EDMUND ZIELIŃSKI. Janek Stachowiak i jego ród - część VII
piątek, 07 marzec 2014

Powoli zbliżamy się do końca pasjonującej sagi rodu Stachowiaków. Gdyby rozszerzyć pewne kwestie, byłaby z tego książka. Da Bóg, może taką napiszę.

W tej części chciałbym jeszcze wrócić do młodych lat pana Franciszka Stachowiaka. Uszło mojej uwadze, przepraszam rodzinkę Stachowiaków, że umiejętności kierowcy – mechanika pan Franciszek zdobył w Warsztacie Samochodowym Firmy Chmielecki w Tczewie.














Naukę pobierał tutaj od 1 listopada 1928 do 24 października1931. Tuż przed egzaminem końcowym otrzymał powołanie do odbycia służby wojskowej (26.10.1931) i po powrocie z wojska ukończył szkolenie teoretyczne na kursie w Toruniu. Dnia 27 października 1934 roku zdał egzamin przed komisją egzaminacyjną, której przewodniczył inż. Lewandowski. Miało to miejsce w Urzędzie Wojewódzkim Pomorskim w Toruniu. Otrzymał uprawnienia szofera -mechanika, o czym świadczy jego prawo jazdy Nr 2724 wydane przez UWP w Toruniu. Na podstawie tego dokumentu władze okupacyjne wydały prawo jazdy niemieckie.

Wracam do młodszego pokolenia z rodu Stachowiaków, konkretnie do naszego przyjaciela Janka Stachowiaka.

Janek urodził się 3 listopada 1945 roku w Zblewie przy ulicy Północnej 1 w domu pana Jaworańskiego. Ponad 6 lat bawił się z kolegami na „Kozim Rogu”. Towarzyszami jego dziecięcych zabaw byli: Jerzyk i Stasiek Narloch, Zbyszek i Rysiu Chyła, Heruś Mija, Józef Wołoszyk, Leon Jasiński, Albin Sulewski, a szefem tej gromadki był Gerard Sulewski. Jego brat Danek Sulewski robił im zdjęcia, które mogły się zachować w zbiorach Państwa Sulewskich. Może Albin, trzeci brat z rodzeństwa Sulewskich, jest w ich posiadaniu?

 




Hania Surówka w „Ogródku Jordanowskim”




Janek Stachowiak z siostrą Janką



Tutaj oddam głos Jankowi, który tak pisze.

Na piętrze mieliśmy trzy pokoje, kuchnię i bardzo obszerny korytarz. W podwórku była ubikacja i chlewik, w którym miałem króliki i małą kózkę. Dnia 7 września 1952 roku w nocy wybuchł pożar w stodole, niedaleko od okien naszego mieszkania. Do późnego wieczora w tej stodole młócono zboże należące do pana Krügera i ktoś zaprószył ogień. To były moje pierwsze dni nauki w szkole, pierwszej klasie. Był to pożar, który zagrażał całej wsi. Dzięki Bogu spadł obfity deszcz, który ograniczył niszczące działanie płomieni. W wyniku pożaru straciliśmy prawie wszystko. Czego nie zniszczył pożar, zostało rozkradzione przez niektórych mieszkańców. Jeszcze po wielu latach rzeczy z naszego mieszkania odnajdowaliśmy przypadkiem u niektórych nieuczciwych ludzi. Mógłbym wymienić nazwiska, ale nie chcę, zachowam je w mojej pamięci.

 



Na zamarzniętym jeziorze w Raduniach 1969. Od lewej najmłodsza siostra Hani z narzeczonym Edkiem, Mieczysław i Halina Surówka –rodzice, synek Andrzej oraz Hania i Janek Stachowiak



Hania i Janek Stachowiak 1968


Nikt z lokatorów nie miał ubezpieczenia na mieszkanie. Jedynie pan Jaworański dostał skromne odszkodowanie. Trochę się zadłużył i dom pokrył nowym dachem, pod którym nie było już miejsca na mieszkania na piętrze. Zamieszkaliśmy u Państwa Krajewskich koło młyna. Tutaj spędziłem najpiękniejsze lata mego dzieciństwa. Pod nosem miałem rzekę, stawy, lasek i okalające nas pola i łąki. Stale coś działo się na podwórku – zajęcia gospodarskie, tutaj lekarz weterynarii pan Gapa leczył zwierzęta, budował się tartak, a panu Wernerowi pomagałem przy koniach, które nazywały się – Pupa, Orzech i Wałach. Z panem Franciszkiem Krajewskim wyjeżdżałem jego „Dekawką” (niemiecki samochód osobowy marki DKW – E.Z.) do różnych miejsc. Tutaj miałem wspaniałych przyjaciół do chłopięcych zabaw. Najmilszymi mojemu sercu byli – Edek Herold, Geruś Straszewski, Staś Kłos, Gienek Bruski, Janek Wasilewski i wielu innych. To Edek Herold i Geruś Straszewski wiosną 1953 roku namówili mnie, bym został ministrantem w zblewskim kościele. Byłem jeszcze w pierwszej klasie. Było to dla mnie ważne przeżycie! Sumiennie służyłem do mszy świętej, a początkowo na msze poranne chodziła zemną moja mamusia.

Mile wspominam czas zamieszkania przy ulicy Młyńskiej, i mógłbym dużo napisać o tych minionych pięknych czasach. Prawie codziennie bawiłem się z Edkiem Heroldem. Często razem pasaliśmy ich krowę w miradowskim lesie koło Krauzów. Kilka razy, kiedy graliśmy w piłkę (siostra Edka Lidźka stała na bramce), krówka nam uciekła. Pognała na skróty przez pole pana Mazurowskiego do swojej obory. Po prostu w trakcie zabawy o krasuli zapomnieliśmy.

W roku 1961 zamieszkaliśmy u dziadka Stanisława Stachowiaka przy ulicy Kościerskiej (…)

Dom państwa Krajewskich był mi dość dobrze znany. Zanim Janek z rodziną tutaj zamieszkał, przez krótki czas i ja w tym domu mieszkałem - w późniejszym Janka mieszkaniu. Moja siostra Danusia uczyła się za fryzjerkę u pana Ignacego Birny. Nasi rodzice wynajęli jej pokój u państwa Krajewskich, by w okresie jesienno zimowym nie musiała wieczorową pora wracać do domu w Białachowie. Od czasu do czasu zostawałem po szkole na noc – miałem bliżej do szkoły, a Danusi było raźniej.

Bywałem tutaj też u kolegi Gerarda Straszewskiego. Mieszkał z mamą w drugim mieszkaniu na strychu domu państwa Krajewskich. Ten dom znam. Już jako kawaler, może to był 1959 rok, odwiedzałem z innymi kolegami braci Janka. Pamiętam, jak spotkaliśmy się u państwa Stachowiaków w drugi dzień świąt Wielkanocnych, bardzo wcześnie rano, był też Bronek Herold, i poszliśmy szmagać , dyngować rózgami brzozowymi po nogach nasze koleżanki. Tam też jeden z braci Janka - Heniek albo Franek, nauczył mnie wiązać krawat w trójkącik. Do dziś w ten sposób wiążę swoje krawaty.

 



5 – Janek na swoim motocyklu WSK, pośrednim sprawcą miłości do Hani

 



Hania Surówka 1968


 

 


Był sierpień 1965 roku. Jeszcze mieszkałem w Zblewie i nie wiedziałem o tym, że za rok przeprowadzę się do Gdyni, by pójść za wybranką mego serca, z którą Dzięki Bogu do dziś żyję. O ile dobrze pamiętam lato tamtego roku było bardzo upalne. Dla mnie obfitowało w smutki i radości. Zmarł mój ojciec i poznałem młodą dziewczynę, która stała się moją żonką.

W tamtym czasie do większych wsi i miasteczek przyjeżdżały „Wesołe Miasteczka”, jak nazywaliśmy te ruchome miejsca rozrywki na świeżym powietrzu. W skład takiego miasteczka wchodziła karuzela - jako najważniejszy obiekt, huśtawki, kabiny śmiechu z lustrami wykrzywiającymi przeglądające się osoby itp. I do Zblewa karuzela zajechała. Ta miała już napęd elektryczny. A pamiętam jeszcze takie w Zblewie, które napędzane były siłą mięśni młodych chłopaków. Powyżej obręczy, do której mocowane były łańcuchy z podwieszonymi krzesełkami, był specjalny podest. Tam po schodkach wchodzili młodzi mężczyźni i na polecenie „kierownika” karuzeli zaczęli popychać skrzyżowane ze sobą belki, do których zamocowana była zasadnicza część karuzeli. Tym samym karuzela zaczęła się kręcić. Myślę, że karuzela kręciła się około 5 minut. Po kilku takich „kursach” popychacze mogli darmowo skorzystać z karuzeli. Chętnych było wiele.

To było prawdziwe święto, gdy w Zblewie była karuzela. Zwykle stawiano ją przy byłym ryneczku na placu zabaw starego przedszkola, do którego uczęszczał nasz Janek wraz z Marylką Gajewską, Różą Gamalską i innymi dziećmi. Dziś na tym placu stoi Urząd Gminy i Gminny Ośrodek Kultury. W latach 50 tych XX wieku stare boisko Zblewskiego „Sokoła” w sąsiedztwie starej szkoły przy ulicy Chojnickiej, również było miejscem zabaw mieszkańców Zblewa, które oferowało „Wesołe Miasteczko”.

Któregoś dnia w sierpniu 1965 roku przyjechał ten ruchomy plac zabaw i rozłożył się na starym miejscu. Jak długo gościł w naszej wsi – już nie pamiętam. Sądzę, że tydzień na pewno. Po pracy zbieraliśmy się wokół tego osobliwego miejsca rozrywki – młodzi, starsi i całkiem starzy. Wśród ostatnich nie brakowało malkontentów, którzy wspominali dawne czasy z dawnymi karuzelami mówiąc – co to tera je, tedy to byli kranćki! Przyjeżdżali też gościnnie mieszkańcy z innych wsi, miedzy innymi z Miradowa.



Janek z Hanią 1968



Hania z Jankiem na zamarzniętym jeziorze w Raduniach


 


I tutaj zaczyna się historia miłości Hani Surówki i Janka Stachowiaka. Janek miał wtedy 20 lat i, jak każdy chłopak w jego wieku, pilnie rozglądał się za pięknymi dziewczynami. Wykorzystał też w tym celu zgromadzenie młodych dziewczyn przy karuzeli. Jak było dalej opowie sam Janek. Rozmawiałem z chłopakami z Miradowa, wśród nich były ładne dziewczyny i na jedną zwróciłem uwagę. Była to piękna, młodziutka blondynka i bardzo zawstydzona. Zdołałem się dowiedzieć, że mieszka w Miradowie w „Pałacu”, a jej ojciec jest głównym księgowym w miejscowym Państwowym Gospodarstwie Rolnym, a ona od września idzie do drugiej klasy Technikum Chemicznego w Starogardzie. Po tej krótkiej rozmowie pojechałem na moim motorze WSK (Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku – E.Z.) do domu na kolację. Pracowałem w tym czasie na kolei jako elektryk (PKP Odcinek Elektroenergetyczny Gdańsk) i uczyłem się w Zaocznym Technikum Kolejowym w Bydgoszczy. Wolnego czasu miałem bardzo mało, więc nie umawiałem się na żadne następne spotkanie. Również z tego powodu, że ta DZIEWCZYNKA nie miała jeszcze 16 lat. Było już późno, prawie zmierzchało i postanowiłem jeszcze na chwilę pojechać do wioski. Karuzela się nadal kręciła, a ludzi było jeszcze więcej. Rozmawiałem z Józiem Zalewskim, kiedy podeszła dziewczyna, którą trochę znałem, Basia miała na imię i zapytała - czy mógłbyś nas zawieźć do domu do Miradowa? Zapytałem, a ile was jest, na co ona odpowiedziała – moja siostra Hania i koleżanka Renia Czajkowska. Odpowiedziałem Basi, że najpierw zawiozę dwie, następnie jedną. I w tym momencie Józek Zalewski mówi do mnie – Janek, pod Gospodą stoi Cesarczyk (milicjant z drogówki, który nadzwyczaj gorliwie ścigał wszystkich łamiących przepisy ruchu drogowego – E.Z.) Więc zmieniłem zdanie i powiedziałem, że pojedynczo je odwiozę. Tak też zrobiłem. Po tygodniu Jaś Rumiński poprosił mnie abym go zawiózł do Miradowa do świetlicy, która znajdowała się pa parterze pałacu, w którym mieszkały wspomniane dziewczyny. Jaś Rumiński dorabiał jako „Kaowiec” (pracownik do spraw kulturalno-oświatowych). Starszy brat Jasia –Alojzy, był w tym czasie przewodniczącym zakładowej organizacji związkowej i organizował wiejskie potańcówki (namiastki dzisiejszych dyskotek – E.Z.). Zostałem na tych tańcach. Najpierw bawiłem się z Renią, potem z Hanią (obie przyszły bawić się do świetlicy). Już pod koniec zabawy Hania zapytała – będziesz na następnej potańcówce? Odpowiedziałem, że chyba tak. Tego lata kilka razy byłem na tańcach w Miradowie i bardzo się z Hanią zaprzyjaźniłem.

W ten sposób znajomość Hani i Janka, potem przyjaźń, przerodziła się w piękną trwałą i szczęśliwą miłość, która trwa…

O tym, co było dalej - w następnym odcinku.


Gdańsk luty 2014

Cdn. Edmund Zieliński


Halina i Mieczysław Surówka z córkami Hanią i Danką


Mały Janek Stachowiak