www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 15 grudzień 2017
 
 
MICHAŁ MAJEWSKI. Szachy [proza] Drukuj E-mail
poniedziałek, 20 listopad 2017

Szachy

(Michał Majewski)




Zatoka Biskajska. Wchodzimy od południa i wygląda na to, że tym razem nie będzie wielkiego rzygania. Figury na szachownicy stoją spokojnie, nawet przy tych większych przechyłach, kiedy wszystko już zaczyna pojękiwać. Góra sześć, może ciut więcej, w skali Beauforta. Jak będzie tak dalej, to za pięć dni powinniśmy stać na redzie w Gdyni. Wstałem z fotela i podszedłem do okna. Nic ciekawego. Jak to Biskaje po zachodzie słońca. Sina kipiel zmieszana z sinym nieboskłonem, z zupełnie zatartą linią horyzontu. Wróciłem na fotel, żeby dalej samotnie kontemplować szachownicę.


Wszystkie figury patrzą na mnie w niemej gotowości do walki, ale też z niemym pytaniem: „I co tam, Misiu? Będziesz miał w końcu z kim zagrać?” W mesie jest jeszcze tylko dwóch. Siedzą na kanapie przed telewizorem. Radio nadaje właśnie film z magnetowidu. „Seksmisja” ‒ już chyba po raz trzydziesty w tym rejsie. Jasiu Praktykant gapi się z wielkim przejęciem, jakby pierwszy raz to oglądał. A Chief Połomski chyba śpi, bo peruka na jego głowie wyraźnie za mocno naszła na prawe ucho, co raczej nie przystoi człowiekowi będącemu w stanie „na jawie”.


Kurwa!” ‒ nagle dolatuje z wnętrza pentry. A zaraz potem mocne trzaśnięcie drzwiami od lodówki i w mesie pojawia się potężna postać Drugiego Mechanika.

Czy tego już nikt nie potrafi dopilnować?! ‒ wrzeszczy. ‒ Sto osiem dni i dzień w dzień to samo?!

Nikt nie reaguje. Nawet Jasiu Praktykant. Takie retoryczne pytania zadawane przez zgłodniałych wachtowych już wszystkim zobojętniały.

Gdzie jest ten jebany steward? Ja go w końcu nauczę, że o tej porze w lodówce leżą tylko nocne porcje dla wachtowych. I co ja mam teraz...? Topiony serek wpierdalać?

Jasiu Praktykant nadal jest pochłonięty przez telewizor, choć widać, że od czasu do czasu coś tam przeżuwa. Chief Połomski śpi, a mi pozostaje wpatrywać się w precyzyjną intarsję szachownicy, wciąż w nadziei, że komuś zachce się zagrać.


Do wachty mam jeszcze trzy godziny i bardzo przydałby się przedtem jakiś relaks. Co to za dzień, cholera... Nie ma chętnego?

Mały rewanż? ‒ Z zamyślenia wytrącił mnie głos Doktorka. Nareszcie! Doktorek przytrzymując fajkę w zębach kryje w dłoniach dwa piony. Wylosowałem białego, więc obracamy szachownicę.

No... Wychodź waść. ‒ Doktorek trochę szelmowsko mruży oczy, jakby dając do zrozumienia, że nie da przeciwnikowi dzisiaj pograć.

Ale ja też nie jestem w ciemię bity. Zaraz go tu czymś zaskoczę. Coś nietypowego walnę, czego się nie spodziewa. Może by tak... ‒ grzebię w pamięci. O właśnie: debiut Ponzianiego! On nie lubi takich otwartych, skubaniec. Śmiało wysuwam piona na e4. Doktorek odpowiada prawidłowo, czarnym na e5. Teraz czas na białego skoczka, na f3, lecz nagle dzieje się coś dziwnego. Najpierw od strony korytarza dolatuje nietypowy hałas. Coś, jakby ktoś biegł obijając się na przemian o oba szoty. Następnie do oficerskiej mesy wpada Felek Marynarz. Kiwa się mocno na boki, jednak wcale nie w rytmie kołysania statku. Najwyraźniej jest pijany, ale także coś jeszcze. W jego oczach widać ogromne przerażenie, a wszystkie jego atletyczne mięśnie drżą, jakby ktoś je do prądu podłączył.

Doktorek! ‒ wrzeszczy. ‒ Czy jest tu Doktorek?!

Doktorek pomału wyjmuje z ust swoja brujerkę i jeszcze wolniej obraca się w fotelu.

O... Jesteś! Ratuj, bo ze mną coś się niedobrego... ‒ W wołaniu Felka Marynarza wyraźnie słychać cierpienie wszystkich chyba wariatów z Kocborowa. Jednocześnie to wystarcza, żeby obudzić Chief'a Połomskiego, który zrywa się, nazbyt gwałtownie, bo jego peruka pozostaje na oparciu kanapy.


Chief Połomski wybiega z mesy z peruką w dłoni bardzo wściekły, o czym świadczy czerwień jego łysiny, zbliżona do czerwieni w znaku armatora na kominie. Jasiu Praktykant ogląda „Seksmisję”. Doktorek wstaje z fotela i powoli zaczyna zmierzać w kierunku Felka Marynarza. Posmutniałem, bo już wiem, że nie będzie mi dane postawić konia na f3.

Co się dzieje? ‒ Doktorek syczy, bo fajkę ma znowu między zębami.

Ja... Ja... Mam... Chyba... ‒ Cała szczęka Felka Marynarza tak mocno kłapie, że nie może wydusić z siebie słowa.

Follow me. ‒ Doktorek krokiem flegmatyka rusza ku wyjściu. Felek Marynarz wlecze się za nim, jak przemarznięty kundel.


Zostałem sam w mesie. Jasiu Praktykant się nie liczy. Jest tak, jakby go nie było. Pozostała jedynie jakaś lektura w koi i może mała drzemka. Zaczynam myśleć o opuszczeniu fotela, gdy znowu wraca nadzieja. W drzwiach pokazuje się Edzio Elektryk i od razu dostrzega, że próbuję sam z sobą pograć w szachy.

Partyjkę? ‒ Edzio Elektryk też ma łeb nie od parady.

Jasne... ‒ Piony wracają na pozycje wyjściową. ‒ Już myślałem, że dzisiaj nie pogram. Zacząłem z Doktorkiem, ale coś mu wypadło.

Przez chwilę obaj milczymy. Gotujemy się do burzy mózgów.

Dopiero wylazłeś? Miałeś jakąś awarię? ‒ pytam, bo widzę roboczy uniform na Edziu Elektryku.

Co? A... Nie... Tak sobie dłubałem. Swoje sprawy.

No...? Coś ciekawego budujesz? ‒ Chwila ciszy, Edziu Elektryk

przyjmuje mój otwarty debiut. Zaczyna kombinować.

He, he... Badania naukowe przeprowadzam.

O...! To ciekawe. Rozumiem, że w swojej branży?

A nie. Wiesz... Te cholerne karaluchy mnie ciekawią. A konkretnie ich wędrówki. Dzisiaj wpadłem na genialny pomysł, jak to zaobserwować.

Znowu chwila ciszy, bo tym razem to ja koncentruję się na czarnym gońcu przeciwnika.

No i co? ‒ Udaję nieco większe zainteresowanie. Szachów i tak nic nie przebije. Zresztą po ponad stu dniach rejsu słowa Edzia Elektryka są zupełnie naturalne. Każdy próbuje sobie czymś zabić nudę i tęsknotę. A takich badaczy karaluchów na każdym statku się spotyka. Też się tym kiedyś zajmowałem. Zbierałem karaluchy do słoika i wlewałem lub wsypywałem przeróżne świństwa, żeby zbadać, jak na co zareagują. ‒ Przywiązałeś nitkę do karalucha?

Nieee... No co ty! To wszystko już było. Mam coś lepszego.

Kur...na. Zżera mnie ciekawość.

Pomalowałem kilka, wiesz. Pomalowałem kilka białą farbą. I teraz będę obserwował, gdzie się pojawią.

Aha...! ‒ czuję się z lekka rozbawiony. ‒ To musiała być ciężka i precyzyjna robótka. Nie dziwię się, że w drelich wskoczyłeś.

Znowu obu nas pochłania gra, już na dłużej. Temat „karaluchy” w zasadzie jest wyczerpany. Jestem bardzo zadowolony z układu figur na szachownicy i pomału zaczynam się przymierzać do krótkiej roszady. Czekam jeszcze na ruch Edzia Elektryka. Wtem do mesy wraca Doktorek. Wchodząc ugniata tytoń w fajce i po chwili stoi nad naszym stolikiem.

Zająłeś moje miejsce? ‒ rzuca, ale nie wiadomo w czyją stronę, bo intensywnie wpatruje się w układ figur.

I co...? ‒ podnoszę głowę. ‒ Coś poważnego?

E tam. Przestraszył się i w jakąś histerię wpadł. Zdawało mu się, że ma delirium. Musiałem go trochę uspokoić.

Ale co? Białe myszki widział?

Nie. Właśnie nie. ‒ Doktorek prostuje się, żeby lepiej zaciągnąć z fajki. Mesę wypełnia przyjemny aromat Prince Albert. ‒ Chociaż... Śmieszna sprawa. On się na wszystkie świętości zaklina, że widział białego karalucha.






 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!