www.mamboteam.com
 
Strona główna
wtorek, 25 luty 2020
 
 
TWARZĄ W TWARZ cz.II - Czy Prezydent Stachowicz pozostał na deser? Drukuj E-mail
czwartek, 21 luty 2008

Panie Bogdanie, tną równo...
- Kogo?
Budżet Starogardu. I przy milczeniu baranów... Taki był film.
- Nie baranów. "Milczenie owiec".

Ja wiem, że "owiec", ale barany lepiej mi tu pasują. Ważne, że tną przy ich milczeniu... Nie ma nawet beknięcia... Niechże Pan to przeczyta. To jedna z naszych gazet. Piszą mniej więcej tak: tniemy budżet miasta równo, oświatę, kulturę, nawet administrację. To mówi radny Kurkowski. Tniemy, bo trzeba płacić Polsatowi SA za zerwanie umowy w sprawie kablówki.

- Niech Pan zauważy, Panie Tadeuszu, że to mówi radny Rady Miasta, której wiceprzewodniczącym jest Piotr Cychnerski – były uczestnik poczęcia potwora. Cychnerski też zdaje się z namaszczeniem mówić (bo jeżeli Rada Miasta klepnęła te cięcia, to znaczy, że jest za...): tniemy równo... Łatwo im mówić, bo wiedzą, że za 3 lata, kiedy będą walczyć o władzę, ten problem już ich nie będzie dotyczył.


Potworek... Godzilla?
- Jaka Godzilla! Na tamte czasy gadzinówka! Kablówka! Dziecko źle poczęte, świadomie hodowane na potwora.
Zaraz, zaraz, Panie Bogdanie. Wyjaśnijmy dokładniej, o czym tu mówimy. Miasto Ciemnogard straciło ok. 10 milionów złotych w procesie z firmą Polsat SA za zerwanie z nią umowy w sprawie budowy kablówki. I od dłuższego czasu spłaca ten ciężki szmal, a opinia publiczna milczy. Dlatego mówię – milczenie baranów, no dobrze, owiec. Pan jesteś człowiekiem oblatanym, więc może Pan o tym jakoś prosto opowie, odpowiednio układając opowieść w czasie.
- Tak, trzeba to opowiedzieć w czasie, bo obecne tragiczne skutki dla miasta (mizeria budżetu nie daje szans rozwoju) są wynikiem ciągu zdarzeń aż od okresu przemian ustrojowych, czyli od 1990 roku.

Potworek się wykluł w tamtym czasie? I tak sobie dorastał? Przecież zmieniali się ludzie, frakcje, układy, partie, kanapy, konfiguracje, konfitury...
- Zmieniały się w obrębie jednej piwnicy, właściwie na jednej półce. Niech Pan zwróci uwagę, że od 1990 roku przy władzy z przerwami w Ciemnogradzie są ci sami ludzie: Głuch, Cychnerski, Żak, Kozłowski, Rajkowski, Milewski, Stachowicz, Janikowski, Kubkowski, Kurkowski i wielu innych. Z tym, że raz rządzili, raz byli w opozycji.

No właśnie. Podaje pan nazwiska z dwóch przeciwnych sobie obozów. Czy teraz można ich wrzucać co do odpowiedzialności za kablówkę – potwora do jednego worka?

- Można? Trzeba! Ojcem poczęcia jest władza I kadencji z ówczesnym prezydentem Głuchem na czele. Potem do pielęgnowania "dzieła" dołączyła opozycja z liderami lewicy Milewskim i Stachowiczem... Tu mała dygresja. Nich Pan zwróci uwagę, jak będę opowiadał, że mechanizm powstania afery pod nazwą "Kablówka" jest taki sam, jak mechanizm afery pod nazwą "Ścianka wspinaczkowa" za 700 tysięcy złotych plus zapewne ze300 tys. złotych, które miały zostać przeznaczone dla jej obsługi. Razem milion złotych. 700 tysięcy jednorazowo, 300 tysięcy rocznie...

Zna Pan ten mechanizm?
- Oczywiście.
Skąd?
- Bo w tamtym czasie, już po powstaniu kablówki i ogłoszeniu o jej sprzedaży przez Miasto, byłem zainteresowany powstaniem kablówki, a potem, z grupą osób, jej kupnem. W związku z tym przeczytałem wszystkie dokumenty jej dotyczące. Otrzymałem je od ówczesnego dyrektora kablówki Rajkowskiego...
Niech Pan opowie o tym mechanizmie.
- Ręce mi opadły, kiedy zobaczyłem, jak powstawała kablówka i jej stan prawny... Robiono to na wariackich papierach. Dlaczego? Niech Pan zwróci uwagę, kto miał potrzebę jej posiadania. Oczywiście lokalni politycy. Śpieszyli się. Wtedy, na początku III RP, było parcie w Polsce na posiadanie swojego medium przez władze. Gazet, biuletynów, a najlepiej telewizji kablowej, całkowicie zależnej od władzy.



Ale ja pamiętam, że mieszkańcy Ciemnogardu cieszyli się, że będą mieli swoją telewizję.
- Bo nie wiedzieli, co się za tym kryje... Nie wiedzieli, że telewizja powstawała na zasadzie całkowitego bezprawia. To była telewizja piracka. Wszyscy radni, którzy przyłożyli rękę do powstania tego wówczas tylko potworka, od dawna powinni być poza marginesem życia publicznego.
Ale co oni kradli, Panie Bogdanie?
- Podkradali. Kanały, na przykład Eurosport i RTL. Przecież, jak to jest też i dzisiaj, trzeba było mieć umowy na przekazywanie sygnału poszczególnych stacji, a nie tworzyć czegoś na kradzionym sygnale. Ta kablówka nie miała prawa w ten sposób powstać. Owszem, wtedy wszystkie programy polskie były w systemie anten zbiorczych, ale na programy zagraniczne trzeba było mieć umowy. I od tego trzeba było zacząć. Czy oni nie wiedzieli, że gdzieś tam byli właściciele tych stacji? Doskonale wiedzieli. Mieli szczęście, że żadna zagraniczna stacja nie podała ich do sądu. To jest tak. Jest Pan autorem i właścicielem książki. Ktoś przepisze i będzie rozpowszechniał. Jak Pan będzie się czuł?

Podle. Jak człowiek okradziony.
- No właśnie. To byli złodzieje sygnałów. Powstał pomysł oparty na kancie. Ale w zamyśle najważniejszy był program lokalny, czyli właśnie gadzinówka. Żeby to miało usprawiedliwienie społeczne, wrzucano te kanały zagraniczne i kradziono sygnał. I na tym oparto umowę z abonentami... To był pierwszy kant. Potem, w II kadencji, taka kablówka dalej się kręciła. Podobała się wszystkim radnym: lewica, prawica, środek, boki, za wiarą, przeciwko wierze itp. Ponieważ w zamyśle ona była przydatna do utrzymania władzy rządzącym albo do ewentualnego przejęcia władzy opozycji.

Przypomnijmy czołowe nazwiska opozycji z tamtych czasów...

- Dwa fundamentalne, filary lewicy: Milewski, Stachowicz. Wówczas, w II kadencji, byli w opozycji. Czy mogą się wykazać pisemnymi śladami, które by dowodziły, że mieli odmienne stanowisko niż ówczesny Zarząd Miasta w sprawie już powstałego konfliktu prawnego Miasta z Polsatem SA - wykonawcą kablówki?
Nie wiem, to Pan jest w temacie... Zostawmy to. Wróćmy jeszcze do momentu poczęcia. Załóżmy dobrodusznie, że ci "pionierzy" nie wiedzieli, że to kradzież sygnału. No bo co to za kradzież – leci jakiś program w powietrzu, nie widać, nie słychać... Co do tego miał wówczas Polsat SA?
- Sieć kablową tworzyła firma Polsat SA. Ale cały czas jej właścicielem było Miasto. Polsat miał wykonać i prawie wykonał dzieło. To jest jak ze zleceniem wykonania szafy. Stolarz ją robi, a właściciel po zrobieniu wrzuca do niej swoje bety. To nieistotne... Problem był taki, że dzieło miało być spłacane z abonamentu odbiorców.
Sprytnie pomyślane. Grupa inicjatywna władzy, jedno ugrupowanie polityczne, nie wkładając swoich pieniędzy chciała być właścicielem studia telewizyjnego, swojej tuby, za pieniądze starogardzian. No i tak się stało.

Ale dlaczego – stosując Pana metaforę – właściciel bezczelnie zwolnił stolarza, argumentując że zabrakło kilkuset podłączeń na już sporo tysięcy podłączeń zrealizowanych? Przecież to zerwanie umowy już wtedy śmierdziało przegranym procesem. Nie wywala się firmy za to, że ma trochę opóźnienia.
- Pojawiły się dodatkowe koszty. Miasto (władze) musiało utrzymać koszty studia, płacić za dzierżawę budynku, użyczenie kanałów, opłacać emisję programu itp... Co teraz zrobić, skąd wziąć na to pieniądze? Abonenci płacili pieniądze Miastu, nie Polsatowi. Pojawił się pomysł, żeby nie przekazać ich Polsatowi - wykonawcy kablówki. Myśleli w ten sposób: jak Polsat podłączy jeszcze ze swoich rezerw z 3000 abonentów, to ta kablówka ze studiem będzie się kręcić sama, że wystarczy na wszystko. Ale Polsat, który nie otrzymał od miasta pieniędzy (a miał to zagwarantowane, że ma otrzymywać), nie chciał na to wyłożyć swoich. I zerwano umowę pod pretekstem niepodłączenia w odpowiednim czasie określonej ilości abonentów. I już wtedy na zdrowy rozum było wiadomo, że Polsat wygra spór prawny. Kant drugi... Najpierw powstał pomysł na chorych założeniach, na chorym biznesplanie. Błąd wynikający z niewiedzy, co to za przedsięwzięcie. Myśleli: kabel się przeciągnie i cześć. Drugi błąd był już niewybaczalny. Dopuszczenie do procesu. Błąd, który można krótko ocenić jako totalny brak kompetencji całej ówczesnej rady. Z lewa i z prawa. Ciekawe, czy poszliby do sądu, gdyby mieli wyłożyć swoje pieniądze, wiedząc, że już na dzień dobry procesu trzeba wyłożyć 8 procent od wartości sporu ...

Czy władze nie mogły oddać Polsatowi kablówki?
- Stolarzowi oddać szafę? Po co ona stolarzowi? Poza tym oddać tubę?
No tak... A Pan co by zrobił, kiedy już doszło do kryzysu na linii Miasto (właściciel kablówki) – Polsat?
- Przede wszystkim bym się dogadał Polsatem, żeby dokończył dzieło. Dokończył za wszelką cenę, mimo popełnionych błędów - złych umów. Stwierdziłbym, że już nie ma odwrotu i że musi to zrobić Polsat! Tym bardziej, że była to rzetelna firma... Znowu, proszę Pana, analogia z tą szafą... Jeżeli ktoś zrobi trzy czwarte szafy, to musi ją dokończyć. Zawieź Pan trzy czwarte szafy do innego stolarza, żeby dokończył, to on Pana obśmieje... Po dokończeniu przez Polsat stałbym się pełnoprawnym właścicielem bez finansowych ogonów u ludzi prywatnych.



A oddałby Pan jako władza już po dokończeniu tę kablówkę w ręce prywatne?
- Ale im absolutnie nie o to chodziło, wręcz przeciwnie!
Mówi Pan, że już wtedy było wiadomo, że Polsat proces wygra?
- Oczywiście. Wielu o tym wiedziało... Opozycja też. Były poważne wątpliwości wyrażone w lokalnej prasie.
Co Pan o tej opozycji? Opozycja jak to opozycja - nie miała nic do gadania... Hmmm... Z drugiej strony rzeczywiście, za coś bierze wysokie diety...
- Miała do powiedzenia. Gdyby wtedy była mądra i kompetentna, to nigdy by nie dopuściła do z góry przegranego procesu. Ale widocznie im na tym nie zależało. Wręcz przeciwnie. Zależało im na tym, żeby koło tego był dym. Żeby Głuch i inni w to się uwikłali. W tamtym czasie mistrzami destrukcji byli Milewski i Stachowicz. Nic nie robiąc, nie kontestując decyzji władzy, nie patrząc jej na ręce, ciesząc się z każdego ich potknięcia, czekali na lepsze czasy. To zresztą nic nowego – to ma wymiar ogólnopolski. W Polsce każda opozycja cieszy się z potknięcia grupy pełniącej na bieżąco funkcję władzy i klaszcze z powodu niemądrych decyzji.

A może oni nie znali tematu?
- Znali!.. Skąd ja to wiem? Prominentni przedstawiciele ówczesnej opozycji opowiadali mi o tym, że Głuch wpadł na minę. Opowiadali w krzakach naprzeciw POM-u.
W krzakach?! Dlaczego w krzakach?
- Bo konspira najlepiej wychodzi w krzakach. W krzakach można załatwić sprawy polityczne... W krzakach swobodnie mogą się też spotkać na pozór skrajne siły. Ale oczywiście odbywały się też i w innych miejscach.
Hmmmm.... W krzakach o kablówce... Więc rozpoczął się proces o małą kwotę. Można było dojść do ugody. Mówią, że tylko głupcy idą do sądu...
- To prawda. To był trzeci kardynalny błąd. Niepodjęcie ugody i doprowadzenie do tego, że sprawa trwała 14 lat. Na skutek tego doprowadzenie do horrendalnych kosztów w stosunku do kwoty wyjściowej, myślę, że 10 do 1 licząc wszystkie koszta...

Ale w 1998 roku, kiedy Głuch przegrał wybory, a wygrała opozycja, można było tę sprawę skończyć...
- Tak. W 1998 roku już nie opozycja – grupa Karbowski – Milewski (i poseł Stachowicz jako potężne wsparcie) przejęła władzę i mogła to zrobić. I tu pojawia się następna rzecz, za którą ci ludzie powinni być delikatnie mówiąc na politycznej emeryturze... Oni nie mieli zamiaru nic kończyć! Im było na rękę przegrywać procesy. Oni, postkomuniści, już tacy są. Ta sprawa ciągnęła się 4 lata za Głucha, więc stała się piłką w grze przeciwko niemu. To był bat na Głucha. Co Głuch by się odezwał za mocno na sesji już jako radny opozycji, to od razu by usłyszał: A kablówka...? Tak. Lewicowa opozycja odpowiada nie odpowiada za błąd poczęcia potworka, lecz za kontynuację procesu, za niezwinięcie tej sprawy, a jej pielęgnowanie.

Pan to ma łeb. Nigdy bym na to tak całościowo nie spojrzał. Co działo się dalej, a raczej się nie działo?
- Zaczął się cyrk. Adwokaci i procesy. O dziwo nikt nie zadaje dziś pytania, ile kosztowała obsługa prawna trwającego przez 14 lat procesu. Ja mogę szacunkowo to określić. Wiem ze źródeł nieoficjalnych, że obsługa prawna Starkomu przeciwko Gabigowi kosztowała Starkom (czyli podatników) około 100 tysięcy złotych. Wobec tego ile mogła kosztować obsługa prawna procesu o kablówkę? Co ciekawsze – obsługę prawną prowadził Paweł Piotr Janikowski, który był przy zerwaniu umowy z Polsatem głównym opiniodawcą ze strony władz miasta i współtwórcą decyzji jako członek Zarządu Miasta. Czyli był pełnomocnikiem w sprawie, którą wywołał jako strona. Kto jeszcze wtedy był w zarządzie? Cychnerski, Naumann, Rajkowski. Halasz.

Sugeruje Pan, że przez 8 lat prezydentury Karbowskiego, rządzącego przy pomocy grupy Kozłowski, Żak, Milewski, władze wiedziały, że proces będzie przegrany? Że mieli taką świadomość, ale nie kończyły, bo zawsze szło powiedzieć, że to chore dziecko Głucha? To nieprawdopodobne!
- Ja nie sugeruję, Ja wiem! Kiedy przyszedł pierwszy wyrok, niektórzy biegali i podekscytowani mówili: "Piszemy do prasy, je... Głucha". Na nic było mówić: "Stasiu, to trzeba zgasić".
Hmmmm.... To by się zgadzało. Głuch tu, proszę Pana, w niedawnym wywiadzie w jednej z gazet mówi, że "to dla mnie sprawa honoru". I że później, po jego prezydenturze, nikt z władz nie jeździł na rozprawy.
- Jeszcze raz Panu powtarzam - im zależało, żeby ta sprawa była przegrana. Władze miasta nie pojawiły się na żadnym procesie? Oczywiście. To podpiera tezę. Nie byli w ogóle tym procesem zainteresowani.



Ale Pan cały czas na opozycję... Czy nie sądzi Pan, że Głuch nie powinien mówić o "sprawie honoru"? Że właściwie on nic nie powinien dziś mówić? W końcu to on zrodził potworka. Na dodatek w tym wywiadzie zasłania się Janikowskim. Jakie to, proszę Pana... typowe dla...
- To absolutnie oczywiste, że odpowiedzialność za błędne, nielogiczne, niepodyktowane żadną potrzebą społeczną decyzje spoczywa na Głuchu. Że to Głuch jest winien jako ówczesny prezydent miasta oraz ludzie pełniący wtedy funkcje w Zarządzie Miasta. To jest podstawa. Nikt tej odpowiedzialności z nich nie zdejmie – oni byli winni i będą żyć z ta winą. Oni też przyzwyczaili opinię publiczną, że za knoty władzy ona (ta władza) nie odpowiada... Co do zwalenia winy na Janikowskiego w wywiadzie... Przecież to on go zatrudnił jako członka Zarządu i jednocześnie radcę prawnego. Ten wywiad, a zwłaszcza to zdanie, że "zawiódł się na Janikowskim", to kompletny brak honoru... I coś jeszcze. Po latach pękła omerta.

Słucham?
- Omerta. Każda partia, która przychodziła do władzy, działała na zasadzie omerty - zmowy milczenia. Nadrzędną dla niej sprawą nie był interes społeczny miasta, tylko utrzymanie się przy władzy, a dla opozycji przejęcie władzy... Jeszcze raz Panu powtarzam, że jak przyszedł Karbowski i spółka – postkomuniści, to oni pielęgnowali tę sprawę. Aż pyrkali z radości. Tu działała zasada: im gorzej w tej sprawie, tym lepiej dla nich. Im dłużej to potrwa, im miasto więcej zapłaci, tym lepiej.
Fuj... Niesamowite. Ale czy to nie jest tylko Pana domniemanie? Jak można świadomie pielęgnować potwora?
- Czy to domniemanie? Jak ktokolwiek z nich się wychyli, to podam dowody i okoliczności. Wyciągnę te brudy z krzaków.

Teraz mamy wspaniałego prezydenta, cudotwórcę (podobno wszystko wie, wszystko rozumie, działa, przeciwdziała, ma na uwadze, pozyskuje środki...). Myślę, że te – ile? – z 10 milionów wreszcie wyciągnie jak królika z kapelusza i wyrówna zachwiany budżet. Ba, pewnie jeszcze dodatkowo pozyska więcej ze środków unijnych...
- Słyszał Pan o jakichś pozyskanych przez niego środkach? Ja nie... Teraz, proszę Pana, jest chichot historii. Stachowicz zostaje po latach prezydentem i niektórzy mówią, że on w tej sprawie, jak i w sprawie wieży wspinaczkowej, jest niewinny, bo po prostu zastał taką sytuację. Ja mówię konkretnie – on nie był przy poczęciu tego potwora, ale go pielęgnował jako radny II kadencji, potem pośrednio wspierał przez zaniechanie jako poseł. Przez 10 lat karmił, a teraz boi się, że potwór go zje... I boi się słusznie. Bo teraz ten potwór zjada własnych ojców. Najpiew zjadł Głucha, potem Karbowskiego i spółkę, i kolej na kogo?

Zdjęcia z debaty przedwyborczej z 1994 r. w studio "kablówki" Potem chyba politycy doszli do wniosku, że nie warto debatować... Fot. Arch. M-K.

Zobacz inne odcinki serii "TWARZĄ W TWARZ":

 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!