PAULINA - BLOG PIELĘGNIARKI. Życie w luksusie. Niebieska broszura
środa, 01 marzec 2017

Życie w luksusie


Praca, dom, praca, dom. 4 – 5 długich, prawie 13-godzinnych dyżurów w tygodniu. To wszystko, aby spełnić swoje marzenie – kupić mieszkanie w Polsce. W domu w Manchesterze zyskaliśmy nowych współlokatorów. Najpierw do małego pokoiku, nazywanego przez Anglików „box roomem”, ponieważ mieścił jedynie łóżko i półkę, wprowadził się Karol. Po miesiącu Karol znalazł sobie dziewczynę w Polsce, która również z ochotą przystała na jego propozycję zamieszkania w Anglii i zarabiania „kupy kasy”. W taki sposób, w pokoiku 2x2 metry zamieszkała dodatkowa para Polaków, o bardzo skrajnych, nieodpowiadających mi rasistowskich poglądach. Potrafili godzinami debatować w kuchni na parterze o tym, że granice Anglii powinny być dla pewnych nacji zamknięte, a otwieranie się na inne kraje Unii Europejskiej sprawi, iż nowi emigranci zabiorą nam, Polakom, pracę. Ściany angielskich mieszkań są bardzo cienkie – nieraz dostawałam burę za to, że rozmawiam za głośno na Skypie z rodziną. Każde wypowiedziane słowo w pokoju na piętrze można było usłyszeć w salonie na parterze, a nie daj Boże śmiech – śmiech się echem odbijał po całym domu, przeszkadzając wyczulonym na hałas domownikom. Zresztą pozostali domownicy pracowali jeszcze dłużej w ciągu dnia niż ja, zaczynając od bardzo wczesnych godzin rannych. Tak przez 6-7 dni w tygodniu.

Pewnego dnia, kiedy czytałam książkę pod kołdrą w swoim pokoju, usłyszałam donośny głos nowych współlokatorów, dochodzący ze schodów z korytarza.

- Ja to bym najchętniej Hitlera wskrzesił, żeby do końca Żydów powybijał – usłyszałam głos Karola. Zagotowało się we mnie. Nie wiem nawet, skąd wzięłam w sobie tyle odwagi. Otworzyłam z impetem drzwi od swojego pokoju, spojrzałam na współlokatora stojącego na schodach i wrzasnęłam: - Weź się zastanów, co ty mówisz. Mój pradziadek zginął w obozie koncentracyjnym!

Zdenerwowałam się. Pradziadek, człowiek wykształcony, autor monografii Łukowa i redaktor „Gazety Łukowskiej”, nie miał szans. Najpierw wzięto go do Auschwitz-Birkenau, a następnie przewieziono do obozu we Flossenburgu, gdzie w 1941 roku słuch po nim zaginął.

Wyminęłam Karola na schodach, z płonącymi policzkami i uniesioną głową zeszłam do kuchni. Ciekawa byłam jego reakcji. Usłyszałam za plecami cichy głos współlokatora mówiącego do swojej dziewczyny: - O co jej chodzi? Przecież jej pradziadek i tak już nie żyje.

W odpowiedzi usłyszałam dziewczęcy chichot.

Zaczęłam się czuć we własnym domu jak intruz, ponieważ Karolowi wyraźnie nie odpowiadało, że mam inne poglądy, do tego mam większy pokój, podwójny, a przecież mieszkam w nim sama. Czułam się nieswojo w towarzystwie chłopaka, więc wolałam unikać jego towarzystwa, nawet gdy reszta lokatorów spotykała się wieczorami w salonie. Wydawało mi się, że ciągle planuje intrygi, jak się mnie pozbyć z mieszkania i obgaduje za moimi plecami.

-

Wyjechał za granicę i zarabia kupę kasy!”. W Polsce panuje stereotyp zarobków w Anglii. Bardzo często, żeby więcej zaoszczędzić, emigranci wynajmują większy dom i mieszkają w kilka, nawet kilkanaście osób, poupychani w ciasnych pokojach na paru metrach kwadratowych. Nawet znam bardzo odpowiedni do takich sytuacji żart w czarnym humorze: Stała się wielka tragedia w Londynie! Zginęło sześciu Polaków! Zawaliło się łóżko piętrowe.”

Nie oceniam nikogo. Sama wpadłam w swoim czasie w ten pęd za pieniędzmi, rezygnując z życia prywatnego, jedząc tanią pizzę do odgrzania z sieciówki, bo nie było czasu na gotowanie, kiedy można pójść do pracy i odłożyć potem coś do skarpety na marzenia. Tylko że w międzyczasie marzenia się zmieniły. Uzbierałam na depozyt na mieszkanie w Polsce, szukałam opcji kredytu hipotecznego. To cieszyło. Zdawałam sobie sprawę, że dużo osób nie może sobie pozwolić na to, żeby nawet zacząć myśleć o swoim mieszkaniu. Ale zaczęłam myśleć: z kim ja tam zamieszkam? Z kotem?

Ten brak prywatności w wynajmowanym domu w Anglii, długie nadgodziny w pracy i zaniedbane życie prywatne to cena za przyjazdy do Polski i poczucie, że można sobie za te funty kupić wszystko. Że stać nas na postawienie ziomkom z osiedla kolejek przy barze, stać na markowe ciuchy, nowy sprzęt elektroniczny, stać na wycieczki do ciepłych krajów, stać na nowy samochód. A potem stać na powrót tanimi liniami lotniczymi do pokoju 2x2 metry, gdzie powieszony nowy telewizor marki Samsung jest twoim najlepszym przyjacielem. Warto?

Ach, ten piniądz.



Niebieska broszura



Umierał. Przestał walczyć, poddał się. Choroba zwyciężyła. Jego córka patrząc na mnie spod byka mówiła, że to przez złamane serce. Przecież już było tak dobrze, zaczął chodzić, cieszył się życiem. Teraz ta radość zaczęła się ulatniać, coraz częściej górę brał ból. Doktor Stevens przepisywał Vincentowi coraz silniejsze plastry przeciwbólowe, do tego dochodziła morfina w syropie, którą przynosiłam podopiecznemu, gdy plaster nie przynosił oczekiwanej ulgi.

Wszystkie silne przeciwbólowe leki, takie jak morfina czy Fentanyl, znajdowały się w małym sejfie w pokoju pielęgniarek. Są to leki silnie uzależniające, więc przy administracji takiego leku musi być obecna druga pielęgniarka, musi ona też złożyć swój podpis w specjalnej książce – że wszystko się zgadza, ile zostało podane, jaka ilość danego leku została jeszcze w sejfie.

Tego dnia powinnam zmienić plaster przeciwbólowy Vincenta, minęły już 72 godziny od nałożenia poprzedniego. Poprosiłam Loraine z oddziału demencyjnego, żeby ze mną sprawdziła plastry. Otworzyłyśmy sejf. Po wyciągnięciu pudełka z plastrami okazało się – jednego brakuje! Zobaczyłam panikę w oczach Angielki. Zaczęłyśmy nerwowo przeszukiwać inne pudełka w poszukiwaniu zaginionego plastra. Po chwili odetchnęłyśmy z ulgą. Znalazł się.

- Paula pamiętaj, te leki są bardzo ważne – powiedziała Loraine. - Jak jest zamieszanie z tymi lekami, to trzeba to zgłosić kierowniczce. A potem jest długie dochodzenie, co się stało. Można w ten sposób nawet stracić rejestrację.

Każda pielęgniarka jest zarejestrowana w NMC – Radzie pielęgniarek i położnych. Od tej instytucji dostaje się numer PIN. Bez niego nie przyjmują do pracy w tym zawodzie.

Nakleiłyśmy Vincentowi plaster na ramię. Rzeczywiście, rezydent się bardzo zmienił w ostatnim czasie, znów stracił władzę w nogach, zrobił się szary na twarzy, cierpienie wykrzywiało mu usta w grymasach. Dzisiaj oddychał płytko, głośno, z trudem łapiąc powietrze. Tak dłużej nie może być. Zadzwoniłam do doktora Stevensa. Po godzinie lekarz już był w domu opieki, niezwłocznie poszedł zbadać podopiecznego.

- Paula, zadzwoń do jego córki. Wiesz przecież, że z nim jest już bardzo źle. Przepiszę mu dodatkowe leki, żeby odszedł w komforcie. Żeby go nie bolało.

Pokiwałam ze zrozumieniem głową. Doktor Stevens był lekarzem z prawdziwego zdarzenia, z wielkim sercem do tych bezbronnych, starszych ludzi. Odchodząc położył mi na biurku pielęgniarskim „niebieską broszurę” – specjalną, imienną książeczkę dla pacjentów, którzy wymagają opieki paliatywnej. Zawiera instrukcje dawkowania leków, które uśmierzają cierpienia rezydenta przed śmiercią - leków przeciwbólowych, na niepokój, na duszność, na nudności.

Zadzwoniłam po Mary, córkę Vincenta. Wytłumaczyłam przez telefon krótko, co się działo.

Pod wieczór Vincent zaczął krzyczeć. Spanikowana Mary wybiegła z jego pokoju prosząc, żebym coś mu podała, jej ojciec cierpi. Wzięłam do dłoni niebieską broszurę pozostawioną przez doktora, sprawdziłam z Susan, która akurat przyszła na nocny dyżur, dawki leków. Nabrałam do strzykawek leki: uspakajający i przeciwbólowy. Po podaniu twarz Vincenta się rozjaśniła. Gdy chciałam już odejść, dać rodzinie spędzić ostatnie chwile razem, podopieczny złapał mnie za rękę.

- Byłaś dobrą pielęgniarką. Dziękuję.

Susan widząc, że jestem gotowa się rozpłakać, złapała mnie za mankiet fartucha i wyciągnęła z pokoju rezydenta. Z surową miną powiedziała, że mam iść do domu. Że Vincent nie chciałby, żebym widziała jego śmierć.

- Paula. Nie płacz – powiedziała, widząc zbierające się w moich oczach łzy. – Jesteśmy pielęgniarkami. Musimy być silne. Profesjonalne. To w nas rodziny w takich chwilach mają szukać oparcia. Idź do domu. Musisz odpocząć. To był dla ciebie stresujący dzień.

Posłuchałam Susan. Na parkingu domu opieki odpięłam zabezpieczenie roweru, ale nie miałam siły, żeby pojechać. Stałam tak chwilę, łzy kapały mi na siodełko. Jesteśmy pielęgniarkami, musimy być silne. Tylko, że ja właśnie traciłam kogoś na kształt przyjaciela. To on przyjął mnie z radością do tego domu opieki i czekał przy wejściu aż rano przyjdę do pracy.

Powoli szłam z rowerem do domu, myśląc – muszę być silna. Tej nocy długo nie mogłam zasnąć.


PRZEJDŹ DO BLOGA