www.mamboteam.com
 
Strona główna
wtorek, 18 grudzień 2018
 
 
ANTONI CHYŁA. „Zapach pierników rozchodził się po całym budynku ‘sekretarzówki’” Drukuj E-mail
czwartek, 21 grudzień 2017
3 grudnia 1938 roku pod wieczór wybrał się jak zwykle na spacer. Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że Antoniego spacery to nie tylko marsz, lecz doglądanie w lesie prac - jak zostały zrobione i jak mają się nowe nasadzenia leśne. Pracując w nadleśnictwie Woziwoda mógł obserwować gospodarkę leśną po I gradacji szkodnika strzygoni choinówki, który zaatakował duże połacie borów w latach 1922-1924.

















 Podjęte przez służbę leśną działania w postaci wycięcia zupełnego jak i prowadzenia zrębów przerębowych uszkodzonych drzewostanów oraz nowych nasadzeń powróciło życie do lasu. W latach 1931-1933 miała miejsce II gradacja strzygoni choinówki, lecz wtedy uznano, że najskuteczniejszym sposobem walki będzie grabienie ściółki w wały i opylanie drzew środkami chemicznymi.

Spacerując sam do pokonania miał zwykle kilka kilometrów, a jeśli towarzyszyła mu żona, Maria, mogło to być do 4 kilometrów. Bliższe spacery odbywał w okolicach Drewniaczek wspólnie ze znajomymi czy bratem Marianem i jego żoną. Maria często żartowała, że jest zakochany w lesie. Cóż, miała rację. Będąc synem nadleśniczego marzył o pracy w lasach. Co innego brat, Marian, który kochał wojsko i służył jako zawodowy oficer w WP. W spacerach często towarzyszył mu szorstkowłosy wyżeł Tel.

Wychodząc dzisiaj na spacer Antoni zabrał ze sobą dubeltówkę. Nawet Maria roześmiała się, że bierze ją dla towarzystwa. W ten sobotni dzień zapach pierników rozchodził się po całym budynku sekretarzówki, w kuchni Maria piekła piernik i ciastka piernikowe. Przepisy na te specjały i na inne pyszności miała zapisane w specjalnym notesie.
Po wyjściu na zewnątrz przypomniał sobie, że nie zabrał papierośnicy, którą pozostawił w kancelarii na biurku. Cofnął się po nią.
Do kancelarii wchodziło się korytarzem na wprost od drzwi wejściowych do budynku. Okno w kancelarii wychodziło na podwórze. Przechodząc podwórzem spotkał Jana, który pracował przy koniach. Ten zażartował: „To pan nadleśniczy wychodzi na polowanie pieszo?”. Antoni roześmiał się i odpowiedział: „Przecież Jan wie, że nadleśniczym jest pan inż. Stefan Myszkowski”. Jan skwitował: „Może i jeszcze jest, ale ludzie przy kościele w Czarnymlesie mówili, że ma być pan Antoni”.

Zamykając furtkę pomyślał jednak, że nic się nie utrzyma w tajemnicy, gdyż faktycznie z nowym rokiem miał objąć stanowisko nadleśniczego Drewniaczek. Idąc rozmyślał, jaki to będzie ten rok 1939. Z bratem, kapitanem Marianem, często rozmawiali o możliwości wojny, ekspansji Niemiec na Polskę. Marian doradzał Antoniemu, aby powrócił do pracy w rodzinne strony, gdyż tu nie ma nikogo bliskiego. Antoni uważał, że tu jest jego dom, praca, ma wspaniałe warunki do wykazania się jako leśnik.

Rozmyślając zauważył, że idzie drogą w kierunku leśniczówki Lasek, a chciał iść w kierunku Głuchego drogą do Osieka. Zawrócił, lecz wszedł w drogę leśną, która była w budowie, to znaczy odcinek przyszłej autostrady Warlubie - Osiek - Lubichowo - Zblewo. Prace ziemne były już na ukończeniu, to jest nasypy w miejscach obniżenia, hałdy kamienia i żwiru. Żal mu było części lasu pod tę autostradę, gdyż miejscami rosła buczyna i dębina, po prostu lepsza gleba.
Przysiadł na chwilę na pniu buka, który musiał na oko mieć gdzieś ponad metr średnicy, takie to było drzewo w buczynie. Wyjął papierośnicę z kieszeni kurtki i sięgnął po papierosa. Wkładając do kurtki obejrzał ją dokładnie jak nigdy. Wtedy uzmysłowił sobie, że ta srebrna, kunsztownie wykonana papierośnica służyła kiedyś jego teściowi Maksymilianowi Dorożalskiemu, który mu ją sprezentował na urodziny.
Starannie zgasił niedopałek papierosa, i skrzętnie go przykrył. Wstając z pnia uzmysłowił sobie, że nie załadował dubeltówki. Być może to rozmowa z Janem była tego przyczyną. Tym razem załadował dwie breneki, gdyż był przekonany, że spotka podczas obchodu dzika. Strzelał dość dobrze i nigdy nie musiał poprawiać. Dziwne, ale dziś Tel również spoważniał, szedł jak nigdy przy nodze. Zatrzymał się i pogłaskał go. Pies jeszcze bardziej przywarł do jego nogi.

Idąc nadal rozmyślał, czy faktycznie podoła obowiązkom na stanowisku nadleśniczego. Ma przecież lata pracy w nadleśnictwie Woziwoda i tam doskonale pracowało mu się z nadleśniczym inż. Konstantym Kamińskim. Kątem oka zauważył, że po prawej stronie drogi w dębinie buchtują dwa dość pokaźne dziki. Postanowił je podejść. Schodząc nasypem potrącił kamień, który staczając się narobił hałasu, gdyż ziemia zaczynała lekko przymarzać.
Popatrzał w miejsce, gdzie były dziki. Usłyszały hałas i wolno zaczęły odchodzić.
Ponownie wszedł na drogę, gdzie po lewej i prawej stronie rósł jednolity sosnowy las. Pomyślał, że faktycznie miał rację profesor ze Szkoły Edwarda Rontalera w Warszawie, który wspominał im, że spotkają się w lasach państwowych z pozostałościami tak zwanej szkoły pruskiej, gdzie las był przekształcany na jednolite lasy sosnowe.


Po kilku minutach doszli do skrzyżowania dróg Skórcz - Osie - Warlubie. Faktycznie, budowana autostrada prowadziła dużymi, prostymi odcinkami. Teraz postanowił przyspieszyć, gdyż przez te rozmyślania stracił dość dużo czasu.
Tym razem udał się na skróty w kierunku linii energetycznej biegnącej granicami nadleśnictw Lubichowo i Drewniaczki. Ta linia szła od elektrowni Gródek do Gdyni i jej celem było zasilanie miasta Gdynia, które stale się rozbudowywało. Pas, gdzie przebiegała linia wysokiego napięcia, został pozbawiony drzew i krzewów. Na tę nasłonecznioną ziemię wdzierał się wrzos, na którym w okresie zimy żerowały jelenie i sarny.

Po upływie około pół godziny doszedł do łąk przy „Brzózkach”. Zatrzymał się przy pierwszej zastawie na strudze od linii energetycznej, gdzie zszedł niżej, tak że dziki idące od „Śluzy” go po prostu nie widziały. Tel, wchodząc do strugi, napił się wody. Antoni sięgnął po papierośnicę. Chciał zapalić papierosa, lecz pies w wodzie wykonał klasyczną stójkę. Czyżby wyczuwał dziki? Tak! Po chwili na łąkę "wyjechała" wataha dzików i zabrała  się za buchtowanie dopiero co w tym roku obsianej trawami łąki. Antoni wziął na cel ostatniego wycinka. Trafił go na komorę. Świadczyło o tym typowe zrolowanie. Pozostała wataha rzuciła się do ucieczki w kierunku strugi i tu następny wycinek został położony drugą breneką.
Antoni rozładował broń i schował łuski do kieszeni kurtki. Oparł ją o zastawę. Po zdjęciu kurtki przystąpił do patroszenia dzików. Kilka lat polował i dziś dopiero miał możność wykonać dublet dzików. Ubrał się szybko i pomaszerował do drogi Wdecki Młyn - Wielki Bukowiec. Radość z ustrzelenia dzików udzieliła się również Telowi, który zaczął biegiem wykonywać wokół Antoniego kółka. Antoni dochodząc do sekretarzówki zauważył, że w wozowni pali się lampa.

Po wejściu do środka zastał Jana, który czyścił bryczkę. Antoni zapytał, co jeszcze tu robi. Dawno powinien być w domu, gdyż dzieciaki czekają. Jan odpowiedział, że pani prosiła, aby poczekał, gdyż do domu weźmie pierniki dla dzieci, a w międzyczasie wydoił krowy za panią. Pani jest dobra! Nawet poczęstowała kieliszkiem nalewki i zawsze mówi, że trzeba wypić na jedną i drugą nogę i jeszcze raz powtórzyć, i nigdy nie zapomni poczęstować papierosem! „A teraz Janie musimy jechać po dziki!” „O! To i panu Antoniemu się poszczęściło!” „No tak, ale naleweczki teraz nie będzie. Pierw jedziemy po dziki”.
Jan żwawo ruszył oporządzać konia do jazdy. Po chwili ruszyli w stronę Lasku. Wóz dość głośnio podskakiwał po zmarzniętej drodze. Dziwne, ale Tel nie biegł za nimi, pozostał w Drewniaczkach.

Jadąc wozem Antoni powiedział do Jana, że piękne są tu lasy. „A czy Jan wie, że dyrekcja toruńska ma najwyższą dochodowość lasów państwowych w Polsce.?” „Czy ma największą to nie wiem, ale w lesie się nic nie zmarnuje, bo co by robiły tartaki? Ba! W Skórczu tartak, we Wdeckim Młynie..” „I tak ma być Janie! Niemcy dosyć wyrżnęli tu drewna”.
Skończyli rozmowę o lasach, gdyż dojechali na miejsce. Załadowali dziki na wóz i udali się w drogę powrotną. Koń, czując zapach dzików, przyspieszył, aż Jan ściągał go lejcami. Po przyjeździe do sekretarzówki dziki powiesili w wozowni. Jan podczas wieszania ich stwierdził, że będzie wspaniała kiełbasa i szynki. Antoni skwitował: „Jan niedługo oceni, czy dobrze rzeźnik zrobił kiełbasy, a szynki to sam uwędzę”.

W tym czasie przyszła do nich Maria. Obejrzała dziki i powiedziała, że faktycznie dziś Antoni miał szczęście. Poprosiła ich na gorącą herbatę do kuchni. Jan się początkowo wzbraniał, ale poszedł z Antonim. W kuchni pani Stanisława, teściowa Antoniego, miała już ustawione filiżanki z herbatą i na talerzu piętrzyły się ciastka z piernika. Antoni z uśmiechem powiedział: „Janie, jak dobrze mieć dwie kobiety! Jesteś obsłużony jak król! A najważniejsze, że pani matka Stanisława jest nianią naszych kochanych synów, Leszka i Zdzisia”.
Siedząc przy stole zaczęli wszyscy wspominać swoje dzieciństwo. Jan wstał od stołu i mówił, że już idzie do domu. Antoni chciał odwieźć Jana, ale ten powiedział, że przejdzie się pieszo. Maria na odchodne wręczyła paczkę z piernikami, a Antoni powiedział, że Jan niech powie w domu, że na święta będą mieli kiełbasę i szynkę wędzoną z dzika.

Z tamtych lat pozostała nieskończona autostrada porośnięta drzewami, należąca do dyrekcji dróg. Linia energetyczna została zlikwidowana i tylko pozostał wrzos, który rośnie nadal. A najważniejsze, że pozostał notatnik pani Marii i nadal w rodzinie Tinz wypieka się według receptury babci.

PS.Gradacja, masowe występowanie szkodliwych owadów w wyniku korzystnego dla danego gatunku układu czynników ekologicznych.

Skórcz dnia 17.12.2017 rok Antoni






 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!