www.mamboteam.com
 
Strona główna
piątek, 24 listopad 2017
 
 
POMERANIA - grudzień Drukuj E-mail
poniedziałek, 19 listopad 2007
Grudniowy numer „Pomeranii” w sprzedaży już od 28 listopada.

3. Zbigniew Kordalski, Dorota Kaulbarsz, Mirosław Lidzbarski, Szymon Uścinowicz, Klimat zmienia się na naszych oczach

Coraz częściej uświadamiamy sobie, że jesteśmy świadkami zachodzących zmian klimatycznych. Globalne ocieplenie, które prowadzi do topnienia lodowców, podnoszenia się poziomu mórz i oceanów, a także prawdopodobnie do zwiększenia częstotliwości występowania zjawisk ekstremalnych, jak sztormy, powodzie, susze, huragany czy fale gorąca, jest faktem. Zjawiska te wywołują zrozumiałe zainteresowanie opinii publicznej oraz są przedmiotem rozważań naukowych.
Zdecydowana większość badaczy uważa, że powodem zmian klimatycznych jest, obok przyczyn naturalnych, rosnące w atmosferze stężenie wiążących ciepło gazów cieplarnianych, spowodowane działalnością człowieka. Naukowcy z całego świata przewidują negatywne skutki tych zmian dla zrównoważonego rozwoju państw i regionów. (więcej w „Pomeranii”)

8. Iwona Joć, Elektrownie z wodnymi tradycjami (rozmowa z Andrzejem Tersą, prezesem Energi – Zakładu Elektrowni Wodnych w Straszynie)

– Zakład Elektrowni Wodnych to przedsiębiorstwo, jak mówi nazwa, energetyki wodnej, jednej z trzech głównych obszarów działalności energetyki zawodowej. Są to: wytwarzanie, dystrybucja i obrót energią elektryczną. Grupa ENERGA prowadzi działalność we wszystkich tych dziedzinach. Na wytwarzanie składają się elektrownie konwencjonalne – elektrociepłownie w Ostrołęce, Elblągu i Kaliszu oraz elektrownie wodne. Zakład Elektrowni Wodnych jest największym wytwórcą energii odnawialnej (taką jest ta uzyskiwana z wody) w Grupie. Pozostałe to podobne przedsiębiorstwa w Koszalinie, Słupsku, Elblągu i Olsztynie. Nasz zakład wyróżnia się tym, że eksploatuje największą w kraju przepływową elektrownię wodną – we Włocławku na Wiśle. Ponadto elektrownię szczytowo-pompową w Żydowie, w województwie zachodniopomorskim. Jesteśmy bodaj największym tego typu przedsiębiorstwem w kraju. Wytwarzamy ponad 30 % krajowej energii elektrycznej powstającej w elektrowniach wodnych. (więcej w „Pomeranii”)

11. Grzegorz Gola, Kraina wiatraków powraca

Żuławy delty Wisły to kraina, gdzie chmury i pędzący je wiatr znajdują się bardzo blisko człowieka – tuż nad horyzontem. Najbardziej znane ludziom części świata – góra i dół, niebo i ziemia – stykają się w tym miejscu ze sobą poziomo, nieomal powierzchniowo. Jednym ze sposobów świadomego i bardzo praktycznego oswajania przestrzeni, rozległych płaszczyzn łąk i pól urodzajnej żuławskiej gleby, była tutaj od dawna budowa wiatraków.  Dla wtajemniczonych do dziś ma to wręcz magiczno-religijny charakter – prawdziwy cud zamiany groźnych żywiołów w dobry wiatr i dobrą wodę. Po stuleciach wytrwałej pracy wiatraki odwadniające odeszły. Były dumą i chwałą delty Wisły. Zginęli nasi wspólnicy w dziele budowy Żuław.
Wiatraki towarzyszyły ludzkości od wieków. Służyły najczęściej do mielenia ziarna, ale też do przepompowywania wody. Ze stulecia na stulecie doskonalono techniki budowy i zakres wykorzystywania tych wspaniałych urządzeń techniki. (więcej w „Pomeranii”)

13. Tomasz Żuroch-Piechowski, Autonomia dla wszystkich! (felieton)

W listopadowej „Pomeranii” napisałem, że jestem antyrządowy i zamierzam trwać w tym postanowieniu, dopóki jakiś Kaszuba nie zostanie premierem. No i wykrakałem! Nie dość, że mamy rząd polski polany kaszubskim lukrem, to macierzysta redakcja dorobiła się własnego przedstawiciela w Senacie RP, do czego i ja skromny krzyżyk przyłożyłem, a licząc z rodziną, było tych krzyżyków znacznie więcej. Senatorowi Andrzejowi Grzybowi, koledze po piórze i klawiaturze, składam niniejszym pśankne gratulacje z Tczewa – zimowej stolicy Kociewia (letnia jest w Starogardzie) i życzę wiele zdrowia, które przyda się zwłaszcza po azjatyckiej, pardon – warszawskiej stronie Wisły.
Po ostatnich wyborach Polska zdaje się krajem nieco mniej dusznym. Po raz pierwszy od bodaj sześciu lat nie wertuję atlasu. Już mnie nie kuszą Fairbanks na Alasce, Wyspy Cooka na Pacyfiku czy Milwaukee w stanie Wisconsin, gdzie przed stu laty z okładem moja kaszubska praciotka Leokadia Hoffmann z domu von Piechowski szukała swojej Arkadii. Już nie dla mnie terminal lotniska we Frankfurcie, zlewozmywak w Derby, malowanie ścian w Andaluzji i podcieranie tyłków francuskim emerytom. Zostaję! Nie wiem jak długo w tej decyzji wytrwam – to zależy od rządu, który popieram zgodnie z rozumem, sumieniem i sercem, prosząc jednocześnie, by premier Tusk nie przestraszył się własnych marzeń, bo to i nasze marzenia! (więcej w „Pomeranii”)

14. Artur Jabłoński, Wspólny trud

Na XVI Zjeździe Delegatów Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego swój program działania ująłem w trzech priorytetach: 1. kształtowanie tożsamości zbiorowej Kaszubów i Pomorzan; 2. współpraca z samorządami; 3. wzmacnianie struktur Zrzeszenia, w tym Biura ZG ZKP. Mówiłem też, że zadań tych nie będę w stanie realizować bez pomocy wszystkich zrzeszonych i wyraziłem nadzieję, że jesteśmy zdolni do podjęcia takiego wspólnotowego wysiłku. Po trzech latach wiem, że się nie pomyliłem.
Dziesiątki, może nawet setki osób uczestniczyło w tworzeniu „Strategii ochrony i rozwoju języka i kultury kaszubskiej”. Za tę wielomiesięczną pracę dziękuję, bo otrzymaliśmy dokument, który wyznaczył nam kierunki działania na wiele lat i pozwolił powołać do życia Radę Języka Kaszubskiego! (więcej w „Pomeranii”)

16. Zbigniew Gach, Starszy marynarz

– (...) U progu 1946 roku, dzięki swej kuzynce Joannie Skelnik, poznałem szwedzkiego oficera-lekarza, który przyjechał do Gdyni z misją humanitarną. Pogawędziłem z nim po norwesku i 8 lutego 1946 roku zamustrowałem na wyczarterowany przez Polskę parowiec „Ragne”. Był to statek mogący przewozić w kabinach stu pięćdziesięciu pasażerów, a w ładowniach pięćset ton ładunku. Pływałem na nim przez trzy miesiące jako jedyny Polak wśród szwedzkiej załogi. (więcej w „Pomeranii”)

20. Teresa Ciesielska, Spotkania z polską emigracją

W numerze lipcowo-sierpniowym „Pomeranii” opublikowałam artykuł o „łączniczce z Kanady”, Ewie z Ponińskich Konopackiej. Zamierzając wyjechać w tym roku do Stanów Zjednoczonych i Kanady, postanowiłam – wraz z synem, bo taki był ostateczny, wielokrotnie zmieniany skład rodzinnej eskapady – większy nacisk położyć na zwiedzanie Kanady niż Stanów. Po pierwsze, ze względu na li tylko jednorazową wizę kanadyjską, po drugie, iż celem głównym podjętej wyprawy było odwiedzenie cmentarzy w Toronto, gdzie są pochowani członkowie naszej rodziny, po trzecie zaś, że państwo Konopaccy bardzo serdecznie zaprosili nas do siebie, do Ottawy, co ostatecznie zadecydowało o kierunku podróży, początkowo mającej sięgnąć na północy tylko do Toronto i jego okolicy.
Zatrzymawszy się początkowo w Copley (hrabstwo Akron w amerykańskim stanie Ohio), w domu mej kuzynki, z którą serdeczne więzy łączą nas od lat (teraz mieliśmy możność poznać jej przeuroczego męża, Włocha), na trzeci dzień od przybycia, wypożyczyliśmy samochód, by wyruszyć w naszą „podróż życia”. Nie zdawałam sobie początkowo sprawy, że stanie się ona takim przeglądem polskiej emigracji w Stanach i Kanadzie, żyjącej i już odeszłej. Wkrótce bowiem – zatrzymawszy się po drodze w Niagara Falls, aby obejrzeć słynny wodospad – znaleźliśmy się w Toronto, w przyjaznym domu małżeństwa, które przybyło do Kanady jako tzw. emigracja solidarnościowa, wygnana z Polski przeżytymi represjami – z koniecznością wieloletniego ukrywania się i więzieniem. Ci ludzie – aktywni zawodowo – tu spędzają swoje życie, tu rodzą i wychowują swoje dzieci, z troską głęboką obserwując to, co w Polsce się dzieje i starając się swym patriotycznym zaangażowaniem, jak i badaniami naukowymi dopomagać tak tym, którzy tam mieszkają, jak i pośrednio ojczyźnie. (więcej w „Pomeranii”)

23. Kazimierz Ostrowski, „Etosowcom” – stop! (felieton)
(...) Oszczerstwa nie zasługują na polemikę, lecz oszczercy w żadnym razie nie powinni pozostać bezkarni. Tymczasem przekonanie o bezkarności niebywale rozzuchwaliło niejednego zapiekłego tropiciela kaszubskiego pandemonium. Publikowane w rozmaitych pismach tzw. narodowo-katolickich kłamstwa nie spotkały się bowiem z należną odprawą ze strony szkalowanej organizacji, bądź znieważanych osób. Szczególną aktywność, pod pozorem odkrywania „prawdziwej historii Pomorza”, przejawiają ludzie skupieni w Zespole ds. Upamiętnienia Etosu TOW „Gryf Pomorski” , na czele ze Stanisławem Ucińskim i Romanem Dambkiem. Od kilku już lat ogłaszają oni artykuły i broszury na temat konspiracji w latach wojny, prezentując własną interpretację wydarzeń historycznych, przy okazji rzucając pozbawione dowodów kalumnie na uznanych działaczy podziemia.. Nadzwyczajnie przyjazny klimat znaleźli „etosowcy” w dwutygodniku „W Rodzinie”, wydawanym w Chojnicach przez Stowarzyszenie Rodzin Katolickich, na którego łamach – zapewne w imię ewangelicznej miłości – prowadzona jest konsekwentna akcja rozpowszechniania nowej wersji historii i cynicznego deptania czci ludzi, których imiona są synonimami patriotyzmu. (więcej w „Pomeranii”)

24. Daniel Kalinowski, Wielkie Pomorze w Słupsku

Od początku lat 90. ubiegłego wieku zaobserwować można ponowne odkrywanie fenomenu kulturowego Pomorza. Dotyczy to nie tylko przewartościowania tego, co wydarzyło się niegdyś, ale również tego, co na nim istnieje obecnie i co stać się może w przyszłości. W spojrzeniu na pomorską rzeczywistość szczególna rola przypada środowiskom akademickim, które mając przygotowanie merytoryczne i możliwości organizacyjne mogą prowadzić wnikliwe badania naukowe i ogłaszać ich wyniki.
Międzynarodowe Konfrontacje Kulturowe „Wielkie Pomorze – mit i literatura” powstały jako wynik pomorzoznawczych zainteresowań pracowników naukowych Akademii Pomorskiej (AP). Pomysłodawczynią i organizatorką przedsięwzięcia była dr Adela Kuik-Kalinowska z Instytutu Polonistyki AP, która do realizacji projektu zaprosiła przedstawicieli środowiska naukowego z Akademii Pomorskiej, Uniwersytetu Gdańskiego (UG), Instytutu Kaszubskiego (IK) w Gdańsku oraz gości z Uniwersytetu w Heidelbergu i Związku Dawnych Mieszkańców Ziemi Słupskiej. Udział w sesji zaproponowano również słupskiemu Urzędowi Miejskiemu, Muzeum Pomorza Środkowego (MPŚ) oraz Słupskiemu Ośrodkowi Kultury (Teatr „Rondo”). Honorowym patronatem objął przedsięwzięcie prezydent Słupska – Maciej Kobyliński.
Konfrontacje były połączeniem sympozjum naukowego z przedsięwzięciem artystycznym, wpisując się zarazem w działania zgodne z priorytetem Komisji Europejskiej na 2007 roku pod nazwą „Przygotowania do Roku 2008 – Europejskiego Roku Dialogu Interkulturowego”. (więcej w „Pomeranii”)

26. Bogumiła Cirocka, Setne urodziny Jana Trepczyka

„Wspomnienie o Janie Trepczyku w setną rocznicę jego urodzin” – tak zatytułowano spotkanie z Edmundem Kamińskim, które odbyło się 24 października 2007 roku w Ośrodku Kultury Kaszubsko-Pomorskiej w Gdyni. Szczegółowo omówił on (w porządku chronologicznym) biografię Jubilata, pięknie przeczytał kilka jego utworów i odtworzył taśmy, na których nagrał niegdyś głos poety Trepczyka czytającego swoje wiersze, pieśniarza Trepczyka śpiewającego z żoną Leokadią napisane i skomponowane przez siebie pieśni i oratora Trepczyka przemawiającego w dniu koronacji Matki Boskiej Sianowskiej.
Kim jeszcze był Jan Trepczyk? Nauczycielem (w Kartuzach, Miszewie, wielkopolskim Rogoźnie, dokąd został karnie przeniesiony, w Tłukawach i, po wojnie, w Wejherowie); działaczem i ideologiem kaszubskim (założycielem Zrzeszenia Regionalnego Kaszubów, które początkowo miało być Zrzeszeniem Regionalnym Nauczycieli Kaszubów, i jednym ze współzałożycieli Zrzeszenia Kaszubskiego oraz Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej); dziennikarzem i wydawcą (m.in. był założycielem czasopisma „Zrzesz Kaszëbskô”); leksykografem (autorem jedynego dotychczas Słownika polsko-kaszubskiego); twórcą i kierownikiem zespołów śpiewaczych; kasjerem; żołnierzem Wehrmachtu; ojcem szóstki dzieci (których matką jest śp. Aniela, z domu Rompska) i ojczymem siódmego dziecka – Zofii (córki swojej drugiej żony, Leokadii, primo voto Czajowej). O tym wszystkim i nie tylko o tym opowiedział nam w Gdyni z właściwą sobie swadą, po kaszubsku i po polsku, mąż pasierbicy Trepczyka, Edmund Kamiński. (więcej w „Pomeranii”)

26. Marek Adamkowicz, Rocznica (prawie) niezauważona (rozmowa z Edmundem Kamińskim)

– Mester Jan był osobą o wszechstronnych zainteresowaniach, więc zapewne to, co po nim zostało też jest zróżnicowane.
– Istotnie. Zbiór składa się z wierszy, pieśni, dokumentów dotyczących społecznej i zawodowej działalności Trepczyka. Ponadto są pamiątki z lat szkolnych, między innymi zeszyty, skądinąd zdradzające sumienność młodego Jana. Na przykład w zeszycie do biologii widać z jaką starannością wykonywał on rysunki. Jest to o tyle interesujące, że Trepczyk jest zupełnie nieznany jako plastyk, a przecież pozostawił po sobie trzy obrazy i wiele okazjonalnych szkiców, ilustracji. (więcej w „Pomeranii”)

28. Karolina Serkowska, Chwalił ziemię nie tylko modlitwą

Był utalentowany, a przy tym bardzo skromny. Wydawał się skryty, nieśmiały, a jednak szybko nawiązywał kontakty z ludźmi. Swoje życie poświęcił Bogu i Kaszubom. Jest autorytetem dla wielu z nas.
Mowa o ks. Bernardzie Sychcie, twórcy m.in. monumentalnego „Słownika gwar kaszubskich na tle kultury ludowej”. W związku ogłoszeniem – z okazji setnej rocznicy urodzin duchownego – roku 2007 Rokiem Sychty mogliśmy, w różnych miejscach, poznać szczegóły niezwykle bogatego życiorysu tego uczonego rodem z Puzdrowa w gminie Sierakowice. O podzielenie się wspomnieniami na jego temat oddział Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Kartuzach poprosił poetę, ks. prof. Jana Walkusza z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Spotkanie odbyło się w przedostatni wtorek września w kartuskiej czytelni.
Jak się okazuje, życie pisarza wypełnione było wieloma nieoczekiwanymi zdarzeniami, a i on sam niejednokrotnie zaskakiwał. (więcej w „Pomeranii”)

29. (ij), Kaszëbą béł mój ojc i stark

11 listopada był w Sierakowicach nie tylko Świętem Niepodległości i dniem pamięci o patronie głównej parafii – św. Marcinie. Tego dnia oficjalnie uwieńczone też zostały w gminie obchody Roku ks. Bernarda Sychty. Te trzy okazje były powodem zaproszenia na uroczystą mszę św. ks. bp. Jana Bernarda Szlagi, który po nabożeństwie poświęcił na pobliskim cmentarzu, w odrestaurowanej kaplicy rodu Łaszewskich (niegdysiejszych właścicieli sierakowickich ziem), tablicę pamięci kapłana rodem z niedalekiego Puzdrowa oraz dwie inne, poświęcone zamordowanemu w 1940 roku w Sachenhausem ks. Bernardowi Antoniemu Łosińskiemu oraz ks. Tadeuszowi Klanowi, w latach 1983-1992 proboszczowi parafii i dziekanowi. Pierwszą z nich ufundowali członkowie sierakowickiego oddziału Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Oni też pomogli w organizacji kaszubskich części mszy św.: przygotowali czytanie w rodnej mowie, dzieci w strojach regionalnych ofiarowały biskupowi dary, a na zakończenie nabożeństwa dostojny duchowny i pozostali wierni w kościele wysłuchali deklamacji wiersza ks. Sychty pt. „Kaszëbą béł mój ojc i stark”, którego fragment widnieje na pamiątkowej tablicy. (więcej w „Pomeranii”)

30. Róman Drzéżdżón, Prësowie – Słowianowie – Wikingowie u uscô Wisłë

W dómie pucczégo muzeum kamiannô prëskô baba witô zwiedzającëch, rôcząc do wadrówczi po zemi pozwóny Pacifica Terra – Zemia Pokoju. Wanoga to długô, ale baro cekawô, prowadzącô od kuńca V do początku XIII stalata.
Baba trzimie w rakach cos, co wëzdrzi za roga. Czë je to róg bokadnoscë? Na gwës bokadnosc wieloscë eksponatów ë wiédzë o lëdach mieszkającëch w uscu Wisłë ë Pasłaczi, zaprezentowónô je na ti wëstawie przërëchtowóny bez Zómkowé Muzeum w Malborku wespół z Muzeum w Elblągu.
Wadrówka po muzealnëch zalach zaczinómë od Estów (Prësów) jaczi pojawilë sa u uscô Wisłë pod kuńc V stalata. Ostałë po nëch cerpiszcza, dze chowóno w popielnicach abo grobowëch jómach wojarzów raza z jejich koniama. Cekawé je, że człowiek béł pôlony, a jego kóń béł chowóny w całoscë. Zachwëcëc może sa bokadnoscą wëposażeniô estijsczich grobów. (więcej w „Pomeranii”)

31. Iwona Joć, Zanim powstało miasto (Gdynia i jej mieszkańcy przed 1926 r.)

Tytuł artykułu jest jednocześnie tytułem nowej wystawy w należącym do Muzeum Miasta Gdyni (MMG) Domku Abrahama, gdzie na przykładzie czterech rodzin kaszubskich przedstawiono życie codzienne mieszkańców wsi na przełomie XIX i XX wieku.
W zaaranżowanym na tę okazję pomieszczeniu prezentowane są meble niegdyś będące własnością Jana Radtkego, a od niedawna wzbogacające zbiory gdyńskiej placówki.
– W świadomości niemal każdego gdynianina Radtke funkcjonuje jako pierwszy polski sołtys Gdyni i wójt obwodu chylońskiego, którego Gdynia była częścią – opowiada dr Tomasz Rembalski, kustosz muzeum. – Pochodził z zamożnej kaszubskiej rodziny, której przodkowie wywodzili się z ziemi puckiej. Urodził się 10 lutego (według metryki chrztu 9 lutego) 1872 roku w Dębogórzu na Kępie Oksywskiej jako drugie z trzynaściorga dzieci Józefa i Julianny z domu Magrian. Po ukończeniu szkoły rolniczej w Sopocie, pracował jako praktykant w wejherowskim starostwie, później na koszt rodziców odbył podróż do Włoch. Po powrocie był zarządcą w majątkach ziemskich na Żuławach. (więcej w „Pomeranii”)

32. Kazimierz Małkowski, (ij), Kolęda kaszubska

Podczas moich licznych spotkań z turystami niemieckimi, którzy przybywali do Trójmiasta i odbywali wycieczki na Kaszuby, wielokrotnie ze zdumieniem stwierdzałem, że osoby starsze spośród nich znają „Kaszubską kolędę”. Napisana została ona w 1927 roku przez Wernera von Bergengruena. Najpierw ukazała się w różnych gazetach i czasopismach, a w 1938 roku autor opublikował ją w swoim tomiku wierszy. Swego czasu autor wyjaśnił, że napisał utwór pod wpływem opowiadań kaszubskiej służącej jego rodziców, którzy mieszkali wówczas w Gdańsku. Najprawdopodobniej znała ona jednak starszą „Kolędę Kaszubską” (w języku niemieckim). Opublikował ją w 1911 roku Ernst Seefried (Izydor) Gulgowski w swojej książce „Von einem unbekannten Volke in Deutschland” (Berlin 1911). W tekstach obu kolęd widać bardzo interesujące zbieżności.
Muzykę do słów kolędy von Bergengruena napisał Franz Motzer. Przez wiele lat pieśń ta, jak i sam tekst (niegdyś młodzież niemiecka uczyła się go w szkole), nie były w Polsce, w tym i na Pomorzu, szerzej znane. Z tego m.in. względu „Kaszubskiej kolędy” nie przetłumaczono wcześniej na język polski. (więcej w „Pomeranii”)

34. Iwona Joć, Danuśka z Gowidlina

Bywa, że scenariusze zaplanowanych wydarzeń, np. kulturalnych, niespodziewanie uzupełnia – upiększając je – życie. Tak było w dniu wręczenia Danucie Stence, znanej polskiej aktorce rodem z podsierakowickiego Gowidlina, Medalu im. Bernarda Chrzanowskiego. Owo wyróżnienie Zarządu Głównego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego za promowanie Kaszub poza naszym regionem otrzymała ona 3 listopada w Ratuszu Staromiejskim w Gdańsku. Na spotkanie przybyli miłośnicy talentu nagrodzonej oraz bliższa i dalsza rodzina. Właśnie dzięki ich wystąpieniom uroczystość nabrała ciepła, charakterystycznej dla zżytych środowisk swojskości.
Iście teatralną laudację wygłosił kolega po fachu artystki – Zbigniew Jankowski. Po nim wuj pani Danuty, Franciszek Hirsz, z rozrzewnieniem wspominał pierwsze kroki aktorskie siostrzenicy na deskach gdańskiego Teatru Wybrzeże, jej występ w sztuce „Król Ubu”, który do wzruszenia doprowadził babcię Helenę. Prezes ZKP, Artur Jabłoński, powiedział z kolei, że droga życiowa D. Stenki pokazuje wielu młodym osobom, iż wychodząc z kaszubskich „perdëgónów” mogą one osiągnąć wiele. (więcej w „Pomeranii”)

35. Jerzy Dąbrowa-Januszewski, Gwiazda Stenka (felieton)

Gwiazda –    takie określenie powinno wystarczyć, jeśli mamy na myśli coś pięknie nieodgadnionego jak świetliste, tajemnicze światełko mrugające do nas z kosmosu, jak postać ze sceny czy ekranu wpływająca na nasze, pełne emocji, postrzeganie rzeczywistości. Współcześnie słyszymy bądź czytamy też o megasupergwieździe. To językowy twór, wbrew pozorom zubażający, często wręcz wypaczający odbiór postaci zachwalanej przez komercję. Krzysztof Penderecki jest... Pendereckim. I wszystko jasne. Doda jest dla tłumu megasuper... – czym? Gwiazdeczką szołbiznesu. Nawet zasiada gdzieś w jury!? I nic nie jest jasne. (więcej w „Pomeranii”)

36. Jerzy Nacel, Z dziejów aptekarstwa kartuskiego (1834-1945)

W wielu monografiach miast pomorskich poza omówieniem dziejów politycznych znaleźć można sporo informacji o architekturze, sztuce, obyczajowości czy folklorze. Mało natomiast jest w nich wiadomości o dawnej medycynie.
Kartuzy, dziś około 20-tysięczne miasteczko na Pomorzu Gdańskim, powstały pod koniec XIV wieku jako przyklasztorna osada Zakonu Kartuzów. Fakt, że wiadomości o medycynie klasztornej czy „przyklasztornej” są skąpe, wydaje się nieco dziwny, zważywszy choćby na to, że niegdyś zakony słynęły z szeroko uprawianej „sztuki leczenia”. Dziwny jest również brak jakiejkolwiek wzmianki o... aptekarstwie na tym terenie. Czyżby nie było ono uprawiane? Oczywiście, było! Trzeba tylko pamiętać, że tak zwana „sztuka sporządzania leku”, czyli dzisiejsze „aptekarstwo”, znajdowała się w cieniu „sztuki leczenia”, której efektem musiało być sporządzenie jakiegoś leku. (więcej w „Pomeranii”)

40. Tomasz Rembalski, Peplińscy – o jeden dokument więcej

W trzecim numerze „Pomeranii” z 2005 roku ukazał się mój artykuł „Korzenie rodu Peplińskich”. Spotkał się on z zainteresowaniem kaszubsko-pomorskiego środowiska genealogicznego, o czym świadczy m.in. jego anglojęzyczny przedruk w północnoamerykańskim piśmie „Friend of the Kashubian People”. Odszukanie kolejnych źródeł sprawiło, iż w następnym roku jego uzupełnioną wersję opublikowano w części VI wydawnictwa genealogicznego „Trzebiatowscy”. Okazało się jednak, że w tej tematyce zasoby archiwalne nadal skrywają nieznane dokumenty, czego potwierdzeniem jest niniejszy artykuł.
Obie publikacje poprzedzone zostały żmudnymi, kilkuletnimi badaniami, których największym sukcesem było przesunięcie historii rodu Peplińskich o jedno pokolenie wstecz. Odtąd za protoplastę rodu należy uważać Wojciecha – posiadacza zaborskiego pustkowia o nazwie „Suminy” lub „Peplińskie” (obecnie osada Peplin w gminie Brusy). (więcej w „Pomeranii”)

42. Danuta Krystyna Sikorska, Życie jak wakacyjna przygoda

Jeżeli Paryż wart jest mszy, to Kaszuby zasługują na uroczyste nabożeństwo dziękczynne za piękno tej ziemi. A może takim nabożeństwem są trwające przez cały maj wieczorne spotkania przy kapliczkach i krzyżach przydrożnych? Ludzie śpiewają „chwalcie łąki umajone, góry doliny zielone, chwalcie cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki”. Śpiewają i widzą wokół siebie łąki pełne różnorodnego kwiecia, rowy, miedze i pastwiska pełne złotożółtych mleczy, łany niebiesko-różowego łubinu na nieużytkach, obsypane białymi kwiatami głogi, a pod nimi niskie, modre przylaszczki i białe zawilce. Widzą kępy rozkwitłych fioletowych bzów i skraje pól pełne czerwonych maków, ciemnoniebieskich chabrów i białych rumianków. Czują zapach kwiatów, młodych traw, ziół, lasów i wody z rozlicznych stawów, jezior i podmokłych łąk. Słyszą szum wody i drzew, śpiew ptaków i brzęczenie pszczół, urzeka ich widok pogodnego nieba i zachodzącego słońca. Jakże wtedy nie śpiewać, nie dziękować, jakże nie kochać tej ziemi, która otacza człowieka takim pięknem? A lato na Kaszubach to osobny „temat na poemat”, na dzieło mówiące o obrazach, kolorach, zapachach, smakach, dźwiękach i wszystkim, co na to lato się składa, czym różni się od innych regionów, w czym jest wyjątkowe i jedyne. Tę wyjątkowość zauważają ci, którzy mieli okazję zwiedzić kawał świata i teraz metodą „szkiełka i oka”, porównując walory oglądanych krain, przyznają pierwszeństwo Kaszubom, jak i ci, którzy poza „rodną ziemią” niewiele widzieli, ale „czuciem i wiarą” oceniają swój region jako najpiękniejszy. Wszędzie dobrze, ale na Kaszubach najlepiej – mówią. I ja twierdzę tak samo – takie przekonanie noszę w sobie od kilkudziesięciu lat, gdy najpierw jako dziecko spędzałam na południowym krańcu Kaszub i skraju Borów Tucholskich wszystkie wakacje, a potem wybrałam to miejsce na całe życie. Mieszkam tu nieprzerwanie od trzydziestu pięciu lat i ani przez chwilę nie żałowałam.
Jednak jedno lato pamiętam szczególnie, niemal dzień po dniu. (więcej w „Pomeranii”)



47. Andrzej Grzyb, Powyborczy oddech (felieton)

Były wybory. Lakierowani kandydaci wisieli na latarniach, słupach, płotach i drzewach. Walali się po skwerach i sklepowych ladach. Wieczorami jednych naklejano na drugich, innym rosły brody, jeszcze innym nadrywano uszy, rozrywano marynarki, a nawet podcinano gardła. Mnie, na szczęście, „tylko” wydłubano oczy. Rywalizacja była na serio, bez litości. Odwracano kota ogonem tak, że biedak z michy mleczka nie mógł liznąć. Głodowa śmierć raz mu w oczy, raz w ogon zaglądała. Zakręcił mu się, pomieszał temat kolorów; nie było już oczywiste, czy jest on czarny, a mleko białe, czy na opak. Może któryś z kandydatów powisi na tablicy ogłoszeń kilka lat, do następnych wyborów. „Bo, panie, ładnie wygląda, to czemu nie ma wisieć”. Może w morzu niepamięci nie utonie i doczeka swojego „wposływzięcia”. (więcej w „Pomeranii”)

48. Grozek, Gode na Mazurach

Rok namale zleciał ani-by z bzica pęk ji zaś Adwent, a po niem Gody. Moje Grozki tłomacyli nama zawdy, co Adwent znacy przyńście Zbaziciela. I jak eno pamieńcio sięgne, zawdy ciesylim się na Adwent, bom ziedzieli, co wnetki Gody bedo. Naziency ciesyli sie bachy, chtórne tlo śneflowali, co tes te stare przed niemi po kryjamu robzio. A roboty biło siła, bo ji zieprzek w chlezie cekał, a gesi ji gulany jus dość tłuste byli.
W chałupach mók-eś odras poznać, co cas Adwentu prziset, bo w duzej izbzie musiał bić usykowany fejny kranc z jegliny, uśmekowany rozmajiteni szlejfkani. Jak stojał na stole, to ni mók być za duży, ale chto niał w chałupsie wisso deke, to ziesał kranc na bałku ji tedy cepsiało sie szlejfki as do samyy zieni. Musiały być zawdy stery farby: na psiersy Adwent ziesalim cerwone szlejfy, na drugi złote, na trzeci ślebrzne, a na cwarty złote, tegos samego ji świecki. Łonegdaj tom sami robzili śwecki z rychtycnego waksu; tedy jak jo zapalułeś, to w całyy izbzie puchniało ani niodem. Ale jak potem te er-zace wydumali ji zaceni robzieć śwecki farbowane, to na kozdo niedziele paliło sie jedno śwecke ziency. (więcej w „Pomeranii”)

50. Maria Roszak, Japczany kaduk

Za cepeenem je taka droga bez polanka zachwaszczona i ona idzie na opuszczony ogródek. Tamoj só eltki różniaste, zdziczałe kruszki, glupki, angrest, świętojónki, ale najwiancy to je jabłonków. I to téż nié jedne, ale renety, antonówki i take małe, czerwone i słodke, nié wiem, jak one sia tamoj zwó.
Mama mnia czansto śle za tan cepeen po te japka – no wiadóm, to musu chce napichcić, to kucha zéz japcami, to coś tam eszcze inszego. No to ja durcham wywlékam moje dwa kejtry i żgam. A te moje kejtry to już wiedzó i jak ino czujó, że je gadka o japcach, to zara takó chantnóść pokazujó, że szok! Tak gałgany fajrujó, ze pół chałupy durcham wéw perzyna obrócó. (więcej w „Pomeranii”)


51. Jerzy Trzoska, Specjalista od dziejów Gdańska

Nauka polska, a zwłaszcza gdańska humanistyka, poniosła bolesną, niepowetowaną stratę. 19 września, w wieku 85 lat, zmarł prof. Edmund Cieślak.
W historiografii polskiej zapisał się złotymi zgłoskami jako autor znakomicie udokumentowanych prac z zakresu dziejów Pomorza, szczególnie zaś historii jego stolicy. W bogatym dorobku Profesora, na który składa się ok. 500 publikacji, naczelne miejsce zajmuje pięciotomowa „Historia Gdańska” (doprowadzona do r. 1945). Już od 1955 r., to jest od chwili, kiedy zorganizował Pracownię Historii Gdańska Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, gros prac badawczo-naukowych jej pracowników i innych związa­nych z nią osób, ukierunkował na szeroko zakrojone, gruntow­ne badania archiwalno-biblioteczne w kraju i zagranicą. Jako redaktor naukowy wszystkich pięciu tomów, a przy tym główny współautor tomu III, obejmującego lata 1655-1815, przywiązywał wielką wagę do wydobywania ze źródeł jak najwięcej nowych, udokumentowanych faktów. Z niezwykłą konsekwencją podkreślał, iż rzetelna, sumienna, poparta gruntownymi badaniami analiza zjawisk historycznych, wolna od emocji i obsesji nacjonalistycznych, stanowi fundamentalną zasadę obiektywnego określenia roli Gdańska w dziejach polityczno-gospodarczych Polski epoki przedrozbioro­wej. Dał temu też wyraz w najobszerniejszym w dotychczasowej literaturze historycznej, popularnonaukowym zarysie „Dziejów Gdańska” (współautor Czesław Biernat), który doczekał się aż pięciu wydań, w tym dwóch w języku angielskim. (więcej w „Pomeranii”)

52. Tomasz Hebel, Agronom-gawędziarz

Urodził się 3 marca 1912 r. na Starym Obłużu, w kaszubskim rodzie, który, jak mówi przekazywana z pokolenia na pokolenie tradycja, w XVII w. przywędrował w okolice Gdyni z Podola. Ojciec Edmunda, Franciszek, gorący patriota, działacz Związku Powstańców i Wojaków oraz Polskiego Związku Zachodniego, został rozstrzelany w Piaśnicy 11 listopada 1939 r. Matka, Aniela, pochodząca z rodu Roszczynialskich (siostra ks. Edmunda oraz rtm. Hipolita, zamordowanych przez hitlerowców), zginęła w 1943 r. w Gdyni podczas amerykańskiego nalotu.
Pan Edmund z zawodu był agronomem. Rolnictwa uczył się początkowo w Dębowej Łące koło Wąbrzeźna, później zaś w Grudziądzu, gdzie zdał egzamin maturalny. W 1932 r. trafił do Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie i jako oficer brał udział w kampanii wrześniowej w obronie Warszawy. Okupację spędził w obozach jenieckich – najdłużej w Woldenbergu (Dobiegniew). W wojsku dosłużył się stopnia kapitana. (więcej w „Pomeranii”)

53. Lektury

58. Klëka

62. Z życia Zrzeszenia

66. Informator regionalny

68. Rómk Drzéżdżónk, Cywilizowóny Swiat (felieton)







 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!