EDMUND ZIELIŃSKI. Pamiętam to dobrze [Białachowo [okupacja i wyzwolenie] – część II
sobota, 09 kwiecień 2016
Żołnierze frontowi jak wpadli tak i wypadli. Nadciągnęła cała rzesza oddziałów tyłowych i innych formacji. Zrobili sobie jakiś dłuższy odpoczynek, bo w lesie dziadka urządzili dobrze zorganizowany obóz. Stało tam mnóstwo czołgów, samochodów i innego sprzętu wojskowego. Znaczna część dziadkowego lasu przypominała leśne miasteczko. Na skraju lasu od strony jeziora żołnierze wykopali cały rząd ziemianek (nazywaliśmy je bunkrami) wzdłuż których biegła piaszczysta alejka obsadzona iglakami.

Po prostu wycinali małe świerki i wsadzali w ziemie. Ziemianki były pokryte drągami i przykryte słomą obrzuconą ziemią. Była dobrze zorganizowana infrastruktura socjalno-bytowa. Po przeciwległej stronie był fryzjer, szewc, krawiec, lazaret i swego rodzaju leśny teatr, gdzie żołnierze oddawali się rozrywce. Podobne dwie ziemianki powstały za stodołą dziadków Redzimskich. Jak później się dowiedziałem, w Białachowie stacjonowały wojska wchodzące w skład 65 Armii gen. Pawła Batowa, która parła na Gdańsk.

Zapamiętałem kilka zdarzeń związanych z pobytem żołnierzy radzieckich w gospodarstwach moich dziadków Redzimskich i Zielińskich. Pewnego razu przyszedł do mojej mamy oficer radziecki z propozycją upieczenia placków ziemniaczanych. Mama powiada, że nie ma na czym, nie ma tłuszczu. No to on poszedł do spiżarni babci i przyniósł kawał słoniny. Rządzili się, jak chcieli. W kuchni babci gotowali jakąś zupę. Pamiętam, jak jeden z żołnierzy wziął mnie na kolano i zachęcał do jedzenia tej strawy mówiąc: Kuszaj malczyk, kuszaj. Jadłem, była tak smaczna, że zapamiętałem jej smak do dziś. Była zawiesista, koloru beżowego, z drobinami mięsa. Wspominam tego żołnierza i zastanawiam się, co się z nim stało – przeżył, może poległ?

Były i mniej przyjemne zdarzenia. Pewnego razu mocno zdenerwowany wrócił nasz ojciec od dziadków Zielińskich i powiada, że obronił ciocię Teklę (swoją siostrę) przed gwałtem. Jeden z żołnierzy napastował ciocię, a gdy ojciec stanął w jej obronie, ten wyciągnął krótki bagnet i zamachnął się na ojca. Ojciec wybił mu bagnet z ręki. Na szczęście nadszedł radziecki oficer i poskromił swego podwładnego. Ojciec podniósł z ziemi bagnet i chciał oddać oficerowi. Ten odrzekł – Wozmitie suwienir. Bagnet uchował się do dziś.

Kiedy wojska radziecki odeszły na Gdańsk, chodziliśmy do dziadkowego lasu obejrzeć byłe obozowisko. Tam walało się wiele sprzętu wojskowego. Było mnóstwo części gąsienic czołgowych, koła różnego typu, a w ziemiankach, gdzie spali żołnierze, walało się wiele amunicji strzeleckiej. Z bratem Jerzym znaleźliśmy komplet narzędzi chirurgicznych. Część zachowała się do dziś. Walały się jakieś dywany, sfatygowane mundury. Znajdywaliśmy puszki konserw i słoje z kompotem. No, te ostatnie z pewnością pochodziły ze spiżarń okolicznych gospodarstw. Las dziadka bardzo ucierpiał. Trzeba było to wszystko doprowadzić do porządku, a to trwało. Tutaj najwięcej pracy włożył wujek Willi Shineman – kuzyn babci Antoniny z Berlina. A tak naprawdę Willi był wychowankiem moich pradziadków. Jak wspomina moja siostra Danusia, był żonaty, miał syna Stefana, piosenkarza. Można było go usłyszeć w Deutsche Funk (radiu niemieckim) w latach sześćdziesiątych. Wujek Shineman z wykształcenia był felczerem. To dzięki niemu zachowałem swój palec odcięty siekierką (wspominam o tym w mojej książce „Na ścieżkach wspomnień…”), a mój młodszy braciszek przeżył szkarlatynę. On też sprawił, że las dziadka Franciszka odzyskał dawny wygląd. Wujek Shineman zasypał wszystkie ziemianki. W 1946 lub 1947 roku wyjechał do Niemiec.

Niedawno odwiedziłem swoją wieś Białachowo i nie sposób było pojechać do byłego dziadkowego lasu i oddać się wspomnieniom. Po drodze sfotografowałem dwie boże męki, budowniczym których był mieszkaniec Białachowa pan Marian Artuna, urodzony w 1910 roku – zmarły w 1994, o czym poinformowała mnie moja kuzynka Marlena Baniecka. Kapliczkę mojego dziadka pan Artuna postawił w 1945 roku. Niestety, nie wiem, kiedy powstała kapliczka stojąca w samej wsi. Moja siostra mówi, że gdy chodziła do szkoły w Białachowie w czasie okupacji, kapliczka już tam stała. Czyżby Niemcy ją oszczędzili? Jak mówi Marlena, w czasie remontu kapliczki został zatynkowany rok jej budowy.

Zatrzymałem się w lesie. Stary drzewostan pamiętający obozowisko żołnierzy armii radzieckiej został wycięty przez wujka Franciszka i posadzono nowy las. Dziś liczy sobie już pół wieku i w niewielkim stopniu przypomina las czasu wojny, bo i właściciel się zmienił.
Wyjeżdżając z lasu zatrzymałem się jeszcze przed krzyżem wujka Benka, postawionego z wdzięczności za ocalenie życie Benedykta Zielińskiego, który powożąc końmi wóz najechał na minę. Było to 6 marca 1945 roku. Otoczenie krzyża zadbane, nowy płotek, porządek.

Pozostały wspomnienia – te dobre i złe. Żyje już niewielu świadków czasów minionej wojny. Oby nigdy więcej ludzkość nie doznała doświadczeń tamtych strasznych czasów.

Gdańsk 8 kwietnia 2016 Edmund Zieliński



Zdjęcia:





Kapliczka dziadka Franciszka



Kapliczka stojąca we wsi Białachowo



Krzyż wujka Benka. Pisze o nim w swojej książce „Na ścieżkach wspomnień…”



Miejsce stacjonowania wojsk radzieckich w 1945 roku

PRZEJDŹ DO CZĘŚCI 1