten festiwal, jeszcze nigdy nie musiał popędzać uczestników do następnego punktu programu – spotkanie z Zuzanną Wilczyńską - laureatką I miejsca w 3. edycji konkursu "Lekcja historii i sztuki z Jackiem Kaczmarskim". Później była kolacja w stołówce Kampusu, o czym wspominam nie bez powodu, bo związane z nią było inne ważne wydarzenie tego wieczoru. Wszystko to miało miejsce przed 21.00, kiedy rozpocząć miał się drugi duży koncert, o którym już wspomniałem wcześniej.

Chodziło o niespodziankę, którą ogłosił podczas posiłku Marcin, czymś, na co czekali i starali się przez 3 lata. A o co chodziło?

Krótko później, gdy Marcin dosiadł się do mojego stolika, powiedział lekko ściszonym głosem, że chodzi o to, że na koncercie na widowni pojawi się Zbigniew Łapiński, jedyny żyjący członek legendarnego Tria.

Kierowany impulsem zaproponowałem mu wtedy, że mógłbym w imieniu fundacji podarować mu jedną z moich prac - portretem całej trójki, na których przedstawieni są podczas koncertu.

I to był strzał w dziesiątkę.

U drzwi stołówki czekałem więc na wychodzących z kolacji uczestników i prosiłem o podpisanie się na tyle obrazu. Tak zebrawszy zdecydowaną większość autografów, portret zawędrował na scenę i na sztaludze oczekiwał na rozpoczęcie koncertu i na gościa specjalnego, o którym już w między czasie poinformowano zgromadzonych.

 


W tym momencie chciałbym krótko wspomnieć, że spotkał mnie zaszczyt i wielka radość, gdyż jeden z moich portretów Jacka Kaczmarskiego, „Ze Sceny" stał się elementem wystroju, tłem dla tego koncertu, będąc po części plakatem oficjalnie firmującym zlot podziemny fanów Jacka Kaczmarskiego. Przyznam, że w wymiarach ekranu kinowego, a taki był to format, zrobiło to na mnie olbrzymie wrażenie, gdyż nigdy wcześniej nawet nie zbliżyłem się do takich formatów moich prac.

I zaczęło się, początek koncertu prowadzonego przez Justynę Jazz Panfilewicz, która sama jest wokalistką i również wystąpiła później w tym koncercie.

Zbigniew Łapiński pojawił się na sali właściwie w momencie rozpoczęcia występów i trochę niezauważony usiadł w pierwszym rzędzie.

Jednak nasze prezesostwo, któremu nic nie umknie, wypatrzyło go i w przerwie między utworami znany "Łapa" został oficjalnie przywitany i wręczono mu obraz, o którym wspomniałem wcześniej. Był wyraźnie wzruszony. Mówił z trudem, bo kilka lat temu przeszedł wylew, a to pozostawiło ślady na jego zdrowiu. Jednak nie żałował słów i po oklaskach koncert był kontynuowany.

Wystąpili:

Justyna Panfilewicz & Cezary Mogielnicki

Robert Kasprzycki

Marcin Gąbka, Krzysztof Kania i Jacek Kadis.

Na samym końcu na scenie pojawiła się Eliza Banasik z Kubą Mędrzyckim, akompaniującym jej na klawiszach. Dziewczyna, która z twórczością Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego związana jest od dziecka. W 2003 roku wystąpiła w programie telewizyjnym "Od przedszkola do Opola" z gościnnym udziałem Jacka Kaczmarskiego.

Miała wtedy zaledwie10 lat, ale to był początek jej przygody.

Meszka w Gdańsku więc jest „naszą” dziewczyną. Kto chce, bez problemu znajdzie więcej na jej temat przeglądając internet.

Ponieważ znam jej twórczość i cenię jej wykonania nie tylko utworów „kaczmarowych”, to czekałem na pojawienie się na scenie.

Występ był świetny. Eliza to bardzo sympatyczna i utalentowana studentka prawa.


Podobnie jak dzień wcześniej, po koncercie wróciliśmy do motelu Na Wierzynka i po późnym posiłku wysłuchaliśmy relacji jednego z kolegów z jego pobytu w Australii, gdzie odwiedził miejsca, w których w swoim australijskim okresie mieszkał Jacek Kaczmarski. Opowieść barwna i humorystyczna.

After trwał więc do rana.

Niedzielne śniadanie, krótki pokaz, reportaż zrobiony na szybko przez kolegę, który uwieczniał cały Maraton profesjonalną kamerą, ostatnie rozmowy i przyszedł czas na rozstanie.

Jedyne, co mógłbym powiedzieć krytycznego o tym festiwalu, to jego długość. Jak zawsze, co dobre szybko się kończy.

Tak jak pisałem wcześniej, nie był to jednak koniec dla mnie, gdyż poza świadomością powrotu, czekała mnie jeszcze po drodze podróż do Warszawy. O tyle istotny dla tematu tej kroniki, bo dotyczący dwóch obrazów, portretów Przemysława Gintrowskiego, które z wielką radością przekazałem żonie artysty.

Agnieszka przyjęła mnie serdecznie i wraz z córką Julią poczęstowały mnie kawą, zbawienną przed czekającym mnie jeszcze odcinkiem drogi, tym bardziej że było blisko 23.00.

Po długiej i interesującej rozmowie wyruszyłem w drogę do domu, gdzie dotarłem przed godziną 5.00.

Tak skończyła się dla mnie ta wyjątkowa przygoda, która zaowocowała interesującymi nowymi znajomościami i wspaniałymi wspomnieniami.

Już szykuję się na kolejną edycję.

Udział w tym wydarzeniu jest otwarty, jedynie ograniczona liczba miejsc jest kluczowa, więc chętni muszą wykazać się refleksem w momencie otwarcia zapisów za pośrednictwem strony organizatora, Fundacji Underground.

Poza festiwalem, fundacja ma bardzo ambitne cele edukacyjne i robi to z powodzeniem, angażując w swoje projekty profesorów UJ i pokazując historię i historię sztuki, dla których Jacek Kaczmarski jest świetnym pretekstem z uwagi na poruszane przez niego tematy w jego twórczości literackiej. Chwała im za to.


Osobom zainteresowanym zapoznaniem się z działalnością Fundacji proponuję zajrzeć na stronę fundacjaunderground.pl




ZE SCENY – Jacek Kaczmarski


Wy w ciemnościach - reflektory chronią was

Oświetlając tylko scenę, na niej mnie

Jak na dłoni widać mą stężałą twarz

Gdy przez mrok próbują oczy przebić się

Mikrofony wychwytują każdy dźwięk

Mój najlżejszy oddech usłyszycie stąd

Ja przemogę sztywność zaciśniętych szczęk

Wstrzymam myśli w niekontrolowany prąd

Ja tu na krótko! Kochani - pozwolicie?

Przed wami chce naprawdę szczerze się wysilić

To dla was chwila dla mnie całe życie

Nim zniknę - niech pokrzyczę krótką chwilę

Każdy chce mieć i każdy tak czy owak ma

Tę krótką chwilę między wejściem swym i wyjściem

Każdy na jakimś instrumencie gra

Choć nie każdego oklaskuje się rzęsiście

Lecz ja - ja wiem ta krótka chwila długo trwa

Ale mam tyle drodzy mam do powiedzenia

Tylko przeszkadza mi ta za kurtyną twarz

I ciągły szept że to już koniec przedstawienia

Nie! Jeszcze trochę! Mamy czas! Bo widzicie!

Do stracenia nikt z nas nie ma nic i tyle

A więc krzyczmy krótką chwilę - całe życie

Nim znikniemy głośno krzyczmy krótką chwilę

Gwiżdże ktoś - nie mówię nic, nie było nic

Ja mikrofon mam i ja mam teraz głos

Tam za kulisami wy! Możecie iść!

Przejmuję program i prowadzę dalej go

Nie przerywać! tego co warcholi - precz!

Nie dla niego tutaj płuca w strzępy rwę

Hej akustyk! Chrypnę! Gorzej słychać mnie!

Silniej wzmacniacz! Głos mój teraz musi brzmieć!

Rozciągnąć czas! Hej wy tam w mroku - czy wierzycie

Mnie który wie jak się w epokę zmienia chwilę

Otwórzcie drzwi! I zaraz zobaczycie!

Jak marny czas co gnębił nas zostaje w tyle

Ktoś mi tutaj może powie że już charczę

Że już nie rozróżnia poszczególnych słów

Ale mnie śpiewanie jeszcze nie wystarczy

Jeśli przerwę nigdy nie zaśpiewam znów

Nowych chwytów na gitarze nie wyćwiczę

Ale starych jeszcze dość - ja się nie mylę

Całe życie krzyczę z sensem całe życie

Więc pokrzyczę póki jeszcze mam tę chwilę

Co się stało?! Czemu ten reflektor zgasł?

Kto wyłączył mikrofony mi?

Gdzie jesteście? Kto stąd wyprowadził was?

Kto zatrzasnął między nami drzwi?

Niech chociaż skończę. Bez puenty odchodzicie

A ma być śmieszna najważniejsza w wielkim stylu

I potrwać chwilę. Jedną w całym życiu

Nim zniknę niech rozśmieszę was na chwilę...

 

 


 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!