TADEUSZ MAJEWSKI. Nie płacz dziecko - mamrocze mama ojczyzna
wtorek, 06 listopad 2012

Trasa od nas do Modlina to dzisiaj pryszcz. Przepisowe 140 km/h na A-1, a potem nieźle na „dziesiątce” o całkiem dobrej nawierzchni. Akurat jest sobota i jedzie mało tirów. Szkoda, że od strony Torunia trzeba często hamować ze względu na liczne miejscowości i skrzyżowania, ale jeszcze przed Sierpcem już można do dechy. Gdyby nie te miejscowości, dałoby się zmieścić w dwóch godzinach. Z „dziesiątki” wjeżdża się na S7. Ma nierówną nawierzchnię, zwłaszcza na prawym pasie. Dziwne, bo przecież droga z północy zmierzająca w samo serce Warszawy. I bez zjazdu na obwodnicę, bo tej jeszcze nie ma i nie zapowiada się, że będzie. Obwodnicę, jaką ma na przykład Budapeszt od strony Pesztu. Podaję to miasto za przykład, bo w tej części Europy.

Terminal w Modlinie jest mały. To filia Okęcia. Na parkingu nie mieszczą się już auta. Sporo z nich ma rejestrację ukraińską, są też z rosyjską. Sam obiekt przypomina lotniczy hangar. W środku, jak na innych terminalach, dominuje kolor siwy i jego wariaty, ze srebrnym włącznie (hej, srebrny to wariant siwego?).

Siadamy na piętrze, na solidnych ławkach w kolorze też siwym. Konstrukcja budynku bez żenady odsłania stalowe żebra. Wciskający się industrializm. Tak samo urządzenia w środku, na przykład winda. Stalowy szkielet i szkło. I wszystko widoczne. Rusza z parteru, mięciutko sunie na piętro niosąc trzy blond hostessy w jednolitych płaszczykach. 



Damien krótko opowiada o podobnych terminalach w USA. Tam również są takie małe jak ten w Modlinie, ale wielkie firmy dbają o klienta. Jest gdzie usiąść, a nawet zjeść. Tu i tam – nie ma pod tym względem porównania. Liczę z góry stalowe krzesła. Z tymi na piętrze wychodzi mi mniej niż w nędznym autobusie PKS. Wyciągam spod krzesła porzuconą „Rzeczpospolitą”, próbuję czytać tekst o Janowiczu. Za mała czcionka. A gdy byłem w ogólniaku, okulistka zapewniała mnie, że mam wzrok na dwa życia.

Idziemy na dół. Na elektronicznej tablicy zmieniają się nazwy miast, których uczyłem się na lekcjach geografii. Ależ ten świat stał się dla nas otwarty. Dla nas, to znaczy dla ludzi zwolnionych z więzienia demoludów.

Przed wagą ustawia się wężyk na ogół kobiet z bagażami. Mężczyźni robią tu za pożegnalnych statystów, chociaż nie generalizujmy. Kobiety są bardzo ładnie i modnie ubrane. O, na przykład ta pani – kremowe legginsy opinają jej silne uda i kształtną pupę. A za nią druga – również w legginsach. Szczupła, długonoga. Urocze dwa przeciwieństwa.

Tu i tam przemykają pracownicy ochrony o czujnych oczach.

Ostanie rozmowy przed wejściem do strefy odlotów. Pożegnania, kapią łzy. Śliczna dziewczyna w mundurze w bardzo życzliwym uśmiechu pokazuje niewiarygodnie białe zęby. Byłaby świetna w reklamówce „Śnieżki”. Sprawdza bilety, gościnnie zaprasza. Wąż być może przyszłych opiekunek, pracownic na zmywaków, pielęgniarek itp. powolutku znika za wielkim wejściem jakby za bramą do innego wymiaru. Po drugiej stronie ci wyżsi jeszcze kiwają do żegnających.

Znika też rudowłosa, drobna kobieta. Jest wystraszona, to jej pierwszy lot. Nie miała wyboru – dwoje dzieci w wieku przedszkolnym i praca za 1400, śmieciówka.

Nie płacz maleńka – mówi po cichu przez ukryty megafon mama ojczyzna. A może to nie megafon, a podszept serca. Fe, jakie to staromodne - serce. Nie płacz maleńka, to nic. Qwa – daj sobie spokój z tym sentymentalizmem – mówi Damien. Co to za wyjazd? Przy takiej komunikacji, w skurczonym do bólu świecie, do bólu bo beznadziejnie nieromantycznym, to przecież jakby wyjazd do innego powiatu, no, może województwa, powiedzmy nowocześnie - landu, przepraszam: regionu. To zwykła wycieczka do miejsc, gdzie łatwiej rodzić dzieci, żyć, gdzie właściciel firmy zrobi przerwę w ciągu 12 h pracy na herbatę, da wyjść na siusiu albo nie skoczy na ciebie z baseballowym kijem i nie poszczuje bulem, co jest dygresją do niedawnej sytuacji, jaka miała miejsce w naszym miasteczku. Tak widocznie musi być – normalne ciążenie z prowincji do centrów. Nie płacz, dziecinko, przecież jeszcze dzisiaj włączymy internet i pogadamy przez skejpa, więc to drobnostka, takie rozstanie - przejdziemy z trójwymiarowego kontaktu w dwuwymiar, niewielka zmiana.

A kiedyś tam możesz wrócić. Chociaż właściwie po co? Już jest nas tam ponad dwa miliony, chyba dwa miliony sześćdziesiąt tysięcy. Z ostatniej fali emigracji. I wyjeżdża coraz więcej.

W drodze powrotnej przerwa na smsy. Ciekawe, kto pierwszy zdąży – czy my do domu, czy oni do Hanoweru, Manchesteru, Limerick i gdzie tam jeszcze. Kto pierwszy wyśle smsa.

Bahna otwiera laptopa. Tekst po angielsku, ale rozumiem. Z księgi demotywatorów. Och, jakże budujące zakończenie tej opowiastki.