BARBARA DEMBEK-BOCHNIAK. W 1990, kiedy kwitły kasztanowce – list o maturze
niedziela, 06 maj 2012
W 1990, kiedy kwitły kasztanowce – list o maturze

Mam fajne życie.

O mojej przyszłości zadecydowała matura. To jej wyniki spowodowały nagłą zmianę moich życiowych planów, za co jestem teraz wdzięczna Bogu, śp. prof. Klinowi i prof. Cyrankowskiemu. Poszłam do ogólniaka do klasy o profilu matematyczno-fizycznym, bo tylko tam był język niemiecki, którego chciałam się uczyć. Przez cały ogólniak chciałam być rusycystką, mimo iż – teraz tak myślę – jedynie przez chwilę, kiedy zajęcia miałam z będącym na zastępstwie „Wanią” - prof. Edmundem Kołaszewskim, rosyjski był wielką przygodą...

















Skończyłam matematykę, specjalność metody numeryczne i informatyka… Nasza matura, ta z 1990 roku, to była matura! Nie to co dziś! Ku jasności sytuacji: odtwarzacz video to był szczyt techniki, posiadali nieliczni; skala ocen 2 (niedostateczny) – 5 (bardzo dobry); dwa egzaminy pisemne, trzy ustne; informacji szukaliśmy w książkach; wstydem było chodzić na korepetycje; prace zaliczało ponad 70%; trója u prof. Cyrandola była więcej warta niż piony u innych matematyków, fizyka z prof. Klinem to była jazda bez trzymanki, polski z prof. Kubiszewskim - cymes!

W 1990 pisało się listy, takie prawdziwe – piórem po papierze! I ja też pisywałam. Ten tutaj to do mojego chrzestnego. O mojej maturze. Nie pamiętam – czy go nie wysłałam, czy może właściwą wersję przepisałam na czysto, a ta tutaj to brudnopis… Opis dzisiaj, po 22 latach, wyciska ze mnie łzy – śmiechu (ależ ja byłam… no byłam taka…) i wzruszenia ;) „Potopu” do dziś nie przeczytałam ani nie obejrzałam, to nie moje klimaty. Za to „Faraona” czytałam razy kilka. I już wiem, co znaczy „profit” :)

Kto nie lubi czytać czyichś listów? :) Pisownię zachowałam z oryginału. Poczytajcie, o czym uprzejmie chciałam donieść Wujkowi Zygusiowi przed prawie ćwierć wiekiem…

Z podziękowaniami dla siostry mojej Krzysztofy (dzisiaj Alfuth), która tak mi dzielnie sekundowała, kiedy w 1990 kwitły kasztanowce.

Barbara Dembek-Bochniak






Dzień dobry Wielce Szanownemu Wujaszkowi Zygmuntowi!

Pragnę w owym liście donieść Wujkowi, iż dnia 24 maja, to jest w czwartek, złożyłam pomyślnie ostatni egzamin ustny typu maturalnego zdając niniejszym egzamin dojrzałości i otrzymując pełne wykształcenie średnie. A teraz po kolei.

Dzień 7 maja był dniem składania egzaminu pisemnego z języka polskiego. Oto tematy:
1. Przyjmując, iż literatura to swoisty kanon prawd moralnych omów te, które są dla ciebie najbliższe.
2. Różne koncepcje służby dla społeczeństwa (narodu). Omów na podstawie wybranych przykładów z literatury polskiej.
3. Żart - satyra - śmiech jako dezaprobata istniejącej rzeczywistości. Omów na przykładach z jednej lub kilku epok literackich.

Ja napisałam na temat nr 2. Koleżanka z klasy ogólnej (moja dobra kol.) pytała mnie, czy „Dąbrowska” pisze się przez „ą” czy „om”. Pisała na ten sam temat. Ja opisałam całe Średniowiecze, Odrodzenie, Barok, Oświecenie i już chciałam na Romantyzmie i Pozytywizmie zakończyć, bo miałam napisane 12 stron kancelaryjnego. Ale pomyślałam, że skoro Alina pisze o „Nocach i dniach”, to wypada też o nich wspomnieć. No i przyczepiłam je do Młodej Polski (a to jest XX-lecie międzywojenne). Przyjechałam do domu zadowolona bardzo. Tematy mi pasowały, napisałam dosyć dużo… Poszłam spać. Gdy się obudziłam, to coś mnie tknęło i spojrzałam do książki jakiej epoce przypisać „Noce i dnie”. Jak zobaczyłam, że XX-lecie, to się zdenerwowałam, gdyż Kubeł mówił kiedyś, że raz dziewczyna jakaś Dąbrowską przypisała do pozytywizmu i otrzymała ocenę ndst. Z mety. W sumie miałam z tej powieści 5 linijek na 13 stron, ale i tak cały dom postawiłam na nogi. Potem czekałam 9 dni na wyniki.

8 maja był pisemny egzamin z matematyki. Było 5 zadań:
1. Przebieg funkcji z bezwzględną wartością i translacją i ilość pierwiastków w zależności od parametru.
2. Pole i objętość bryły będącej wynikiem obrotu dookoła osi OX powierzchni ograniczonej krzywą całkową (trzeba ją było znaleźć), normalnej i stycznej do niej w (e,1). To zadanie mieliśmy na maturze próbnej i Cyrandol wysłał je do Gdańska.
3. Rachunek prawdopodobieństwa połączony z równaniami wykładniczymi.
4. W przestrzennym ukł. współrzędnych znaleźć czwarty wierzchołek 4-ścianu, sprawdzić czy jest on foremny i znaleźć jego pole powierzchni i objętość.
5. Były 2 równania z parametrem, oba trygonometryczne i takie, że mniejszy pierwiastek pierwszego był równy sumie kwadratów drugiego.

Ja zrobiłam wszystkie sama. Nawet doszła do mnie ściąga, ale ją jako istota lękliwa schowałam zaraz do pudełka od atramentu. Można było deklarować do sprawdzenia 3, 4 lub 5 zadań (on [egzaminator] sam z pięciu trzech nie wybierał). Ja miałam 3 pewne zrobione dobrze, ale szkoda mi było, aby dwa pozostałe były niedocenione i zadeklarowałam wszystkie 5. Zadanie z rachunku to sprawdzałam w ten sposób, że zrobiłam na wariacje bez powtórzeń, potem na kombinacje i ten sposób, w którym były lepsze (ładniejsze) wyniki, zostawiłam. Był to, jak pierwotnie przypuszczałam, sposób I. Wyszłam też zadowolona. W domu zaczęłam znowu wymyślać błędy, ale na tę 4 liczyłam.

Po nerwowym tygodniu (9 dni właściwie) nadszedł dzień ogłoszeń wyników. Miały być o 12:00, ale dyr. powiedział, że będą między 13:00 a 14:00. Ja jednakże byłam na miejscu o 12:30 i wyniki były. Byłam tam z Krzysią i oczom nie wierzyłam. Patrzyłam raz i drugi i nawet palcem jechałam, czy to aby na pewno moje. Z języka polskiego otrzymałam ocenę: dobra, a z matematyki: bardzo dobra. Cała szczęśliwa pędziłam ku wyjściu i akurat szedł Plastuś (pan od plastyki) z kamerą video i od razu udzieliłam mu wywiadu. Podobno trochę śmiesznie wypadł. Teraz kupiłam sobie kasetę i nagrałam na nią materiał. A składa się ze Studniówki, ostatniego dnia w szkole (chłopcy z klasy filmowali każdego po kolei, ostatnią lekcję z fizy i uroczyste pożegnanie), matury pis. z polaka (przyszedł filmować Plastuś), no i tych wyników. A może być, iż kiedyś kupimy sobie videlec i będziemy mieli pamiątkę.

Po wynikach spotkałam Cyrandola i z tej radości mu się rzuciłam na szyję. Na drugi dzień złapała mnie pani v-dyr. Dembińska i powiedziała: „Słyszałam Basiu, że z tej radości uściskałaś wczoraj prof. Cyrankowskiego! To się od razu po całej szkole rozeszło”. Na konsultacjach z fizyki dyr. Klin udzielił mi publicznej pochwały mówiąc, iż „no, Dembek nam zabłysnęła”. A gdy się dowiedział, że deklarowałam wszystkie, to stwierdził, że „No, to mi się podoba Dembek. Trzeba być ambitnym do końca”. Sorry, iż tak się chwalę, no ale jak tak mówili. Bo na koniec IV kl. z matematyki miałam ocenę: dst, chociaż miałam 8 czwórek. Z polaka na koniec miałam ocenę: db.

Od poniedziałku zaczęły się matury ustne i w poniedziałek miałam j. rosyjski. W komisji siedziała dyr. Waśkowska i jak mnie zobaczyła, to zaczęła się o Krzychę wypytywać (jak już byłam do odpowiedzi). Tekst przetłumaczyłam i przeczytałam i streściłam bezbłędnie (o rozmnażaniu niedźwiedzi). O Warszawie mówiłam też ładnie: 1 błąd, ale Waśkowska się przyczepiła, że nie wymieniłam bardzo ważnej fabryki: cukierków. Zdania miałam do tłumaczenia te, które miałam na sprawdzianach zawsze źle. No i 2 sknociłam (na 10). I dostałam ocenę: dobra. Wg mnie trochę niesprawiedliwie.
Za 2 dni miałam ustny z fizyki (u dyr. Klina). Dzień przed tym prosiłam Krzysię, żeby mnie przepytała. Krzysia mi dawała 2 razy ten sam temat, a ja go nie mogłam nijak zacząć. Nawet ze złości 2xzeszytem o podłogę cisnęłam. Paniki narobiłam. Na egzamin wchodziłam ostatnia. Jak zobaczyłam tematy, to mną wstrząsnęło.

1. Ruch jednostajny po okręgu.
2. Omów pojemność przewodnika z prądem i kondensator płaski.
3. Zadanie na fale rentgenowskie połączone z falami de’Broigle’a.

Ale potem przeczytałam jeszcze raz i odetchnęłam. Bo w pierwszym momencie wydawało mi się, iż to pierwsze to chodzi o bryłę sztywną (a to było okropne, ale to tak z nerwów). Drugi to ten temat, co mnie Krzysia 2x tak pytała. Zadania do matury przeliczyliśmy wszystkie oprócz 3 z IV kl., a to było jedno z tych trzech. Tak lekko weszłam na salę, bo całkiem przed tym szli koledzy z IIIa i mówili, że taaak trzymają kciuki (moje dawne miłości, bo teraz to się w innych kocham). Przede mną były takie stękały (chłopak oblał, dziewczyna dostała 3) i Klin rzekł: „No, Dembek, pociesz nas na zakończenie”.

Te 2 tematy omówiłam śpiewająco, zadanie wyliczyłam też dobrze (trochę na wyczucie) i Klin stwierdził, iż „No, Dembek, to nam poprawiłaś te humory”. Z fizy oblało 2, a jako jedyna z dziewcząt otrzymałam ocenę bardzo dobrą (na koniec IV kl. miałam dst). A z matmy to bdb dostały tylko 2 dziewczyny od nas (ja i Magda – córki nauczycielki – o niej za chwilę).

No i dziś miałam z polaka. Ale świrowałam równo, bo do tego egzaminu to uczyłam się raptem 6 godzin. Dostałam tematy:

1. Satyra jako broń polityczna w oświeceniu.
2. Charakterystyka porównawcza Kmicica i Soplicy.
3. Kryterium historyczne poprawności językowej.

Wszystko pięknie, ale to były chyba najgłupsze pytania, tym bardziej że miałam bohatera z „Potopu” – książki, w której w swojej karierze nie zdołałam przeczytać. W komisji był Klin, który chyba tylko „Potop” czytał i wszystkim zadawał pytania z niego – typu jak miał na drugie imię Wołodyjowski. Mnie spytał, jaki charakter miało jego (Kmicica) małżeństwo z Oleńką – chodziło o to, że był pantoflarzem; czy K. zmienił nazwisko – a ja powiedziałam, że nie; gdzie nastąpiła przemiana duchowa Kmicica: wg zeszytu mojej mamusi, to na uczcie w Kiejdanach, a to było po jakiejś rozmowie z Bogusławem. Poza tym na pierwsze też troszkę poświrowałam, a Klin cały czas się śmiał. No i w końcu dostałam, tak jak 2/3 klasy ocenę dostateczną. I tak dobrze. I jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy profit.

Moja klasa w ogóle miała te dni tragiczne. Dziewczyna, która oblała fizę, w ten sam dzień wieczorem jechała z siostra swoją Lancią ponad setką i z lasu wybiegła sarna. Kamila w nią uderzyła i zjechała w rów. Teraz ze szwami na całym ciele leży w szpitalu. Dziś poszła ją odwiedzić ta Magda (same piątki z matury, a wypadek był wczoraj). W szpitalu wzięło ją na wymioty. Na nie brało ją już wczoraj, jak spadła z drabiny (bo budują nowy dom i do jej pokoju nie było schodów tylko drabina, no i właśnie z niej Magda spadła). Zaraz wzięli ją na obserwację i okazało się, że Magda ma wstrząs mózgu. Jej mama teraz chodzi taka uryczana. A zaraz po zakończeniu roku szkolnego, we wtorek, zginęła w wypadku samochodowym koleżanka z równoległej klasy ogólnej, z którą to koleżanką ćwiczyłam na lekcji łączonej wf. To było o tyle tragiczne, że ona nie chciała jechać do Berlina (zginęła w drodze powrotnej, 9km od Starogardu). W tym wypadku zginął też jej tata. No i tyleż tragedii w ostatnim czasie w tym naszym ogólniaku.

Ja się cieszę, że zdałam, tym bardziej, że wyniki z pisemnego miałam lepsze od moich koleżanek z byłej ósmej klasy, które w LO były pierwszymi uczennicami – ja też nieźle stałam w owej hierarchii. W ogóle identyczne jak ja oceny otrzymał mój kolega z klasy, ze Skórcza.

To tyle Wujaszku. Pozdrowienia dla Cioci i Kuzynów od nas wszystkich na czele z
Basią.
Ja osobiście przepraszam za pismo, ale mam już taki profesorski charakter. Sorry również za sam styl wypowiedzi, ale ja piszę tak, jak mówię, więc momentami to może mieć nieco dziwny charakter. Wujek to chyba rozumie?!
A w ogóle to jestem taka zadowolona!...