www.mamboteam.com
 
Strona główna
niedziela, 29 listopad 2020
 
 
"W temacie wieży wspinaczkowej" Drukuj E-mail
wtorek, 20 maj 2008

Od kilku tygodni jedna z gazet lokalnych rozdawanych za darmo zamieszcza cykl wywiadów z osobami żywotnie zainteresowanymi, by odwrócić negatywny odbiór społeczny w "temacie wieży wspinaczkowej".
Pomijam przemycane cichcem w wywiadach kolejne absurdalne pomysły przykrycia wieży zadaszeniem. By wydłużyć okres korzystania z wieży, trzeba było pobudować ją w sali sportowej, o czym już pisałem. Wybudowano obiekt, którego utrzymanie dzienne wynosi, /jak podaje gazeta, 200 złotych.
Zatem całkowity koszt utrzymania operatorów wieży będzie wynosił 6000 zł miesięcznie.

Pal licho te 6000 zł miesięcznie. Społeczeństwo za przyzwoleniem Prezydenta Miasta zapłaci. Powstał problem o wiele poważniejszy.
Z tekstu w gazecie wynika, że ambicją dyrektora OSiR-u jest to, by każde dziecko w wieku szkolnym w Starogardzie przeszło naukę wspinania.

Przeanalizowałem możliwość realizacji tego cud - pomysłu.
Dzieci w 80 procentach populacji mają naturalny lęk wysokości. Człowiek to nie małpa, której naturalnym środowiskiem jest drzewo. Na wysokości 4 metrów większości dzieciom, gdy spojrzą w dół, strach paraliżuje kończyny i odbiera rozum.
Ale i to pomińmy.

W maju i czerwcu jest siedem tygodni. We wrześniu wspinać się nie da ze wzgledu na pogodę i organizację początku roku szkolnego. Zatem pozostaje maj i płowa czerwca, czyli 14 klasowych wycieczek na lekcji wf ze szkoły do osirowskiej wieży.
Czas przemarszu dzieci ze szkoły pod wieżę to średnio 15 mimut w jedną stronę, czyli razem 30 minut marszu. Pozostaje 15 minut na wspinanie. Pokonanie na wieży trasy łatwej (ponoć jeszcze nie wytyczonej) do 3m wysokości to czas około 10 minut.
Na 28 dziaciaków w grupie w czasie lekcji ze wspinania skorzysta półtora ucznia. Reszta siedzi i patrzy. Będą to jedyne na świecie "najwartościowsze" lekcje wf. Dyrektor szkoły, który zaakceptuje takie zajęcia wf zasłuży na jeszcze niewprowadzony przez Giertycha diamentowy krzyż zasługi Ministra Edukacji Narodowej. Coś w rodzaju przyznawanych diamentów w lotnictwie.

Ale i to pomińmy.
Operatorami wieży, co można wyczytać w tej samej gazecie rozdawanej za darmo, są panowie po jednodniowym kursie. Z pewnością są to wspaniali i odważni entuzjaści, którzy od lat ten sport uprawiają dla własnej przyjemności i na własną odpowiedzialność. Budzi natomiast zdumienie odwaga albo totalna bezmyślność właściciela ścianki, który bierze na siebie odpowiedzialność za nie daj Boże jakikolwiek wypadek dziecka podczas zajęć tam zorganizowanych.
Zakładam, że każdy rodzic wyrazi na piśmie zgodę na tego typu zajęcia szkolne. Lecz w sytuacji najmniejszego nieszczęścia nawet mało rozgarnięty rodzić przy byle kontuzji swojej pociechy poleci do sądu po odszkodowanie i, co mocno prawdopodobne, wygra sprawę.
Pal licho odszkodowanie. Wiadomo zapłaci miasto, czyli podatnik, lecz zdrowia dziecka nic i nikt nie przywróci.

Żeby uruchomić wyobraźnię i kontrowersyjność pomysłów właścicieli ścianki oraz ogrom pisanych absurdów, jakie wynikają z artykułu opublikowanego w cytowanej już wyżej gazecie, posłużę się bardzo prostymi przykładami.

Jako rodzic nie wyobrażam sobie, by swoje dziecko wysłać na zajęcia aikido ( japońskiej sztuki samoobrony składającej się z szeregu chwytów i pchnięć, wymagającej wielkej koncentracji i harmonijnego współdziałania ruchów ciała) do instruktora po jednodniowym kursie!

Wiedza i wyobraźnia, jaką musi mieć instruktor aikido, by zajęcia z dziećmi były bezpieczne, są przyrównywalne do wiedzy i wyobraźni, jaką musi posiadać instruktor uprawiania wspinaczki. Nie wystarczy entuzjazm i chęci. Gdyby tak było to krawiec, entuzjasta medycyny, mógłby zacerować bez problemu pacjenta po operacji na otwartym sercu. Wystarczyłby jedynie jednodniowy kurs szycia katgutem, to znaczy lekarskim sznurkiem.

Idąc tokiem rozumowania osób udzielających wywiadu redaktorowi Piotrowi Pieleckiemu, do przyjęcia by było posłanie dzieci do szkółki narciarskiej w Alpach, gdzie instruktorem jest po krótkim kursie zapalony narciarz wodny.
Z wywiadów wynika per analogiam również, że redaktor Piotr Pielecki i jego rozmówcy dopuszczają, by za sterami Boeninga zasiadał mistrz motolotni czy amator puszczania latawca.

Jestem ciekaw, czy ktokolwiek z naszych włodarzy (mam na myśli Prezydentów Miasta i Radnych Królewskiego Miasta) oprócz dyrektora OSiRu wsiadłby do takiego samolotu.

Na 1 Maja czerwony na twarzy facet sprzedawał pod pomnikiem Mickiewicza balony. Miał ich dużo, same czerwone. Co jakiś czas puszczał jednego w kosmos. Dziatwa z rodzicami z zachwytem zadzierała do góry głowy, zamiast aktywnie uczestniczyć w capstrzyku lewicy. To był prawdziwy czerwony fachowiec. Błyskawicznie i sprawnie napełniał balony gazem. Dookoła fachowca baloniarza gromadził się tłum gapiów. Po chwili ilość osób przy baloniarzu była większa niż lewicowców podczas wiecu przy pomniku harcerza. Pomyślałem sobie, że gdyby tak nasza władza wysłała go na jednodniowy kurs, to by dopiero miała czerwonego instruktora fachowca, który "profesjonalnie", za pieniądze podatnika, skupiałby tłum wokół jednego małego balona.



Już jutro - Twarzą w twarz na powyższy temat!

Zobacz powiązane :









 
wstecz   dalej »
 
Top! Top!