www.mamboteam.com
 
Strona główna
poniedziałek, 06 kwiecień 2020
 
 
Pomerania - październik Drukuj E-mail
piątek, 21 wrzesień 2007
Październikowy numer „Pomeranii” w sprzedaży już od 25 września.

2. Listy i polemiki

W lipcowo-sierpniowym numerze „Pomeranii”, w felietonie Andrzeja Grzyba „Strach ogórkowy”, można było przeczytać następujące zdania: „Jednym z następstw już widocznego gołym okiem ocieplenia klimatu jest m.in. zmniejszanie się lodowców od Patagonii do Grenlandii. Skutkiem tego globalnego topienia będzie podniesienie się poziomu wody w morzach i oceanach średnio od 0,5 do 2 m. Zmianie ulegną linie brzegowe kontynentów. Nasz Hel pewnie znowu stanie się wyspą” [podkreślenie – T.K].
Mit o Mierzei Helskiej i o Helu jako wyspie ciągle zajmuje znaczące miejsce w naszej świadomości. Skąd biorą się takie przekonania? Być może rację ma dyrektor Muzeum Ziemi Puckiej, Mirosław Kuklik, który w „Roczniku Helskim” (2000 r.) stwierdził: „Półwysep Helski od dawna wzbudzał zainteresowanie badaczy i podróżników. Ten wyizolowany, wchodzący głęboko w Zatokę Gdańską skrawek lądu, wytworzył środowisko, które zawsze fascynowało przybyszy z głębi kraju”. A z fascynacji tej rodziły się w różnych okresach rozmaite mity i półprawdy dla potrzeb szerszej społeczności. (więcej w „Pomeranii”)
Tadeusz Klajnert

4. Robert Krzywdziński, Najstarsze fajki gdańskie

Zwyczaj palenia tytoniu w fajce przywędrował do Europy z Ameryki Północnej wkrótce po odkryciu tego kontynentu przez Krzysztofa Kolumba. Prawdziwa kariera rośliny zaczęła się jednak po roku 1560, kiedy to ambasador francuski w Portugalii, Jean Nicot de Villemain (od jego nazwiska pochodzi nazwa nikotyna), przesłał jej sadzonki na dwór Katarzyny Medycejskiej. Ziele miało być środkiem przeciw migrenie, choć jego palenie zalecano również przy zwalczaniu innych, związanych przede wszystkim z depresją, schorzeń. Szkodliwość używki udowodniono dopiero w 1828 roku.
Sprowadzenie fajek do Europy przypisuje się Anglikom. Miał to uczynić Ralph Lane, gubernator Wirginii, który w 1586 roku podarował indiańską fajkę sir Walterowi Raleigh. Ten z kolei przyczynił się do spopularyzowania ich w angielskim środowisku dworskim, z którego przeniknęły do pozostałych warstw społecznych. Szybko też powstały na Wyspach pierwsze zakłady produkujące tego rodzaju przedmioty. (więcej w „Pomeranii”)


12. Leszek Szymański, Nowe dochody na pomorskiej wsi

Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa przygotowuje się do kolejnego naboru wniosków o dofinansowanie inwestycji w obrębie Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013. Zanim jednak to się stanie, warto dokonać analizy projektów przeprowadzonych w ramach Sektorowego Programu Operacyjnego (SPO) „Restrukturyzacja i modernizacja sektora żywnościowego oraz rozwój obszarów wiejskich 2004-2006”. Mam na myśli realizację i wykorzystanie środków z Działania 2.4 „Różnicowanie działalności rolniczej i zbliżonej do rolnictwa w celu zapewnienia różnorodności działań lub alternatywnych źródeł dochodów”. Jest ono bardzo zbliżone – zarówno w podobieństwie celów, jak i w zakresie zrealizowanych inwestycji – do schematu 4.1 „Tworzenie źródeł dodatkowego dochodu na obszarach wiejskich”, wdrażanego w ramach programu SAPARD. (więcej w „Pomeranii”)


14. Zbigniew Gach, Urodzony przy plaży

Leon Skelnik, jeden z pionierów polskiego rybołówstwa dalekomorskiego, urodził się w przedwojennej Gdyni jako wnuk i syn kaszubskich rybaków przybrzeżnych. Z łowienia ryb utrzymywali się jego dziadek Jan i ojciec Franciszek, ale szersze, udokumentowane dzieje gdyńskiej rodziny Skelników sięgają trzech wieków.
Prezentowany fragment przeprowadzonego przez Zbigniewa Gacha wywiadu-rzeki, który u progu 2008 roku ukaże się w wersji książkowej, dotyczy lat 1927-1939. (więcej w „Pomeranii”)

20. Edmund Szczesiak, Japończyk mówi po kaszubsku

Z języków obcych zna angielski, rosyjski, serbski, czeski. A także polski i… kaszubski. Tym ostatnim nie włada jeszcze biegle, ale bez trudu czyta teksty, a i potrafi zadziwić zdaniem wypowiedzianym z niezwykłą troską o prawidłową wymowę.
Motoki Nomachi jest Japończykiem, absolwentem uniwersytetu w Tokio. Studiował tam filologię rosyjską. Program obejmował zajęcia ze slawistyki – wykłady o języku, literaturze narodów słowiańskich. O Kaszubach i języku kaszubskim usłyszał jednak dopiero później – w Warszawie, gdzie po ukończeniu studiów w Tokio przez dwa lata pracował na Uniwersytecie Warszawskim jako lektor języka japońskiego. A jednocześnie uczęszczał na ciekawsze zajęcia na slawistyce. Profesor Janusz Siatkowski zalecił studentom lekturę fragmentów tekstu kaszubskiego zapisanego przez prof. Kazimierza Nitscha. W ten sposób Nomachi po raz pierwszy zetknął się z kaszubszczyzną. (więcej w „Pomeranii”)

21. Kazimierz Ostrowski, Sałatka borowiacka (felieton)

„Umiłowanie ziemi rodzinnej nie powinno prowadzić do mylnego patriotyzmu zaściankowego, do nienawiści innych ziem i ludów polskich, lecz przeciwnie – powinno nas jak najbardziej łączyć”. Nieprzypadkowo te słowa ks. Bernarda Sychty, badacza kultury Borów Tucholskich, umieściła Maria Ollick jako motto swej książki pt. „Maltych i grapa”.
Jest to dzieło przedziwne i arcyciekawe. Smakowity i pożywny maltych, ugotowany w jednym garnku, czyli grapie. Składniki tego posiłku wymienione są z grubsza w podtytule: „Tradycja, specjały kuchni i inne ciekawostki z Borów Tucholskich”, choć nie oddaje on różnorodności i bogactwa treści. Wszystkiego jest w tym garnku po trochu: nazwa, terytorium, przeszłość, życie i praca mieszkańców, strój, kuchnia borowiacka, kultura duchowa, folklor literacki, m. in.  przysłowia, zagadki, przyśpiewki, legendy, opowiadania – z tych zaś część w gwarze borowiackiej. Są teksty znakomitych historyków regionu – ks. Stanisława Kujota, ks. Romualda Frydrychowicza (obaj tucholacy!), są też rzeczy anonimowe, a przede wszystkim szkice etnograficzne, raczej eseje („Sacrum chleba”) samej autorki. Największe zaciekawienie, nie tylko u pań, wzbudza dział kulinarny, zatytułowany „Z pokolenia na pokolenie”, zawierający przepisy około 80 potraw, ciast, przysmaków, napojów. (więcej w „Pomeranii”)

22. Iwona Joć, Wiosłami po Zbrzycy i Brdzie

Sobota – otwarcie spływu w Sominach, małej wiosce z pięknym drewnianym kościółkiem i... sympatycznym barem. Choć było pochmurno, za to ciepło, nic nie zapowiadało trudów dnia następnego. W dobrych humorach ponad 120-osobowe towarzystwo najpierw wzięło udział w mszy świętej z kaszubską liturgią, odprawionej przez niezastąpionego ks. Romana Skwiercza, a później oglądało prowadzony przez Lecha Dutkowskiego z Gdyni pokaz udzielania pierwszej pomocy medycznej. Wieczorem zaś – przy ognisku – słuchało nieplanowanego (jakże jednak miłego, bez elektrycznej akustyki) występu kaszubskiego zespołu rockowego Wadzeboczi z Brus, który na spływ odwiózł z koncertu w Kościerzynie swoją wokalistkę. (więcej w „Pomeranii”)

26. Jarosław Kroplewski, Kaszëbi na Dniestrze

Dniestrem od Halicza do Okopów – 286 kilometrów. Zaczarowany, biedny kraj, życzliwi Ukraińcy, ślady trudnej historii. Za Hubinem, na brzegu zapamiętanej z „Ogniem i mieczem” szeroko płynącej rzeki kobiety piorą na kamieniach. Luda, w krótkich jeansach i żurnalowej bluzce chwali się, że ten kamień to ma po babce. W Trubczyniu gospodarz cepem młóci fasolę na plandece. Gdyby go tak wyjąć z tego krajobrazu i postawić na Monciaku w Sopocie, uchodziłby za turystę z Niemiec – modne szorty, top z logiem audi. Logo audi – trzy zachodzące na siebie koła – tu oznacza Trójcę Świętą i jest na prawie każdym domu.
W barze w Horoszowej poznaję Igora. Dziewiąty rok zbiera w Polsce truskawki. Mówi, że teraz przyjechał z misją załatwienia ziemi – Polak, u którego pracuje da maszyny, Igor załatwi ziemię i do spółki zaczną zarabiać na podolskich odłogach. (więcej w „Pomeranii”)


I-VIII „Najô Uczba” – dodatek do nauki języka kaszubskiego

27. Malwina Kreft, Z „Kameleonem” po Kaszubach

Dla nich sprawa przynależności do grupy regionalnej czy mniejszości narodowej nie jest kwestią kłopotliwą. Serbowie Łużyccy nie omieszkają poprawiać rozmówców, gdy ci nazywają ich Niemcami, podobnie Fryzowie, którzy nie pozwalają mówić o sobie jako o Niderlandczykach. Niemcy zamieszkali na Węgrzech czy w Danii zawsze czują się Niemcami.  My – Kaszubi jesteśmy grupą etniczną zamieszkałą na Pomorzu i to my byliśmy organizatorami tegorocznej wymiany młodzieży mniejszości narodowych i etnicznych. (więcej w „Pomeranii”)

28. Marek Adamkowicz, Królewianki z pastelu

Z rysunkami Darii Selka-Bonna po raz pierwszy zetknąłem się jakieś dziesięć lat temu. W zapuszczonym, czekającym na gruntowny remont budynku Gminnego Ośrodka Kultury w Przywidzu odbywał się wernisaż jej prac. Od tamtego czasu miała ona sporo wystaw indywidualnych i zbiorowych, jednak w mojej pamięci niezmiennie najżywsza jest ta przywidzka. Zapewne dlatego, że oglądając wielobarwne pastele poczułem, że właśnie narodziło się coś wyjątkowego.
Daria była krótko po debiucie książkowym. Jej ilustracje ozdobiły „Malowane bajki” Andrzeja Grzyba. „Ozdobiły” to dobre słowo. Subtelną grą kolorów i precyzyjną narracją zdawały się dopowiadać tekst literacki. Przedstawianie świata nierealnego szybko stało się znakiem rozpoznawczym artystki, której przygoda ze sztuką nie ma w sobie nic z przypadkowości. (więcej w „Pomeranii”)

29. Artur Jabłoński, Wielki książę gdańsko-kaszubski

„Rada Miasta Gdańska akceptuje ideę upamiętnienia księcia Świętopełka II, poprzez wzniesienie pomnika na skwerze pomiędzy ulicą Szeroką, a Groblą II w Gdańsku” – zapisano w uchwale przyjętej 30 sierpnia tego roku przez gdańskich rajców. Na tę wiadomość Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie czekało ponad 30 lat! Wreszcie jest w Gdańsku miejsce na pomnik jednego z ojców potęgi grodu nad Motławą i bez wątpienia jednego z najwybitniejszych władców gdańsko-kaszubskich, który poprzez skuteczną walkę i zręczną dyplomację potrafił zjednoczyć całe księstwo i utrwalić jego granice.
Zrzeszeniowa idea upamiętnienia Świętopełka zyskała w ostatnim czasie ważnych sojuszników w osobach wojewody pomorskiego Piotra Karczewskiego, wiceministra kultury Jarosława Sellina, przewodniczącego sejmiku województwa pomorskiego Brunona Synaka i prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Ten ostatni nie tylko poparł nasze starania przed Radą Miasta, ale również zobowiązał się do pomocy merytorycznej przy realizacji projektu oraz do urządzenia terenu, na którym stanie pomnik. (więcej w „Pomeranii”)

30. Maciej Dęboróg-Bylczyński, Nutami zamiast słów…

„Gdy po czterdziestu latach spoglądam na dorobek obecnej Akademii Muzycznej w Gdańsku, przedstawia się on imponująco. Większość stanowisk muzycznych na Wybrzeżu zajmują jej absolwenci. Działa szkolnictwo muzyczne wszelkich stopni, Filharmonia, teatr operowy, operetkowy, zespoły kameralne, rośnie ilość muzycznych wydawnictw naukowych. Właściwie cały rozwój życia muzycznego w Trójmieście zależy od tej uczelni” – pisał przed laty były rektor AM, prof. Stefan Śledziński („Ruch Muzyczny”, 1985, nr 6). Jednakże nie zawsze tak było. Doprawdy imponującą pracę wykonali twórcy życia muzycznego na Wybrzeżu.
W ponadtysiącletnich dziejach grodu nad Motławą sztuka muzyczna zawsze zajmowała poczesne miejsce. Bogate, patrycjuszowskie miasto portowe potrafiło pozyskiwać sobie wybitnych ludzi danych epok. Nie dziwi więc fakt, że w 1929 roku Polskie Towarzystwo Muzyczne zainaugurowało działalność Polskiego Konserwatorium Muzycznego w Wolnym Mieście – kolejnym (w 1934 r.) jego dyrektorem został wybitny wiolonczelista Kazimierz Wiłkomirski. (więcej w „Pomeranii”)

32. Maria Roszak, Dziad Świat
Wiéta, kogo żam niédawno wjidziała jak żam sia szwendała nad jezioram i szwóndrała za śladami jesieni? Nié uwierzyta, ale żam spotkała Dziada Świata! Zara żam poznała, że to je on, bo to je taki brodila i langiewicz, że cianżko sia nié skapnónć! Wéw téj krużowatéj brodzie mu sia gnieżdżó ptaszki i różne robactwo – pajónki, liszki, pendróny, morówki, koćmugi, marjanny i insza gadzina. Na krymie mu jaglija rośnie i małe pepelki, a pod nimi muchoraje i pępki. Za uszami kwitnó Dziadowi knafelki, ochwatniki i zielska inszego tyla, że tych uszów to nié idzie wylukać. W gambie okunie, bufóny, piastoguły i mutki jak wéw pełu jakimś czy dzie. Kele bani lejtajó pocierzpicielki, no bo tam gniazdka majó kukawki, pleszki i Bóg jedan wié, co eszcze. (więcej w „Pomeranii”)

33. Andrzej Grzyb, U fryzjera (felieton)

Jak to zazwyczaj raz w miesiącu czynię, poszedłem do fryzjera. A raczej do fryzjerki, bo o mężczyznę w tym zawodzie trudno. Moje szczęście, że zajęta kolorowaniem pasemek zgrabna panna nie pojechała do Irlandii. Czekając na swoją kolej, wziąłem do ręki fachowe pismo – bardziej dla strzygących, niż strzyżonych. Z udawanym zapałem przekładałem sztywne od lakieru kartki, puszczając miedzy uszy uwagi „pasemkowanej” pani, wygłaszane spod suszarki gorącym głosem, oplecionym szumem i poświstem uniemożliwiającym nagranie, o wstydzie i śmieszności, chamstwie i głupocie, o taśmach i stenogramach, seksie i impotencji, hakach i odwracaniu kota ogonem, a także o zawracaniu kijem Wisły. „A kto to, psze panią, zrozumie, ogarnie, poukłada sobie? No kto? Chyba że pacjent w wariatkowie, Normalny nie ma szans, psze pani, a reszta to układ i krąg podejrzeń”. I dalej o politykach, partiach, Sejmie, tym draniu – mężu sąsiadki i cudownej diecie odchudzającej. (więcej w „Pomeranii”)

34. Lidija Gačnik-Gombač, Wniebowzacé

Na smugu leżała krowa. Chłopi w biôłëch przedpapnikach narzënalë ja nożama. Od gwiôzd rozkoscérzôł sa modrawi wid i zarzëcôł obleczënk nierealnotë.
Stojała po drëdżi starnie spiku i wzérała na race uczapóné krëwią; w jedny grëpie flaka i grużelczi błocëszcza. Grëbé pôlce grzebałë bënë i wëjałë serce. Łeb zrëszôł sa, otemkła mątné oczë i zaczała rëkac. Téż pozdze, czedë odkrëło ji sa ruchno, czëc bëło grëbé fëflowaté głosë, dochôdającé z jaczégos jinégo swiata.
Na smugu leżi białka z rozkraczonyma nogama. Podéńdze blëżi i rozpoznôwô w ni sebie. Narzënają brzëch i wëcygają stolemny dzecuszko.
Na kożdą starna zwisywô sparłaczonô skóra, leżi w szlëku i krëwie. Przerzënają zakrëwawiony zesziwk i dôwają ji dzecuszko do piersë. Je tak wiôldżi, że z biédą oddichô pod jego wôgą. Chcëwo cëcô ji piersë i corôz barżi stôwô sa nadati. W brzëch wcësnalë pinceta. Dzecuszko sa rozriwô. (więcej w „Pomeranii”)

35. Jerzy Dąbrowa-Januszewski, Szklane refleksje (felieton)

Nieco udziwniony jest tytuł tej opowieści, chwilami nostalgicznej jak przypomnienie o Żeromskiego szklanych domach, momentami trącającej „szkiełkiem i okiem”, wreszcie przypadkowością – jak życie. Był lipiec 30 lat temu, gdy córkę zawiozłem do Lęborka na harcerską zbiórkę. Podekscytowana ośmiolatka co chwila zaglądała do plecaka sprawdzając, czy zabrała wszystko; „No bo w tej Szklanej Hucie może nie być sklepu, może tam tylko namioty i plaża?!”.
Obóz w opiniach córki okazał się rewelacyjny, a ja do dzisiaj nie dotarłem do tej nadmorskiej Szklanej Huty, mimo że przez te wszystkie lata wielokrotnie przejeżdżałem przez Choczewo, a i hut na Kaszubach nawiedziłem kilkadziesiąt. O tamtej, Szklanej, przypomniałem sobie dwukrotnie: mijając również tak nazwaną wioskę na południe od Lipusza oraz w ubiegłym roku, biorąc do ręki zbiór opowiadań „Szklana Huta”, napisanych przez modnego i zdolnego słupskiego pisarza młodego pokolenia – Daniela Odiję. W miejscowości Letniewo znajduje się ulica Szklana Huta 34. Autor snuje opowieść o Niemcu-bankrucie, postaci niezwykłej, uduchowionej, naznaczonej „piętnem miejsca”. (więcej w „Pomeranii”)

36. Teresa Thiel-Kubacka, Nauczyciel i uczennica

Były lata 60., gdy brałam udział w szkolnych konkursach literackich, którym patronował Związek Literatów Polskich – Oddział Gdański. Na poziomie szkoły, a chodzi o Liceum Ogólnokształcące w Sztumie, pisarskie zmagania przygotowywał działający w niej Związek Młodzieży Socjalistycznej, chociaż trzeba przyznać, że nie stwarzał on żadnych ograniczeń tematycznych czy ideologicznych. Dyrektor placówki, zwykłe trzymający wszystko krótko w swoich rękach, tym razem nie interesował się przebiegiem konkursu. Nie pamiętam też, aby moja polonistka akurat w tej sprawie mnie wspierała.
Pozostawiono nam zatem zupełną swobodę, co teraz wspominam z niejakim zdziwieniem, ale przecież ówczesna, ogólna atmosfera była taka, że rewolty nie musiano się obawiać. Wszystko w zakresie swobody wypowiedzi i tak było jakoś skanalizowane, nawet my, młodzi, bez tłumaczenia doskonale wiedzieliśmy, co jest dopuszczalne. (więcej w „Pomeranii”)

38. Lektury

42. Pożegnania

Tego lata kultura pomorska poniosła dwie niepowetowane straty. Z grona żywych odeszli Jan Właśniewski oraz Roman Landowski. Każdy z nich na trwałe wpisał się w krajobraz regionu, uczynił wiele, by Pomorze duchowo ubogacić. (więcej w „Pomeranii”)

43. Tomasz Żuroch-Piechowski, Pan Kociewie nie żyje (felieton)

Niektórzy ludzie są obecni wśród nas tak długo, że w pewnym momencie zaczyna nam się zdawać, iż są niezniszczalni. Jedną z takich „stale obecnych” postaci był dla mnie Roman Landowski – człowiek renesansu, poeta, pisarz, edytor, redaktor… Napisać o nim, że był miłośnikiem Tczewa i Kociewia, to tak jakby nic nie napisać. Pan Redaktor, gdyby nie przeszkadzała mu w tym wrodzona skromność, mógłby powiedzieć „Kociewie to ja” – od urodzenia po ostatnie dni życia był zakochany w tym regionie. Swoją miłością potrafił zarażać innych. Myślę, że i ja sporo mu zawdzięczam.
Ukazanie się pierwszego numeru „Kociewskiego Magazynu Regionalnego” w roku 1986 wywołało spory szok wśród osób interesujących się nie tylko wielką historią. Było to bowiem pierwsze czasopismo, które opowiadało dzieje miejsc dobrze znanych – ulic, po których chodziliśmy, widzianych za oknem miejscowości i rodzin, z którymi często w jakiś sposób los nas złączył. (więcej w „Pomeranii”)

44. Klëka

46. Z życia Zrzeszenia

50. Informator regionalny

52. Rómk Drzeżdżónk, Gôrsc stolemnëch udbów (felieton)

Chto to są stolemë, wiera leno nôstarszi a uczałi Kaszëbi wiedzą. Ze strzédnym pokolenim a tima nômłodszima może bëc kąsk gorzi. Jima o tëch wiôlgoludach doma nicht bôjków wieczorama kol piécka nie opowiôdôł, w telewizje jejich na dobranocka nie pokazywalë, a w szkole le ny wszechpolsczi Wërwidąb i Waligóra bëlë przëtomny. Në może jesz ti, co sa kaszëbsczima sprawama baro jinteresëją, a dzecë jaczé terô na lekcje kaszëbsczégo chodzą, cos bë o stolemach rzeklë. Szkoda, bo stolemë to nasz rodny a osoblëwi skôrb, jaczi wôrt je z zemi na wid dnia wëdobëc…
A może bë tak z Unie (gôdają, że ona dôwô kożdému, chto baro prosy) stolemnégo dëtka wzyc wëcygnąc a kupic fëst sztëk zemi pod wiôlgą górą? W ny górze wëbudowac, jak to stolemë w zwëku mielë, stolemné chëcze, do jaczich bë sa bez stolemné, wikszé jak do stodołë, dwiérze wchôdało. W chëczach stolemné jizbë bë bëłë pëszno zrëchtowóné. W nëch stolemné méble postawióné, stołë do chtërnëch człowiek nawetka na pôlcach stojącë ni mógł bë dosygnąc, stółczi na jaczé cażko bëło bë sa wdrapac, łóżko gasą pierzëną, jak góra wiôlgą poscéloné, do jaczégo bë muszôł po drôbce wchadac, szafa w jaczi bë piacdzesąt sztëk lëdzy zamkł, łóżeczko dlô stolemowégo dzecka, w chtërnym bë sa dwasta niemowlôków zmiescëło, a jesz bë sa mogłë w nim gonic. (więcej w „Pomeranii”)















 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!